Mimo to konstytucja daje pewne, acz niewielkie prerogatywy prezydentowi, nazywając go w dodatku głową państwa. I na tym swoje wpływy postanowił zbudować Lech Kaczyński i jego prawnicy. Nie wiem, lepsi czy gorsi niż osławiony prawnik Lecha Wałęsy prof. Lech Falandysz. Chociaż za czasów jego działalności przy ówczesnym prezydencie nie obowiązywała jeszcze obecna konstytucja, bardzo wyraźnie zarysowany był konflikt między organami władzy wykonawczej: prezydentem a premierem.

Reklama

>>> Gawryluk: Wygrał prezydent

Prezydent, który wybierany jest w powszechnych wyborach, ma bardzo silną legitymację społeczną, a tymczasem jego rzeczywiste kompetencje – były i są bardzo ograniczone. Z łatwością można odtworzyć intencje tego ryzykownego rozwiązania ustrojowego: chodziło o to, by władza wykonawcza nie była zbyt silna, gdy będzie miała bardzo duże poparcie parlamentarne i żeby jej podział zmuszał polityków do patrzenia sobie na ręce, niezależnie od ograniczeń wynikających z podziału władz w państwie. Zasada tak ważna w amerykańskich rozwiązaniach ustrojowych, opartych na regule „check and balance”, doszła tutaj do głosu.

>>> PO i PiS kłócą się o wyrok Trybunału

W obecnej konstytucji starano się możliwie precyzyjnie zarysować kompetencje władz prezydenckiej i premiera, nie rezygnując jednak z tak silnej legitymacji społecznej prezydenta, wciąż wybieranego w powszechnych, ogólnopolskich wyborach. Lecz przecież nie można było napisać w Konstytucji RP, że na posiedzenia Komisji Europejskiej ma jeździć odpowiedzialny za politykę zagraniczną premier! Albo w jaki sposób ma być przekazywana prezydentowi instrukcja o stanowisku Polski, gdy zapragnie pojechać jednak na takie posiedzenie. Zadaniem konstytucji jest przecież sformułowanie podstawowych zasad stanowiących fundamenty praw i obowiązków, także tych, którzy pełnią funkcje państwowe. Słusznie więc Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że współpraca obu organów władzy – Kancelarii Premiera i Kancelarii Prezydenta – i obu panów pełniących najważniejsze funkcje, jest koniecznością. A powinna być traktowana jako – tak bym chciał to określić – moralne zobowiązanie.

>>> Zaremba: Remis ze wskazaniem na prezydenta

Reklama

Platforma zapewne spodziewała się usłyszeć, że pan prezydent ma się rządowi – czyli premierowi – podporządkować, ale przecież tego z samej nazwy Trybunał nie mógł zrobić. I tak rząd usłyszał, że Kancelaria Prezydenta, a i sam prezydent, jeśli chce Polskę reprezentować, powinien działać zgodnie z wytycznymi rządowej polityki.

>>> Jachowicz: Wyrok nie zakończy walki tyłków o krzesła

No i co? No i nic, bo jestem przekonany, że przy najbliższej okazji będzie tak, jak było dotąd. Trybunał Konstytucyjny wezwał obie strony do współpracy – ale przecież nie ma takiej władzy, która nakazałaby współpracę obu urzędom i obu politykom. Chyba żeby obywatelom tak na tym zaczęło zależeć, że choćby poprzez pikiety pod pałacem – jednym czy drugim – bądź inne demonstracje zmusili dwóch panów do tego, do czego ich nakłania Trybunał. Ale to przecież obrazek doprawdy raczej z fantastyki politycznej! Komu by się chciało!