Padają jak muchy: Milosevic, Pinochet, Saddam Husajn, niedługo pewnie Castro. Niektórzy liczyli na dyskretną emeryturę, jak Mengistu w Etiopii, ale znaleźli się w rękach międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości - pisze w "Fakcie" Guy Sorman, francuski filozof i publicysta.
W przypadku tych, którzy przetrwali, same rządy autorytarne nie stanowią już wystarczającej legitymacji do sprawowania władzy; odczuwają potrzebę wygrania
wyborów. Jak Chavez w Wenezueli czy Putin w Rosji.
W krajach muzułmańskich kult mocnego mężczyzny doznał uszczerbku za sprawą upadku Saddama Husajna; także Mubarak w Egipcie pozwolił jakiemuś przeciwnikowi startować przeciw sobie w wyborach. Nawet emiraty w Arabii Saudyjskiej i w Zatoce Perskiej tworzą narodowe i lokalne parlamenty. Demokracja już od dawna zakorzeniła się w Indiach, ale także w Indonezji. Pozostają Chiny, gdzie despotyzm nadal jest totalny, ale niekoniecznie przecież wieczny.
Czy ten fizyczny i moralny rozkład despotyzmu oznacza jedynie zmianę pokolenia u władzy - koniec epoki rebeliantów i kontrrebeliantów z lat 60. - czy prawdziwą zmianę epoki i paradygmatu? Załóżmy, że to głęboka przemiana: to nie dyktatorzy się zmienili, tylko społeczeństwa wydoroślały.
Ewidentne odrzucenie dyktatur i despotyzmu we wszelkiej postaci wynika przede wszystkim z ich doświadczalnie stwierdzonej klęski. Ponieważ dyktatura w swej absolutystycznej postaci jest instytucją stosunkowo nowoczesną, typową dla XX wieku i dla jego ideologii totalitarnych.
Przedtem dominujące rządy przybierały raczej postać monarchii lub despotyzmu, jednak ich władzę ograniczały zakazy natury religijnej, społeczne tabu i złożony charakter stosunków społecznych. Nowoczesna dyktatura pojawia się dopiero równocześnie z mechanizacją, która udoskonala systemy przymusu, zarówno fizycznego, jak psychologicznego.
Ideologie totalitarne zajęły miejsce dawnych religii; stanowią poręczenie pochwały nowoczesności, za wcielenie której podaje się dyktator: wszyscy dyktatorzy są w zasadzie modernizatorami (z jedynym wyjątkiem Czerwonych Khmerów w Kambodży w 1975 r.).
W pewnym momencie, bez względu na towarzyszący mu policyjny przymus, ten dyskurs opowiadający się za modernizacją przyniósł masowy akces: w latach 1930-1970 w Rosji czy w Ameryce Łacińskiej, w Afryce, w świecie arabskim mogło się wydawać, że odrzucenie wolności było faustowskim paktem, prowadzącym do modernizacji.
Kiedy począwszy od lat 70., 80. stało się jasne, że argentyński, rosyjski czy arabski dyktator natłukł wiele jaj, a omletów wciąż nie było - no więc wtedy dyktator był nagi, a jego ideologia groteskowa. Pozostawało się go pozbyć.
Aby usunąć dyktatora, konieczne jest zyskanie świadomości oraz środków działania. Świadomość narodziła się i rozpowszechniła dzięki zglobalizowanej informacji: trzydzieści lat temu informacja była rozpowszechniana rzemieślniczo (radio), teraz jest natychmiastowa (internet).
Kiedy wschodni Niemcy ujrzeli zachodnią telewizję, zechcieli przejść na zachodnią stronę. Dziś Chińczycy dzięki internetowi i telefonowi komórkowemu wiedzą, że 80 proc. z nich wegetuje we względnej nędzy, która podkopuje wiarygodność chińskiej partii komunistycznej. Popularne programy telewizyjne - często amerykańskie - nadawane są na cały świat, idealizując pomyślny, swobodny styl życia.
W porównaniu z kulturą popularną dyktatury mają niewiele do zaoferowania, a jeśli już, to na niedługo: w paru wypadkach jest to redystrybucja renty pochodzącej z ropy naftowej, jak w Wenezueli, w Iranie; pozwala ona zyskać parę lat i utemperować gniew społeczeństwa.
Również wykorzystywanie starej recepty, czyli nacjonalizmu diabolizującego innych, staje się dla dyktatorów bardzo trudne: sposoby komunikacji i masowe migracje pokazują każdemu, że ci inni nas przypominają.
Globalizacja nie eliminuje całkowicie nacjonalizmu, jednak narusza jego najbardziej agresywne aspekty: obcy nie jest już barbarzyńcą, a dyktator nie może już łatwo pozować na strażnika narodowego honoru.
