Dziennik Gazeta Prawana logo

"Polska potrzebuje lustracji"

12 października 2007, 15:19
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Młodzi historycy, którzy ujawniają dawne tajemnice, nie działają powodowani nienawiścią ani potrzebą zemsty. Oni lepiej zdają sobie sprawę z tego, o czym wielu z nas, członków starszej generacji, stara się nie pamiętać: że wina nie znika - pisze w "Fakcie" Petruska Sustrova, czeska publicystka i polityk.

Obserwuję ze zdumieniem, jak krytykowani są ludzie, którzy zwracają uwagę na kompromitującą przeszłość niektórych duchownych, tak w Polsce, jak i w Czechach. Tak jakby to oni - odkrywcy i demaskatorzy podłych spraw, byli winni tego, że wielu ludziom nie udało się wytrwać w swojej misji, że nie udało im się znieść pogróżek czy oprzeć się pokusom.

Z równym zdumieniem obserwuję, jak długo ci, którzy zawiedli, są w stanie wypierać się własnych win i przeinaczać to, co kiedyś się stało. Szczególnie dziwi mnie to w przypadku osób wierzących. Przecież nawet gdyby rzeczywiście wszystkie dokumenty zostały zniszczone i nikt by się niczego nie dowiedział, prędzej czy później staną przed swoim Stwórcą. Czy i wtedy wszystkiemu zaprzeczą?

Niedawny skandal związany z powołaniem i rezygnacją arcybiskupa Wielgusa odsłonił znacznie już nadszarpniętą zasłonę, skrywającą nieszczęsny sekret: obłuda i nienawiść reżimu komunistycznego nie ominęła również ludzi Kościoła. Nie chodzi teraz o to, by obwieszczać tragedię. Skłamał przecież i niejeden z Apostołów Chrystusa. Nie chodzi również o to, by lamentować nad zepsuciem świata. Komunistyczna Służba Bezpieczeństwa znała wiele sposobów, jak dobrać się człowiekowi do skóry i jak go zmusić do współpracy. I mierzyła oczywiście w postaci znaczące, szary człowiek, który nie zajmował się niczym innym prócz zwykłej pracy i rodziny, nie był dla esbeków interesujący. Nie mógł im dostarczyć żadnych informacji. Nie mógł im powiedzieć nic, o czym by sami nie wiedzieli.

Może się wydać dziwne, że dawne kompromitacje wychodzą na światło dzienne dopiero teraz, po tylu latach wolności. W rzeczywistości nie ma w tym nic osobliwego. Przypomnijmy sobie powojenne Niemcy Zachodnie, gdzie proces denazyfikacji prowadziły wojska okupacyjne zwycięskich aliantów, których celem nie było zubożenie Niemiec, ale pomoc w wyzwoleniu się od zbrodniczej nazistowskiej ideologii. A przecież - podobnie jak w naszych postkomunistycznych krajach - zarówno społeczeństwo, jak i administracja państwowa były przeniknięte wyznawcami starej ideologii. Po obaleniu reżimu nie można wymienić społeczeństwa, nie jest też możliwa konsekwentna wymiana całej administracji państwowej, szczególnie tam, gdzie zło było zakorzenione głęboko. Jednak w Niemczech w latach 60. dorosła następna generacja i dzieci zaczęły pytać rodziców: a co ty robiłeś w czasie wojny?

Teraz w podobnej sytuacji znajdują się nasze społeczeństwa. Młodzi historycy, którzy ujawniają dawne tajemnice, nie działają powodowani nienawiścią ani potrzebą zemsty: większości z nich nigdy nikt z dawnych agentów nie zaszkodził. Nie było to możliwe, byli przecież na to zbyt mali. Ale oni lepiej zdają sobie sprawę z tego, o czym wielu z nas, członków starszej generacji, stara się nie pamiętać: że wina nie znika, nie przestaje istnieć, że trwa dalej mimo upływu czasu i jak niewyleczona rana ropieje i zatruwa cały organizm.

Komunizm opierał się nie tylko na kłamstwie, nie tylko na przemocy. Próby przeprowadzenia lustracji, nazywane często "wyrównaniem rachunków" zmierzały i zmierzają w pierwszej kolejności do tego, by pozbyć się kłamstwa i obłudy. Na początku lat 90. w Czechosłowacji, podobnie jak w Polsce, trwała dyskusja o lustracji, jednak jej rezultat w obu krajach był inny. Pełniłam w tym czasie funkcję wiceministra spraw wewnętrznych i bardzo dobrze pamiętam, z jakim trudem wyjaśnialiśmy, że celem ustawy lustracyjnej nie jest zemsta, ale obrona naszego bezpieczeństwa: funkcji państwowych nie może pełnić człowiek, którego można szantażować jego własną przeszłością. Dzisiaj, po latach, zdałam sobie sprawę, że mieliśmy jeszcze inny motyw: człowiek, który okłamywał swoich przyjaciół i najbliższych, po prostu nie ma wystarczających podstaw moralnych, by móc reprezentować wolnych obywateli dbając o ich interesy i zarządzając ich finansami. Wtedy jednak staraliśmy się unikać kwestii moralności, aby nam nie wytykano płonnego moralizatorstwa.

Dziś posunęliśmy się dalej: zarówno w Polsce, jak i w Czechach czujemy, że budowa wolnego społeczeństwa obywatelskiego musi opierać się na mocnych fundamentach moralnych. Umiłowanie ojczyzny ani potrzeba lub chęć zajęcia się sobą i swoją rodziną nie wystarczają. Ludzie, którzy skłamali, powinni wyjawić swoją winę i wytłumaczyć się - albo wycofać się z życia publicznego. Nie ma sensu ich karać, każdy bowiem ma inną miarę męstwa i wytrzymałości. Nie można ich jednak wychwalać ani dawać za wzór. Właściwie to wszystko jest dosyć proste: jeżeli chcemy pogodzić się i poradzić sobie z przeszłością, musimy stawić jej czoła również wtedy, gdy jest to bolesne. Znacznie ciężej jest przyznać, że zawiedli nas niektórzy z tych, których darzymy szacunkiem...

Petruška Šustrová (60 l.), działaczka opozycji demokratycznej, sygnatariuszka Karty 77, była wiceminister spraw wewnętrznych Czech


Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj