Przede wszystkim w normalnych warunkach, tego rodzaju rozstrzygnięcia Trybunału nie są po prostu potrzebne.
Wtedy, gdy prezydent i premier wraz z rządem mają pewne poczucie wspólnoty i dogadują się w sprawach polityki zagranicznej. Taka jest sytuacja normalna. Przecież żaden przepis, nawet taki,
który precyzyjnie będzie regulował współpracę najważniejszych organów państwa, nie jest odporny na złą wolę. Kiedy obie strony nie chcą ze sobą współpracować.
Wina za to obie strony są równo obarczone. Gra idzie po prostu o to kto jest w tym momencie ważniejszy. Co ciekawe obie strony uznały ze są tymi ważniejszymi. Wskazuje na to również reakcja
obu stron.
Wydaje się, że więcej kompetencji i możliwości Trybunał przyznał premierowi. Wskazuje na to fakt, że tylko sędziowie Teresa Liszcz i Mirosław Granat, a więc dwaj sędziowie, którzy weszli
w skład Trybunału Konstytucyjnego z nominacji PiS, złożyli od tego orzeczenia wotum separatum. Dlatego wyrok jest bardziej korzystny dla premiera. Orzeczenie to jest zdroworozsądkowe i niczego
ostatecznie nie przesądza. Problem ten można widzieć znacznie szerzej. Przecież jakikolwiek wyrok trybunału, np. na Ukrainie nie spowoduje, że po nim niemal natychmiast zaczną ze sobą
współpracować Wiktor Juszczenko z premier Julią Tymoszenko. Nie mamy rzecz jasna takich realiów jak na Ukrainie, ale sytuacja jest podobna.
Defektem jest cały nasz system. Prezydenta wybieramy w Polsce w wyborach powszechnych. Jednocześnie ma on stosunkowo małe uprawnienia, także w polityce zagranicznej, co przyznał zresztą sam
Trybunał. I to jest rzeczywiście defekt, bo gdyby prezydent wybierany był przez parlament, to rzecz jasne jego uprawnienia nikogo by nie dziwiły. Dlatego prezydent ma prawo rościć sobie
pretensje o większe uprawnienia. Tymczasem mogą być one realizowane tylko we współpracy w rządem. I tutaj jest problem.
Nie chciałbym zmieniać konstytucji, ani odbierać narodowi prawa do zmiany wyboru prezydenta. Z drugiej strony mi osobiście nie odpowiada system prezydencki, więc nie za bardzo widzę
możliwość wyjścia z tej sytuacji poprzez tego rodzaju rozwiązania. Po prostu żadne prawo nie jest odporne na pokusę stosowania go ze złą wolą. Nie jest też odporne na głupotę. Nie
rozumiem jednak przede wszystkim tego, że dwóch panów, którzy się znają o lat i wywodzą się z tego samego obozu politycznego, nie potrafią się kilka razy do roku spotkać i ustalić co ich
łączy w polityce europejskiej. Bo chyba nie jest problemem ustalenie, że łączy ich interes Polski. Rozumiem, że można inaczej oceniać strategię, czy nawet stosunki z Rosją. jednak w
sprawach europejskich muszą się dogadywać. Zresztą te różnice, są bardzo często wydumane.
Obie największe partie, a wiec PO i PiS żyją dlatego, że poprzez ciągły konflikt wzmacniają siebie na wzajem. Siłą Platformy Obywatelskiej jest istnienie PiS i zagrożenie "powrotem
Kaczyńskich do władzy". I odwrotnie - siłą napędową PiS jest atakowanie PO. Były okresy, choć nie były one częste, że w elementarnych sprawach można było dogadywać się ponad
podziałami, kiedy z przeciwnikiem politycznym można było mieć jednakowe zdanie w jakiejś sprawie. Nie trzeba było szukać u konkurenta pól konfliktu i wad.
To ciągłe iskrzenie i konflikt biorą się również z tego, że PO i PiS były wobec siebie bliskimi sojusznikami. Miały pewne wspólne cele i mówiły tym samym językiem. Ten nieformalny sojusz
już podczas kampanii wyborczej w 2005 roku jako pierwszy złamał PiS. Od tego momentu jest między nimi po prostu nienawiść. A ona nie jest dobrym doradcą w polityce.