Również światowy wzrost gospodarczy przyczynia się do osłabienia dyktatur: spróbujmy wyjaśnić ten paradoks. Kiedy gospodarka znajduje się w stagnacji, jak w przypadku dawnego bloku sowieckiego, dyktator rozdziela niedostatek: wtedy wszyscy byli biedni, ale razem! Kiedy gospodarka znajduje się w stagnacji, egalitarystyczna chęć podziału staje się ważniejsza od dążenia do wolności.
Ale rzeczywistość już się zmieniła, ponieważ ze względu na globalizację ekonomiczną po raz pierwszy w historii ludzkości wszystkie gospodarki zanotowały obecnie wzrost; na przykład w 2006 r. nieomal wszystkie narody na wszystkich kontynentach zanotowały postęp gospodarczy.
Ten pomyślny dla ludzkości wzrost jest dla despotów trudnym momentem, tworzy bowiem to, co po angielsku nazywa się zjawiskiem "rising expectation": indywidualna przygoda gospodarcza nagle staje się możliwa.
Ta osobista ambicja jest niezbyt zgodna z przymusem politycznym i z hamulcami, jakie nakładane są przedsiębiorczości: dyktatura i wzrost gospodarczy stanowią antynomie, wzrost gospodarczy jest trucizną dla dyktatorów.
Usłyszę zarzuty, że dyktatury mogą się reformować, dostosowywać do czasów, rozluźnić przymus polityczny i gospodarczą kamizelkę bezpieczeństwa: nie, nie mogą. Nie tylko dlatego, że są do tego intelektualnie niezdolne, ale także dlatego, że dyktatura, która się reformuje, wydaje na siebie wyrok; historyczne dowody na to są liczne i niezbite.
To Alexis de Tocqueville udowodnił jako pierwszy, na przykładzie Rewolucji Francuskiej, że despotyzm, który poddaje się reformie, obnaża własne słabości i podświadomie wzywa do własnej likwidacji. Francuska monarchia była nienaruszalna, póki nie postanowiła się zreformować; ZSRR był nie do rozbicia, póki Gorbaczow nie zechciał go zmodernizować.
Chińska Partia Komunistyczna zrozumiała tę prawdę i kategorycznie odmówiła wszelkiego otwarcia politycznego; partia nie umrze więc od ataku demokratycznej gorączki. Mogłaby natomiast zginąć pod ciosami ludowych rebelii.
Z tych głównych tendencji, które ogólnie rzecz biorąc sprzyjają demokracji, nie będziemy usiłowali wysnuć jakiejś ogólnej teorii ani żadnego proroctwa: tendencje ulegają odwróceniu, lokalne okoliczności się zmieniają, pojawiają się nowe ideologie. Wystarczy, że zwrócimy uwagę na decydującą rolę, jaką Stany Zjednoczone odgrywają w ogólnoświatowym losie dyktatur i demokracji.
Przez długi czas Stany Zjednoczone popierały dyktatorów, ponieważ byli oni antykomunistami, a komunizm był wrogiem. Po rozpadzie ZSRR amerykański aktywizm demokratyczny znów uzyskał przewagę, usprawiedliwiając w szczególności chęć narysowania na nowo politycznej mapy świata arabskiego.
Trudności z tym związane sprawiły, że amerykańskie ambicje uległy modyfikacji; stojąc wobec nieuchwytnego wroga, którym jest tym razem terroryzm, Stany Zjednoczone znów zgadzają się na dyktatury, ponieważ przyczyniają się one do zachowania stabilności. W ten właśnie sposób od Egiptu po Rosję, od Algierii po Chiny amerykański rząd zrezygnował ostatnio z udzielania lekcji demokracji; ale to zaledwie techniczny, a nie strategiczny manewr.
Mimo to amerykańskie społeczeństwo, z racji samego swojego istnienia, pozostaje politycznym i gospodarczym modelem, który wszędzie na świecie przyciąga z potężną siłą, a nawet fascynuje.
Mimo to żadna inna ideologia nie rywalizuje z demokracją liberalną. Mimo to wymienione powyżej głębokie siły - światowy wzrost gospodarczy i ogólnoświatowe rozprzestrzenianie wiedzy - ciągle zawężają pole manewru i przydatność dyktatorów. Być może ludzkość jeszcze niezupełnie weszła w fazę końca dyktatur - jednak z pewnością następuje ich zmierzch.
Guy Sorman - francuski dziennikarz, publicysta polityczny i filozof. Absolwent prestiżowej École Nationale d'Administration. Jest współpracownikiem m.in. "Le Figaro", "Wall Street Journal", a także polskiego tygodnika Europa (dodatek do DZIENNIKA). Po polsku ukazał się szereg jego książek, m.in. Amerykańska rewolucja konserwatywna (1984), Made in USA (2005) i Rok Koguta (2006)
W krajach muzułmańskich kult mocnego mężczyzny doznał uszczerbku za sprawą upadku Saddama Husajna; także Mubarak w Egipcie pozwolił jakiemuś przeciwnikowi startować przeciw sobie w wyborach. Nawet emiraty w Arabii Saudyjskiej i w Zatoce Perskiej tworzą narodowe i lokalne parlamenty. Demokracja już od dawna zakorzeniła się w Indiach, ale także w Indonezji. Pozostają Chiny, gdzie despotyzm nadal jest totalny, ale niekoniecznie przecież wieczny.
