Nawet jeśli lustracja dotyka osób tak powszechnie lubianych jak Bogusław Wołoszański, nie może to zmienić naszego przekonania o konieczności oczyszczenia życia publicznego. Prawdę musimy poznać - pisze w DZIENNIKU publicysta Michał Karnowski.
"Gospodarka, durniu!" - wyborcze hasło Billa Clintona, przez lata było sztandarowym zawołaniem dominującej większości także i polskich polityków.
Chętnie przywoływano postać triumfatora amerykańskich wyborów prezydenckich w 1992 roku, by powiedzieć: widzicie, liczą się tylko podatki, stopy wzrostu i inflacja. Każda inna sprawa to
temat zastępczy, odwracanie uwagi od kwestii najważniejszych.
Ta teza wygrywała. Zaniechano bardziej odważnych prób zerwania z kadrową i organizacyjną kontynuacją państwa komunistycznego. W efekcie aż do 2005 roku wpływy sił postkomunistycznych w Polsce były najsilniejsze w całym regionie. Powolną i tak lustrację ograniczono do wąskiego kręgu polityków i urzędników, co w wielu miejscach pozwalało na trwanie dawnych, nieuczciwych powiązań. Także tych kontynuujących zależność pomiędzy agentem a funkcjonariuszem SB. Siatki chorych układów blokowały rozwój wielu obszarów życia publicznego, uniemożliwiały awans ludzi młodych, powodowały i kryły afery. Ta mieszanka starych i nowych form powodowała, że państwo polskie nie pełniło należycie swoich zadań.
Bezczelność grup korzystających z tej sytuacji, zyskujących pieniądze i władzę dzięki słabościom naszego kraju, narastała. W końcu poczuli się całkowicie bezkarni, porzucili pozory i zaczęli walczyć o łupy niemal publicznie. W tej niepohamowanej pożądliwości miały swoje źródło afery Rywina i Orlenu. W pierwszej chodziło o zbudowanie za ukradzione pieniądze koncernu medialnego, w drugiej o zysk uzyskany dzięki sprzedaży Rosjanom polskich rafinerii. Warto przypomnieć, że w pierwszej sprawie rząd i parlament okazały się narzędziami w rękach prywatnych biznesmenów, w drugiej - bez mrugnięcia okiem godzono się na całkowite uzależnienie od kraju Władimira Putina, co de facto oznaczało znaczące ograniczenie suwerenności Polski.
W obu sprawach kluczowe role odgrywali ludzie, którzy w przeszłości byli znaczącymi agentami służb specjalnych PRL, a być może także i służb wojskowych. Nie można też wykluczyć, że zostali w pewnym momencie przejęci przez obce służby. W obu tych sprawach jak na dłoni zobaczyliśmy wciąż pracujące siatki starych powiązań.
Wystarczy się zresztą rozejrzeć, by podobne przykłady znaleźć choćby w Kościele katolickim. Przecież słynna afera Stella Maris w Gdańsku, gdzie mafia prała gangsterskie miliony, była możliwa właśnie dzięki powiązaniom esbeków z księżmi. A pewien prawnik z Podbeskidzia, dokonujący dziwnych wielomilionowych transakcji kościelną ziemią, okazał się byłym oficerem SB. I tak dalej, i tym podobne historie. Dziwne wyroki sądowe, brutalne nagonki medialne, afery w policji. Wniosek wszędzie ten sam - stare układy pracują.
Dlatego właśnie musimy przejść przez lustrację. Musimy poznać prawdę o osobach, którym obywatele powierzyli ważne funkcje, nie tylko państwowe, ale także na przykład w prasie i telewizji. Musimy móc im ufać. To podstawowy warunek nowoczesnych demokracji - pełna jawność podstawowych informacji o osobach publicznych. Nawet jeśli dotyka to osób tak powszechnie lubianych jak Bogusław Wołoszański, nie może to zmienić naszego przekonania o konieczności oczyszczenia życia publicznego. Prawdę musimy poznać, jednocześnie ostrożnie wydając wyroki, dając prawo do przedstawienia własnej wersji wydarzeń z przeszłości. Oddzielając ludzkie słabości od ludzkich hańb.
To trudne, ale nie przypadkiem pragmatyczni Niemcy zrobili to tuż po upadku komunizmu. Dlatego ich państwo jest w dobrym stanie. Dlatego nikt nie ma wątpliwości, że osoby uchodzące za autorytety, rzeczywiście nimi są. Jest pewność, że nie prowadziły podwójnego życia, oszukując rodziny i przyjaciół. Bo jeśli to robiły, to czy dzisiaj można im zaufać? Skąd pewność, że znowu nie zdradzą? Nie sprzedadzą się tym razem na przykład mafii lub obcemu wywiadowi?
Bo państwo to nie tylko gospodarka. Sprawna administracja, uczciwe sądy, nieskorumpowana policja są równie ważne. Wiedział zresztą o tym także Bill Clinton, bo tak naprawdę w swoim sztabie wyborczym powiesił nie jedno, ale trzy hasła. Obok gospodarczego było tam jeszcze wezwanie do polepszenia opieki zdrowotnej. A na samej górze, najważniejsze – „Zmiany” kontra „dalej po staremu”. Niestety, w Polsce przez lata nie chciano o tym pamiętać.
Ta teza wygrywała. Zaniechano bardziej odważnych prób zerwania z kadrową i organizacyjną kontynuacją państwa komunistycznego. W efekcie aż do 2005 roku wpływy sił postkomunistycznych w Polsce były najsilniejsze w całym regionie. Powolną i tak lustrację ograniczono do wąskiego kręgu polityków i urzędników, co w wielu miejscach pozwalało na trwanie dawnych, nieuczciwych powiązań. Także tych kontynuujących zależność pomiędzy agentem a funkcjonariuszem SB. Siatki chorych układów blokowały rozwój wielu obszarów życia publicznego, uniemożliwiały awans ludzi młodych, powodowały i kryły afery. Ta mieszanka starych i nowych form powodowała, że państwo polskie nie pełniło należycie swoich zadań.
Bezczelność grup korzystających z tej sytuacji, zyskujących pieniądze i władzę dzięki słabościom naszego kraju, narastała. W końcu poczuli się całkowicie bezkarni, porzucili pozory i zaczęli walczyć o łupy niemal publicznie. W tej niepohamowanej pożądliwości miały swoje źródło afery Rywina i Orlenu. W pierwszej chodziło o zbudowanie za ukradzione pieniądze koncernu medialnego, w drugiej o zysk uzyskany dzięki sprzedaży Rosjanom polskich rafinerii. Warto przypomnieć, że w pierwszej sprawie rząd i parlament okazały się narzędziami w rękach prywatnych biznesmenów, w drugiej - bez mrugnięcia okiem godzono się na całkowite uzależnienie od kraju Władimira Putina, co de facto oznaczało znaczące ograniczenie suwerenności Polski.
W obu sprawach kluczowe role odgrywali ludzie, którzy w przeszłości byli znaczącymi agentami służb specjalnych PRL, a być może także i służb wojskowych. Nie można też wykluczyć, że zostali w pewnym momencie przejęci przez obce służby. W obu tych sprawach jak na dłoni zobaczyliśmy wciąż pracujące siatki starych powiązań.
Wystarczy się zresztą rozejrzeć, by podobne przykłady znaleźć choćby w Kościele katolickim. Przecież słynna afera Stella Maris w Gdańsku, gdzie mafia prała gangsterskie miliony, była możliwa właśnie dzięki powiązaniom esbeków z księżmi. A pewien prawnik z Podbeskidzia, dokonujący dziwnych wielomilionowych transakcji kościelną ziemią, okazał się byłym oficerem SB. I tak dalej, i tym podobne historie. Dziwne wyroki sądowe, brutalne nagonki medialne, afery w policji. Wniosek wszędzie ten sam - stare układy pracują.
Dlatego właśnie musimy przejść przez lustrację. Musimy poznać prawdę o osobach, którym obywatele powierzyli ważne funkcje, nie tylko państwowe, ale także na przykład w prasie i telewizji. Musimy móc im ufać. To podstawowy warunek nowoczesnych demokracji - pełna jawność podstawowych informacji o osobach publicznych. Nawet jeśli dotyka to osób tak powszechnie lubianych jak Bogusław Wołoszański, nie może to zmienić naszego przekonania o konieczności oczyszczenia życia publicznego. Prawdę musimy poznać, jednocześnie ostrożnie wydając wyroki, dając prawo do przedstawienia własnej wersji wydarzeń z przeszłości. Oddzielając ludzkie słabości od ludzkich hańb.
To trudne, ale nie przypadkiem pragmatyczni Niemcy zrobili to tuż po upadku komunizmu. Dlatego ich państwo jest w dobrym stanie. Dlatego nikt nie ma wątpliwości, że osoby uchodzące za autorytety, rzeczywiście nimi są. Jest pewność, że nie prowadziły podwójnego życia, oszukując rodziny i przyjaciół. Bo jeśli to robiły, to czy dzisiaj można im zaufać? Skąd pewność, że znowu nie zdradzą? Nie sprzedadzą się tym razem na przykład mafii lub obcemu wywiadowi?
Bo państwo to nie tylko gospodarka. Sprawna administracja, uczciwe sądy, nieskorumpowana policja są równie ważne. Wiedział zresztą o tym także Bill Clinton, bo tak naprawdę w swoim sztabie wyborczym powiesił nie jedno, ale trzy hasła. Obok gospodarczego było tam jeszcze wezwanie do polepszenia opieki zdrowotnej. A na samej górze, najważniejsze – „Zmiany” kontra „dalej po staremu”. Niestety, w Polsce przez lata nie chciano o tym pamiętać.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|