Dziennik Gazeta Prawana logo

"Szukał mechanizmów świata"

12 października 2007, 15:16
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
"Był mędrcem, a to najwyższy stopień wtajemniczenia" - tak o Ryszardzie Kapuścińskim mówią w DZIENNIKU pisarze, reżyserzy, wydawcy i tłumacze.
Dariusz Jabłoński
producent, reżyser

Ryszard Kapuściński to była postać, która formatem wyrastała znacznie ponad Polskę. Pisarz, który miał rzadki dar opowiadania najbardziej nawet lokalnych historii w sposób, który czyniły je uniwersalnymi, czytelnymi pod każdą szerokością geograficzną. Każda z jego genialnych książek z jednakową zachłannością pochłaniana była zarówno w kraju, jak i za granicą. Myślę, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, kogo mieliśmy. Ale tak to już u nas jest: jeśli pojawia się wielka postać, która talentem góruje nad innymi, to o wielkim szczęściu może mówić, gdy zostawimy ją w spokoju i pozwolimy się jej bez przeszkód realizować. To było tak oczywiste i normalne dla nas, że ktoś taki jak Kapuściński jest, że cały świat Go zna i podziwia, a On nigdy nie domagał się żadnych specjalnych hołdów.

Francuzi zdążyli przeprowadzić z nim jeszcze ogromny, wielogodzinny wywiad, który będzie podstawą dla wielkiego dokumentu o Kapuścińskim. Francuzi, nie Polacy! Mam to szczęście, że zaangażowałem się jako współproducent w jego powstanie. Zresztą wszystko, co pisał Kapuściński, było tak filmowe, cała jego twórczość to wymarzony wręcz materiał dla kina. Nie wiem, czy robię słusznie, ale zdradzę, że badamy właśnie szansę realizacji "Cesarza". Mam nadzieję, że niebawem będzie można przystąpić do realizacji projektu, choć oczywiście moim marzeniem było to, by uczestniczył w niej autor wielkiej powieści i by potem, siedząc wygodnie w fotelu, mógł obejrzeć jej efekty. Ubolewam nad tym, że tak się nie stanie.


Adam Pomorski
tłumacz, eseista

Z każdą śmiercią wybitnej osoby tego pokolenia czujemy się, jak by wypompowywano z Polski powietrze. To są ludzie, których się nie zastąpi. To pokolenie naznaczone dramatycznymi losami potrafiło z tych losów zrobić coś wielkiego - wielką kulturę. Kapuściński był przez tę kulturę kształtowany i sam ją kształtował. Moim zdaniem zajmuje bardzo ważne miejsce w polskiej literaturze, może nawet miejsce wykraczające poza stulecie. To człowiek, który stworzył inną jakość w polskim pisaniu, i jako pisarz, i jako dziennikarz. Na gruncie światowym były precedensy, ale w Polsce: w takim wariancie opartym o precyzyjny, zdyscyplinowany reportaż i korespondencje, było to novum. I Kapuściński został słusznie rozpoznany przez czytelników jako jedno z najwybitniejszych zjawisk w polskiej literaturze.

Zaczynał po wojnie jako poeta i był uznawany za jedną z nadziei swojego pokolenia. Ale kiedy przyszedł zryw antystalinowski 1956 roku, okazało się, że nie słowa były ważne, ale rozgryzanie rzeczywistości. Dlatego zaczął uprawiać reportaż, kronikarstwo. Ten człowiek urodzony w Pińsku, o którym teraz trzeba dodawać, że znajduje się na Białorusi, zaczął podróżować po całym świecie. Uderzyło mnie to, co mi powiedział, kiedy rozmawiałem z nim po 11 września. Powiedział: "Wydaje mi się, że na szczęście żaden z głównych mechanizmów świata nie został naruszony". Jego pisarstwo właśnie na tym polegało: na łapaniu mechanizmów świata na gorąco, przez wiedzę sprawdzalną, a nie filozofowanie zza biurka. On chciał zrozumieć, jak ten glob funkcjonuje. Stąd zainteresowanie różnicami kulturowymi.

Ponieważ Kapuściński szukał mechanizmów świata, zaczął podróżować też w czasie, a nie tylko w przestrzeni. Tak powstały "Podróże z Herodotem". Ale w tym był słabszy, bo musiał pisać o rzeczach mniej sprawdzalnych reportersko. Wszystkie jego książki są o tym samym: o próchnieniu, upadku. Żeby zrozumieć i opisać mechanizmy świata, musiał pójść w literaturę. I naturą rzeczy na koniec wrócił do poezji, która była jego wielką potrzebą.

Miał nieśmiały, życzliwy uśmiech, który pomógł mu przejść przez najgorsze rzeczy. Kiedy, jak opowiadał, 11-latek mierzył do niego w afrykańskiej dżungli, znalazł się ktoś, kto zareagował na ten uśmieh, i go ocalił. Kapuściński był wyjątkowo przyjemny w kontakcie, życzliwy, przyjazny - swoje wiedzący, widzący, sceptyczny, ale nigdy nie tracący życzliwości. Rozmawiałem kiedyś z nowozelandzkim korespondentem wojennym, który osiadł w Polsce. Opowiadał, jak się zaprzyjaźnił z Kapuścińskim na wojnach, i dziwił się tą jego życzliwością. Bo kiedy się widzi takie rzeczy, jakie oni widzieli, życzliwość w końcu się wypala, a jemu się nie wypaliła. Ten płacz, który się teraz podniósł, jest szczery, bo odszedł ktoś ludziom bliski, człowiek bardzo lubiany, choć tak skromny, że nigdy nie zabiegał o popularność. Następców nie zabraknie, ale zastępców nie będzie na pewno - to niewykonalne.


Francesco Cataluccio
wydawca, eseista

Wydałem jego pierwsze książki we Włoszech. Jego arcygenialne "Imperium" po włosku było pierwszym wydaniem zagranicznym książki. Wtedy miałem okazję się z nim spotkać. Rozpoczęła się nasza wielka przyjaźń. Później Kapuściński często bywał we Włoszech, bo był często nagradzany. Jakiś czas potem wydaliśmy album z jego zdjęciami z Afryki, bo on był też świetnym fotografem. Zdjęcia, które trafiły do książki, powiesiliśmy też w galerii. Wystawa jego fotografii cieszyła się u nas wielkim powodzeniem. Pięć lat temu Argentyńczycy zapragnęli mieć tę wystawę u siebie w Buenos Aires. Pojechaliśmy do Argentyny razem z Kapuścińskim. Chodziliśmy wspólnie śladami Gombrowicza, codziennie poświęcaliśmy 2-3 godziny, by znaleźć jego hotel albo dom... Spotykaliśmy starą znajomą Gombrowicza, która nas zaprosiła na obiad.
Ale Kapuściński był nie tylko wielkim reportażystą, fotografem i cudownym kompanem w podróży. Pamiętam doskonale, jak mówił o sobie, że jest poetą. Chciał zostać uznanym poetą, to było jedną z jego największych ambicji.

Miał niezwykly zmysł obserwacyjny. Potrafił koncentrować się na szczegółach. Pamiętam jeden dzień z podróży śladami Borgesa, za którym obaj przepadaliśmy. Każdy z nas napisał swoje wrażenia. Wieczorem w restauracji Ryszard zapytał mnie o to, co napisałem, a potem przeczytał swój tekst. Wyglądało to tak, jakby każdy z nas wybrał się w zupełnie inną podróż. Ja opisywałem tak ogólnie, ot ulica, domy, etc. Tymczasem Kapuścińskiego intrygowało wszystko wokół: mały pies, który skakał przez ulicę, okno malowane na niebiesko. Dzięki tym fragmentom rzeczywistości świetnie opowiadał o rzeczach ogólnych.
Kapuściński kochał Włochy, był z nimi bardzo związany. Zawsze mówił, że pierwszym miastem, jakie odwiedził na Zachodzie, był Rzym. Wieczne Miasto bardzo mu się podobało. Mówił, że czuł się tu tak, jakby występował w filmie Felliniego. Wówczas, w latach 50., Warszawa ze względu na oszczędności tonęła w ciemnościach, a Rzym był taki jasny...


Paweł Huelle
pisarz

Zanim go poznałem osobiście, przeczytałem wszystkie jego książki i wydawało mi się, że to musi być mocny, twardy człowiek, typ reportera macho, podróżnika. Gdy jednak go poznałem, okazało się, że to wyciszony, liryczny człowiek, człowiek dialogu, zawsze ciekawy, co drugi ma do powiedzenia. Umiał słuchać, nie tylko opowiadać. Siedzieliśmy w Barcelonie przy śniadaniu, i zauważyłem, że ten człowiek ma umiejętność fotograficznego zapamiętywania każdego szczegółu.

Wszędzie, gdzie się spotykałem z ludźmi kultury, nawet w najbardziej egzotycznych miejscach, nazwisko Kapuściński było wizytówką Polski. Był ambasadorem polskiej kultury, najbardziej poczytnym polskim pisarzem na świecie, może po Lemie. Zapamiętałem ton jego głosu, był to sympatyczny człowiek, z którym by się chciało porozmawiać, podróżować.

Było to pisartswo, które z pewnego małego gatunku zrobiło arcydzieło. Wydaje mi się, że to są też książki filozoficzne. Jego w gruncie rzeczy interesowała filozofia społeczna. Francois Rosset, jeden z autorów świetnej monografii Jana Potockiego, która się właśnie ukazała, powiedział mi, że kiedy przeczytał paręset listów Potockiego z podróży, pomyślał, że to był taki pre-Kapuściński. Świadomie czy nieświadomie Kapuściński należy więc do pewnej świetnej tradycji literackiej.


Anna Nasiłowska
pisarka

Gdy myślę o Ryszardzie Kapuścińskim, pod wrażeniem wiadomości o jego śmierci trudno mi oddzielić wspomnienie o osobie od opinii o jego dziełach. I chyba nie warto. Poznałam go w 1982 r. Przychodził do redakcji, w której wówczas pracowałam. Siadał za biurkiem i po prostu był dla samej przyjemności patrzenia na wielki redakcyjny rozgardiasz, w środku którego usiłowałam czytać nadchodzące od czytelników wiersze. Kiedyś nieśmiało przyznał się, że też bywa poetą i wyciągnął maszynopisy. Nieśmiałość i wrażliwość - to cechy bardzo rzadkie u reportera, do tego zawodu predestynują raczej tupet i bezwzględność. Jednak tylko ktoś obdarzony darem niezwykłej empatii mógł napisać taką książkę jak "Cesarz", malując przeżycia sług upadłego cesarza Etiopii. To najwybitniejsza książka Kapuścińskiego, w której precyzja analizy funkcjonowania władzy oddzielonej od społeczeństwa łączy się z niezwykłą wrażliwością psychologiczną. To ta książka zapewniła mu miejsce w literaturze.


Stefan Chwin
pisarz
Znałem Ryszarda Kapuścińskiego, więc do jego książek miałem stosunek osobisty. Spotykaliśmy się wielokrotnie, paradoksalnie nie w Polsce, ale za granicą. Nie rozmawialiśmy o literaturze, lecz o jego życiu, które wydawało mi się bardzo ciekawe, tajemnicze, nie do końca zrozumiałe. Nie potrafiłem złożyć w całość jego rozmaitych wcieleń i osobowości. Był członkiem jury nagrody Nike, w którego pracach też brałem udział. Tam go poznałem jako wyrafinowanego intelektualistę, oceniającego dzieła sztuki, mającego skłonność do wysublimowanej refleksji filozoficznej. Potem oglądałem zdjęcia, na których pojawiał się w towarzystwie przerażających postaci rodem z jakichś wojen domowych. Uzbrojeni po zęby Murzyni, Latynosi, a między nimi ten drobny, jasnowłosy mężczyzna, który w kontaktach osobistych był człowiekiem niebywale wrażliwym i delikatnym. Do dziś jest dla mnie tajemnicą, jakim cudem wyszedł cało z dramatycznych sytuacji, które opisywał? Jaka cecha jego ducha pozwoliła mu wyjść z tych straszliwych tarapatów?

Dostrzegałem w nim jakieś dziwne napięcie - był bokserem i poetą, wyrafinowanym intelektualistą, który jednocześnie w zdumiewający sposób radził sobie w czasach rewolucji, wojen domowych, rewizji i przesłuchań. Przecież on się wielokrotnie ocierał o śmierć! Nie potrafiłem zgłębić jego psychologii. Fascynowało i zdumiewało mnie, jak on żyje z wielokrotnym rozdwojeniem, w jaki sposób godzi te różne wcielenia? Ale może ta mozaika wcieleń pomagała mu pisać? Szkoda, że nie napisał wielkiej książki o Polsce, nie licząc "Buszu po polsku" z początku lat 60. Potem stał się polskim pisarzem obcości. Lubił opisywać sytuacje graniczne, zmiany i przewroty, ale nie napisał o tym, co się stało u nas po 1989 roku, o naszej katastrofie i odrodzeniu, o Sierpniu i o Grudniu. Ale nie mam o to do Niego żalu. Ryszard Kapuściński był pisarzem wrażliwym na kwestie globalne, bardziej pasjonowały go tematy odległe niż te, które miał w zasięgu ręki.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj