Jeśli PiS-owskie władze doprowadzą do powtórki warszawskich wyborów, Gronkiewicz-Waltz wygra prawdopodobnie jeszcze znaczniejszą przewagą głosów jako ofiara nie tylko bezdusznego prawa, ale i zawistnych polityków PiS - pisze w DZIENNIKU publicysta Piotr Zaremba.
W mojej ulubionej scenie z filmu "Ucieczka z kina wolność" Wojciecha Marczewskiego cenzor grany przez Janusza Gajosa przekracza barierę oddzielającą
realne od nierealnego i po prostu przechodzi z kina na ekran. Sekretarz partii - w tej roli Piotr Fronczewski - próbuje go zatrzymać groźnym: "Wasza decyzja ma charakter
polityczny!".
To oczywiście żart z czasów, gdy słowo "polityczny" było w ustach przedstawicieli peerelowskiej władzy groźną przestrogą. Politykować można było tylko w sposób autoryzowany przez rządzących. Dziś formułki o "polityczności", "politycznych motywach" nabrały innego znaczenia. Stały się użytecznym cepem we wzajemnych bijatykach polityków. Także wygodnym narzędziem obrony. Przed zarzutami. Przed kłopotami. W starciu z niewygodną rzeczywistością.
Widmo represji
Mistrzów w tej dziedzinie jest wielu. Ostatnio prym wiedli politycy Platformy Obywatelskiej. Już pierwsza wątpliwość wobec ważności mandatu Hanny Gronkiewicz-Waltz jako prezydenta Warszawy została przez nich zakwalifikowana jako "polityczny spisek". A przecież, nawet jeśli PiS-owski wojewoda okazał się nadgorliwy, a jego partyjni koledzy nie potrafili ukryć satysfakcji z kłopotów pani prezydent, sam problem nie jest ich wymysłem.
Że Gronkiewicz-Waltz może stracić urząd w głupi sposób, na podstawie przepisu nazbyt surowego albo zbyt nieprzejrzystego? Jest zadaniem polityków, aby przepisy były odpowiednie do przewiny i precyzyjne. Nie przypominam sobie choćby pisku posła czy senatora PO, któryby te paragrafy, przyjęte skądinąd z walnym udziałem Platformy, wcześniej kwestionował.
Że jest absurdem rozstrzygać w ten sposób spektakularny polityczny pojedynek i fundować warszawiakom nowe kosztowne wybory? Jakoś nie zgłaszano tej wątpliwości wcześniej, kiedy media informowały beznamiętnie o kolejnych radnych i burmistrzach zagrożonych utratą mandatu. Dopiero tłusty bąk miał szansę - według partyjnych kolegów Hanny
Gronkiewicz-Waltz - przebić się przez siateczkę "nieludzkiego prawa". Muszki i ćmy były od początku na straconej pozycji.
Nieznaczne naruszenie
Lider PSL Waldemar Pawlak zdążył sformułować przed kamerami pytanie: Czy takie represje są uprawnione w sytuacji, gdy w rządzie zasiadają ludzie łamiący prawo (chodzi oczywiście o Andrzeja Leppera). Doceńmy ten celny paradoks, tyle że przypomina on - toute proportion gardée - scenariusz filmu "Monsieur Verdoux", w którym Charlie Chaplin gra mordercę kobiet dla zysku. Wygłasza on pod koniec gniewną tyradę sprowadzającą się do pytania: cóż znaczą moje grzeszki wobec występków wielkich monopoli i rządów wysyłających miliony ludzi na zbrodniczą wojnę? Rzeczywiście - niewiele.
Z kolei publicysta Piotr Najsztub przedstawił w jednym z telewizyjnych programów skromniejszą tezę: Gronkiewicz-Waltz naruszyła może literę prawa, ale nie jego ducha, bo przepis o zgłaszaniu dochodów męża służy zwalczaniu korupcji, z którą małżeństwo Waltzów nie ma nic wspólnego. Z pewnością nie ma, tyle że aby tej korupcji zapobiegać i uczynić życie publiczne przejrzystszym, parlament wprowadził surowe terminy składania oświadczeń i jeszcze surowsze kary za ich naruszenie. Czy nie nazbyt surowe? Powtórzę: rzecz warta jest debaty. Ale czy powinna być ona podejmowana w panicznym pośpiechu, bo ważny polityk "wpadł", a na dokładkę naraził wszystkich - łącznie z budżetem i cierpliwością wyborców - na uszczerbek? Wcześniejsze spektakle, kiedy to ten czy ów lider poznawał nagle na własnej skórze rozmaite przepisy (patrz narzekania w 2005 roku nieomal wszystkich prezydenckich kandydatów na niepraktyczne ograniczenia nałożone na kampanie telewizyjne) nikogo niczego nie nauczyły.
Możliwe, że Hanna Gronkiewicz-Waltz zdoła udowodnić - mimo stanowiska Ludwika Dorna - iż przepisów nie naruszyła, bo nie musiała w ogóle składać oświadczenia. Ale pośpieszna amnestia, albo wręcz zmiana przepisów wstecz - bo i takie propozycje składali poważni politycy z Markiem Borowskim na czele - to recepta dwuznaczna i ryzykowna. Podobnie jak twierdzenia Piotra Najsztuba, że prawo naruszono "nieznacznie". Trzeba by niestety wytyczyć granice owej "nieznaczności". Bałbym się, że będzie ona stale przesuwana - na użytek najsilniejszych. W każdym razie chór czyniący z pani prezydent ofiarę politycznej nagonki, jeszcze zanim ktokolwiek cokolwiek zrobił, wydaje mi się równie mało przekonujący jak ci, którzy próbują traktować Simona Mola jako ofiarę rasizmu.
Gronkiewicz zwycięzcą
Co zabawne, do tego prawno-moralnego sporu można dokleić polityczny kontekst, ale inny niż ten, który zaproponowali współczujący koleżance liderzy PO. Bo nowa szefowa warszawskiej administracji współczucia nie potrzebuje. Można by nawet przewrotnie założyć, że administracyjne zawrócenie jej do startowego doka może jej przynieść same tylko korzyści.
Jeśli PiS-owskie władze doprowadzą rzeczywiście do powtórki warszawskich wyborów - jak zapowiada minister Dorn - Gronkiewicz-Waltz wygra prawdopodobnie jeszcze znaczniejszą przewagą głosów. Wygra jako ofiara - oddaję tu prawdopodobny ton mediów i sposób myślenia wielu wyborców - nie tylko bezdusznego prawa, ale i zawistnych polityków PiS, którzy są i tak w inteligenckiej Warszawie mocno niepopularni. Tym razem nie będzie zawdzięczać swego sukcesu Kwaśniewskiemu czy Borowskiemu. Całkiem możliwe, że wyraźnie lepszy wynik wzmocni nawet jej samodzielność wobec politycznie podzielonej rady Warszawy.
Tym bardziej, że skubiące dziś Gronkiewicz warszawskie PiS nie ma literalnie żadnej znanej twarzy, żadnego przekonującego nazwiska, które mogłoby jej przeciwstawić. Przed wymyślonym w ostatniej chwili importem Kazimierza Marcinkiewicza wewnętrzne PiS-owskie debaty na temat takiej osoby przypominały kociokwik. Jedyny warszawski polityk pełną gębą, dawny wiceprezydent stolicy Andrzej Urbański, ma biograficzne skazy - wspólny biznes ze skompromitowanym dzialaczem SLD nie jest dobrą rekomendacją dla polityka prawicy. Innych nie było i nie pojawili się w międzyczasie. Czy Marcinkiewicz zdecyduje się na ewenntualną dogrywkę? Trzeba w to mocno wątpić - żaden racjonalny polityk nie pcha się, aby powtórzyć własną porażkę. Będzie to więc - przy założeniu, że scenariusz Dorna się ziści - kolejna ilustracja słabości PiS wśród wielkomiejskiego elektoratu, o czym debatuje się od miesięcy.
Ta słabość partii rządzącej wynika skądinąd z jej cech strukturalnych, które niełatwo zmienić. Ale jest równocześnie, w jakiejś mierze, częścią większej całości. Gdy pojawił się po raz pierwszy pomysł wprowadzenia bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, jego autorzy i zwolennicy z partii solidarnościowych snuli wizję wychowania w ten sposób nowych, lepszych partyjnych elit. Ten plan się nie powiódł - krótkość partyjnych ławek została obnażona jeszczej dobitniej. Nowe elity samorządowe, owszem, wykształciły się, ale z reguły poza partiami i tylko w niektórych miastach (popularni prezydenci Wrocławia czy Gdyni). Hanna Gronkiewicz-Waltz, choć okazała się per saldo nie najgorszym PR-owskim pomysłem, też była kandydatką z łapanki, a nie warszawskim politykiem walczącym o kolejny szczebel w swojej naturalnej karierze. Nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie miało być inaczej. Wystarczy spojrzeć na skład rady Warszawy czy sejmiku mazowieckiego: zasiadają tam albo polityczni "no names", albo politycy ogólnopolscy, traktujący samorząd jako swoistą zamrażarkę, stację przesiadkową w drodze do ambitniejszych celów.
Zła lekcja
W tej sytuacji nikt poza samą Gronkiewicz-Waltz nie powinien mieć interesu w unieważnieniu warszawskich wyborów. Nie ma go partyjne zaplecze pani prezydent. Żaden aparat nie przyjmuje przecież z entuzjazmem ponownej kampanii z jej wydatkami i organizacyjnym wysiłkiem. Także ewentualna większa autonomia pani prezydent byłaby prezentem dla niej samej, ale nie dla innych warszawskich polityków - zarówno z PO jak i z LiD. Ale przede wszystkim interesu w powtórzeniu wyborów nie ma partia rządząca. Jarosław Kaczyński i jego otoczenie sprawiają wrażenie polityków o samobójczych skłonnościach. Może rzeczywiście kierują się wyłącznie surową wykładnią prawa. Może niepohamowaną niechęcią do jedynej przedstawicielki Platformy, która odniosła sukces. Albo nadzieją na jakieś targi o jej losy. Pytanie z kim i za jaką cenę.
Całkiem prawdopodobne, że cały ten konflikt byłby wspominany za kilka miesięcy jako epizod bez znaczenia, zupełnie jak sprawa wykształcenia Kwaśniewskiego. Nawet bardziej błahy - w przypadku Kwaśniewskiego mieliśmy do czynienia z kłamstwem, w przypadku pani prezydent najwyżej z zaniedbaniem. Z woli obecnie rządzących ten epizod nie rozejdzie się po kościach.
Przyjmuję ten finał z mieszanymi uczuciami. Bo zmarnowanie głosów tysięcy warszawiaków będzie dla nich złą lekcją, zniechęcającą do demokracji. A kolejna wojna totalna PiS z PO pogorszy i tak fatalny klimat życia publicznego. Tyle że ewentualne zaklajstrowanie całej tej historii oszukańczymi sztuczkami byłoby (będzie?) z kolei niedobrą lekcją nieposzanowania prawa. I nie wynika to - jak głosi gromko większość mediów - z arbitralnej woli bardzo złego PiS, niezależnie od motywów jej liderów. Złożyła się na to niefrasobliwość polityków różnych opcji. Zapłacimy za nią teraz wszyscy - wstydem i zażenowaniem z powodu nieporadności polskiego państwa. Na naszych oczach przewraca się ono właśnie o własną nogę.
To oczywiście żart z czasów, gdy słowo "polityczny" było w ustach przedstawicieli peerelowskiej władzy groźną przestrogą. Politykować można było tylko w sposób autoryzowany przez rządzących. Dziś formułki o "polityczności", "politycznych motywach" nabrały innego znaczenia. Stały się użytecznym cepem we wzajemnych bijatykach polityków. Także wygodnym narzędziem obrony. Przed zarzutami. Przed kłopotami. W starciu z niewygodną rzeczywistością.
Widmo represji
Mistrzów w tej dziedzinie jest wielu. Ostatnio prym wiedli politycy Platformy Obywatelskiej. Już pierwsza wątpliwość wobec ważności mandatu Hanny Gronkiewicz-Waltz jako prezydenta Warszawy została przez nich zakwalifikowana jako "polityczny spisek". A przecież, nawet jeśli PiS-owski wojewoda okazał się nadgorliwy, a jego partyjni koledzy nie potrafili ukryć satysfakcji z kłopotów pani prezydent, sam problem nie jest ich wymysłem.
Że Gronkiewicz-Waltz może stracić urząd w głupi sposób, na podstawie przepisu nazbyt surowego albo zbyt nieprzejrzystego? Jest zadaniem polityków, aby przepisy były odpowiednie do przewiny i precyzyjne. Nie przypominam sobie choćby pisku posła czy senatora PO, któryby te paragrafy, przyjęte skądinąd z walnym udziałem Platformy, wcześniej kwestionował.
Że jest absurdem rozstrzygać w ten sposób spektakularny polityczny pojedynek i fundować warszawiakom nowe kosztowne wybory? Jakoś nie zgłaszano tej wątpliwości wcześniej, kiedy media informowały beznamiętnie o kolejnych radnych i burmistrzach zagrożonych utratą mandatu. Dopiero tłusty bąk miał szansę - według partyjnych kolegów Hanny
Gronkiewicz-Waltz - przebić się przez siateczkę "nieludzkiego prawa". Muszki i ćmy były od początku na straconej pozycji.
Nieznaczne naruszenie
Lider PSL Waldemar Pawlak zdążył sformułować przed kamerami pytanie: Czy takie represje są uprawnione w sytuacji, gdy w rządzie zasiadają ludzie łamiący prawo (chodzi oczywiście o Andrzeja Leppera). Doceńmy ten celny paradoks, tyle że przypomina on - toute proportion gardée - scenariusz filmu "Monsieur Verdoux", w którym Charlie Chaplin gra mordercę kobiet dla zysku. Wygłasza on pod koniec gniewną tyradę sprowadzającą się do pytania: cóż znaczą moje grzeszki wobec występków wielkich monopoli i rządów wysyłających miliony ludzi na zbrodniczą wojnę? Rzeczywiście - niewiele.
Z kolei publicysta Piotr Najsztub przedstawił w jednym z telewizyjnych programów skromniejszą tezę: Gronkiewicz-Waltz naruszyła może literę prawa, ale nie jego ducha, bo przepis o zgłaszaniu dochodów męża służy zwalczaniu korupcji, z którą małżeństwo Waltzów nie ma nic wspólnego. Z pewnością nie ma, tyle że aby tej korupcji zapobiegać i uczynić życie publiczne przejrzystszym, parlament wprowadził surowe terminy składania oświadczeń i jeszcze surowsze kary za ich naruszenie. Czy nie nazbyt surowe? Powtórzę: rzecz warta jest debaty. Ale czy powinna być ona podejmowana w panicznym pośpiechu, bo ważny polityk "wpadł", a na dokładkę naraził wszystkich - łącznie z budżetem i cierpliwością wyborców - na uszczerbek? Wcześniejsze spektakle, kiedy to ten czy ów lider poznawał nagle na własnej skórze rozmaite przepisy (patrz narzekania w 2005 roku nieomal wszystkich prezydenckich kandydatów na niepraktyczne ograniczenia nałożone na kampanie telewizyjne) nikogo niczego nie nauczyły.
Możliwe, że Hanna Gronkiewicz-Waltz zdoła udowodnić - mimo stanowiska Ludwika Dorna - iż przepisów nie naruszyła, bo nie musiała w ogóle składać oświadczenia. Ale pośpieszna amnestia, albo wręcz zmiana przepisów wstecz - bo i takie propozycje składali poważni politycy z Markiem Borowskim na czele - to recepta dwuznaczna i ryzykowna. Podobnie jak twierdzenia Piotra Najsztuba, że prawo naruszono "nieznacznie". Trzeba by niestety wytyczyć granice owej "nieznaczności". Bałbym się, że będzie ona stale przesuwana - na użytek najsilniejszych. W każdym razie chór czyniący z pani prezydent ofiarę politycznej nagonki, jeszcze zanim ktokolwiek cokolwiek zrobił, wydaje mi się równie mało przekonujący jak ci, którzy próbują traktować Simona Mola jako ofiarę rasizmu.
Gronkiewicz zwycięzcą
Co zabawne, do tego prawno-moralnego sporu można dokleić polityczny kontekst, ale inny niż ten, który zaproponowali współczujący koleżance liderzy PO. Bo nowa szefowa warszawskiej administracji współczucia nie potrzebuje. Można by nawet przewrotnie założyć, że administracyjne zawrócenie jej do startowego doka może jej przynieść same tylko korzyści.
Jeśli PiS-owskie władze doprowadzą rzeczywiście do powtórki warszawskich wyborów - jak zapowiada minister Dorn - Gronkiewicz-Waltz wygra prawdopodobnie jeszcze znaczniejszą przewagą głosów. Wygra jako ofiara - oddaję tu prawdopodobny ton mediów i sposób myślenia wielu wyborców - nie tylko bezdusznego prawa, ale i zawistnych polityków PiS, którzy są i tak w inteligenckiej Warszawie mocno niepopularni. Tym razem nie będzie zawdzięczać swego sukcesu Kwaśniewskiemu czy Borowskiemu. Całkiem możliwe, że wyraźnie lepszy wynik wzmocni nawet jej samodzielność wobec politycznie podzielonej rady Warszawy.
Tym bardziej, że skubiące dziś Gronkiewicz warszawskie PiS nie ma literalnie żadnej znanej twarzy, żadnego przekonującego nazwiska, które mogłoby jej przeciwstawić. Przed wymyślonym w ostatniej chwili importem Kazimierza Marcinkiewicza wewnętrzne PiS-owskie debaty na temat takiej osoby przypominały kociokwik. Jedyny warszawski polityk pełną gębą, dawny wiceprezydent stolicy Andrzej Urbański, ma biograficzne skazy - wspólny biznes ze skompromitowanym dzialaczem SLD nie jest dobrą rekomendacją dla polityka prawicy. Innych nie było i nie pojawili się w międzyczasie. Czy Marcinkiewicz zdecyduje się na ewenntualną dogrywkę? Trzeba w to mocno wątpić - żaden racjonalny polityk nie pcha się, aby powtórzyć własną porażkę. Będzie to więc - przy założeniu, że scenariusz Dorna się ziści - kolejna ilustracja słabości PiS wśród wielkomiejskiego elektoratu, o czym debatuje się od miesięcy.
Ta słabość partii rządzącej wynika skądinąd z jej cech strukturalnych, które niełatwo zmienić. Ale jest równocześnie, w jakiejś mierze, częścią większej całości. Gdy pojawił się po raz pierwszy pomysł wprowadzenia bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, jego autorzy i zwolennicy z partii solidarnościowych snuli wizję wychowania w ten sposób nowych, lepszych partyjnych elit. Ten plan się nie powiódł - krótkość partyjnych ławek została obnażona jeszczej dobitniej. Nowe elity samorządowe, owszem, wykształciły się, ale z reguły poza partiami i tylko w niektórych miastach (popularni prezydenci Wrocławia czy Gdyni). Hanna Gronkiewicz-Waltz, choć okazała się per saldo nie najgorszym PR-owskim pomysłem, też była kandydatką z łapanki, a nie warszawskim politykiem walczącym o kolejny szczebel w swojej naturalnej karierze. Nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie miało być inaczej. Wystarczy spojrzeć na skład rady Warszawy czy sejmiku mazowieckiego: zasiadają tam albo polityczni "no names", albo politycy ogólnopolscy, traktujący samorząd jako swoistą zamrażarkę, stację przesiadkową w drodze do ambitniejszych celów.
Zła lekcja
W tej sytuacji nikt poza samą Gronkiewicz-Waltz nie powinien mieć interesu w unieważnieniu warszawskich wyborów. Nie ma go partyjne zaplecze pani prezydent. Żaden aparat nie przyjmuje przecież z entuzjazmem ponownej kampanii z jej wydatkami i organizacyjnym wysiłkiem. Także ewentualna większa autonomia pani prezydent byłaby prezentem dla niej samej, ale nie dla innych warszawskich polityków - zarówno z PO jak i z LiD. Ale przede wszystkim interesu w powtórzeniu wyborów nie ma partia rządząca. Jarosław Kaczyński i jego otoczenie sprawiają wrażenie polityków o samobójczych skłonnościach. Może rzeczywiście kierują się wyłącznie surową wykładnią prawa. Może niepohamowaną niechęcią do jedynej przedstawicielki Platformy, która odniosła sukces. Albo nadzieją na jakieś targi o jej losy. Pytanie z kim i za jaką cenę.
Całkiem prawdopodobne, że cały ten konflikt byłby wspominany za kilka miesięcy jako epizod bez znaczenia, zupełnie jak sprawa wykształcenia Kwaśniewskiego. Nawet bardziej błahy - w przypadku Kwaśniewskiego mieliśmy do czynienia z kłamstwem, w przypadku pani prezydent najwyżej z zaniedbaniem. Z woli obecnie rządzących ten epizod nie rozejdzie się po kościach.
Przyjmuję ten finał z mieszanymi uczuciami. Bo zmarnowanie głosów tysięcy warszawiaków będzie dla nich złą lekcją, zniechęcającą do demokracji. A kolejna wojna totalna PiS z PO pogorszy i tak fatalny klimat życia publicznego. Tyle że ewentualne zaklajstrowanie całej tej historii oszukańczymi sztuczkami byłoby (będzie?) z kolei niedobrą lekcją nieposzanowania prawa. I nie wynika to - jak głosi gromko większość mediów - z arbitralnej woli bardzo złego PiS, niezależnie od motywów jej liderów. Złożyła się na to niefrasobliwość polityków różnych opcji. Zapłacimy za nią teraz wszyscy - wstydem i zażenowaniem z powodu nieporadności polskiego państwa. Na naszych oczach przewraca się ono właśnie o własną nogę.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|