Nie rozumiem zachwytów wielu komentatorów nad wczorajszym werdyktem Trybunału Konstytucyjnego. Zostawił spór w tym samym miejscu, w którym do tej pory zatruwał on nasze życie publiczne. A , konflikt kompetencyjny - jak się o tej wzajemnej nienawiści niewinnie mówi - .
Świadczą o tym kłótnie polityków PO i PiS podjęte na pniu, zanim zdążył wyschnąć atrament na kartkach z treścią wyroku.
Każda ze stron utrzymuje tę samą opinię, którą wygłaszała od miesięcy. Różnica jest tylko ta, że teraz każdą ze skłóconych stron wspiera orzeczenie Trybunału. Dlaczego? Bo sam werdykt najwyraźniej dopuszcza sprzeczne interpretacje, dające możliwość tłumaczenia go na własną korzyść - raz zwolennikom premiera, raz prezydenta.
A tu nie ma żadnego rozwiązania. A dlaczego go brak? W tym miejscu można dopiero przywołać Salomona. Ale w innym znaczeniu. Mianowicie należy przypomnieć, że "Z pustego i Salomon nie naleje". W takiej właśnie sytuacji znajdował się Trybunał. Nasza konstytucja jest bowiem tak koślawa w tych przepisach, że tak naprawdę Trybunał od początku miał związane ręce. I choćby nie wiem jak się natężał, nie był w stanie nic mądrego z siebie wykrzesać.
Powinien więc jasno, z całą otwartością przyznać, że na gruncie obecnej konstytucji tego sporu nie da się rozwikłać. Ale do tego trzeba trochę odwagi i niezależności.
Ponieważ wbrew pozorom, to ciągle deficytowy towar wśród naszych elit najróżniejszych, członkowie Trybunału poszli na łatwiznę, charakterystyczną dla gremiów konformistycznych. I podjęli werdykt, które najlepiej oddaje kolejnym potoczne powiedzenie: "Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek"