Mimo to konstytucja daje pewne, acz niewielkie prerogatywy prezydentowi, nazywając go w dodatku głową państwa. I Chociaż za czasów jego działalności przy ówczesnym prezydencie nie obowiązywała jeszcze obecna konstytucja, bardzo wyraźnie zarysowany był konflikt między organami władzy wykonawczej: prezydentem a premierem.
Prezydent, który wybierany jest w powszechnych wyborach, ma bardzo silną legitymację społeczną, a tymczasem jego rzeczywiste kompetencje – były i są bardzo ograniczone. Z łatwością można odtworzyć intencje tego ryzykownego rozwiązania ustrojowego: chodziło o to, by władza wykonawcza nie była zbyt silna, gdy będzie miała bardzo duże poparcie parlamentarne i żeby jej podział zmuszał polityków do patrzenia sobie na ręce, niezależnie od ograniczeń wynikających z podziału władz w państwie. Zasada tak ważna w amerykańskich rozwiązaniach ustrojowych, opartych na regule „check and balance”, doszła tutaj do głosu.
W obecnej konstytucji starano się możliwie precyzyjnie zarysować kompetencje władz prezydenckiej i premiera, nie rezygnując jednak z tak silnej legitymacji społecznej prezydenta, wciąż wybieranego w powszechnych, ogólnopolskich wyborach. Lecz przecież Albo w jaki sposób ma być przekazywana prezydentowi instrukcja o stanowisku Polski, gdy zapragnie pojechać jednak na takie posiedzenie. Zadaniem konstytucji jest przecież sformułowanie podstawowych zasad stanowiących fundamenty praw i obowiązków, także tych, którzy pełnią funkcje państwowe. Słusznie więc Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że współpraca obu organów władzy – Kancelarii Premiera i Kancelarii Prezydenta – i obu panów pełniących najważniejsze funkcje, jest koniecznością. A powinna być traktowana jako – tak bym chciał to określić – moralne zobowiązanie.
I tak rząd usłyszał, że Kancelaria Prezydenta, a i sam prezydent, jeśli chce Polskę reprezentować, powinien działać zgodnie z wytycznymi rządowej polityki.
No i co? No i nic, bo jestem przekonany, że przy najbliższej okazji będzie tak, jak było dotąd. Trybunał Konstytucyjny wezwał obie strony do współpracy – ale przecież nie ma takiej władzy, która nakazałaby współpracę obu urzędom i obu politykom. Chyba żeby obywatelom tak na tym zaczęło zależeć, że choćby poprzez pikiety pod pałacem – jednym czy drugim – bądź inne demonstracje zmusili dwóch panów do tego, do czego ich nakłania Trybunał. Ale to przecież obrazek doprawdy raczej z fantastyki politycznej! Komu by się chciało!