Czy ten fizyczny i moralny rozkład despotyzmu oznacza jedynie zmianę pokolenia u władzy - koniec epoki rebeliantów i kontrrebeliantów z lat 60. - czy prawdziwą zmianę epoki i paradygmatu? Załóżmy, że to głęboka przemiana: to nie dyktatorzy się zmienili, tylko społeczeństwa wydoroślały.
Ewidentne odrzucenie dyktatur i despotyzmu we wszelkiej postaci wynika przede wszystkim z ich doświadczalnie stwierdzonej klęski. Ponieważ dyktatura w swej absolutystycznej postaci jest instytucją stosunkowo nowoczesną, typową dla XX wieku i dla jego ideologii totalitarnych.
Przedtem dominujące rządy przybierały raczej postać monarchii lub despotyzmu, jednak ich władzę ograniczały zakazy natury religijnej, społeczne tabu i złożony charakter stosunków społecznych. Nowoczesna dyktatura pojawia się dopiero równocześnie z mechanizacją, która udoskonala systemy przymusu, zarówno fizycznego, jak psychologicznego.
Ideologie totalitarne zajęły miejsce dawnych religii; stanowią poręczenie pochwały nowoczesności, za wcielenie której podaje się dyktator: wszyscy dyktatorzy są w zasadzie modernizatorami (z jedynym wyjątkiem Czerwonych Khmerów w Kambodży w 1975 r.).
W pewnym momencie, bez względu na towarzyszący mu policyjny przymus, ten dyskurs opowiadający się za modernizacją przyniósł masowy akces: w latach 1930-1970 w Rosji czy w Ameryce Łacińskiej, w Afryce, w świecie arabskim mogło się wydawać, że odrzucenie wolności było faustowskim paktem, prowadzącym do modernizacji.
Kiedy począwszy od lat 70., 80. stało się jasne, że argentyński, rosyjski czy arabski dyktator natłukł wiele jaj, a omletów wciąż nie było - no więc wtedy dyktator był nagi, a jego ideologia groteskowa. Pozostawało się go pozbyć.
Aby usunąć dyktatora, konieczne jest zyskanie świadomości oraz środków działania. Świadomość narodziła się i rozpowszechniła dzięki zglobalizowanej informacji: trzydzieści lat temu informacja była rozpowszechniana rzemieślniczo (radio), teraz jest natychmiastowa (internet).
Kiedy wschodni Niemcy ujrzeli zachodnią telewizję, zechcieli przejść na zachodnią stronę. Dziś Chińczycy dzięki internetowi i telefonowi komórkowemu wiedzą, że 80 proc. z nich wegetuje we względnej nędzy, która podkopuje wiarygodność chińskiej partii komunistycznej. Popularne programy telewizyjne - często amerykańskie - nadawane są na cały świat, idealizując pomyślny, swobodny styl życia.
W porównaniu z kulturą popularną dyktatury mają niewiele do zaoferowania, a jeśli już, to na niedługo: w paru wypadkach jest to redystrybucja renty pochodzącej z ropy naftowej, jak w Wenezueli, w Iranie; pozwala ona zyskać parę lat i utemperować gniew społeczeństwa.
Również wykorzystywanie starej recepty, czyli nacjonalizmu diabolizującego innych, staje się dla dyktatorów bardzo trudne: sposoby komunikacji i masowe migracje pokazują każdemu, że ci inni nas przypominają.
Globalizacja nie eliminuje całkowicie nacjonalizmu, jednak narusza jego najbardziej agresywne aspekty: obcy nie jest już barbarzyńcą, a dyktator nie może już łatwo pozować na strażnika narodowego honoru.
Również światowy wzrost gospodarczy przyczynia się do osłabienia dyktatur: spróbujmy wyjaśnić ten paradoks. Kiedy gospodarka znajduje się w stagnacji, jak w przypadku dawnego bloku sowieckiego, dyktator rozdziela niedostatek: wtedy wszyscy byli biedni, ale razem! Kiedy gospodarka znajduje się w stagnacji, egalitarystyczna chęć podziału staje się ważniejsza od dążenia do wolności.
Ale rzeczywistość już się zmieniła, ponieważ ze względu na globalizację ekonomiczną po raz pierwszy w historii ludzkości wszystkie gospodarki zanotowały obecnie wzrost; na przykład w 2006 r. nieomal wszystkie narody na wszystkich kontynentach zanotowały postęp gospodarczy.
Ten pomyślny dla ludzkości wzrost jest dla despotów trudnym momentem, tworzy bowiem to, co po angielsku nazywa się zjawiskiem "rising expectation": indywidualna przygoda gospodarcza nagle staje się możliwa.
Ta osobista ambicja jest niezbyt zgodna z przymusem politycznym i z hamulcami, jakie nakładane są przedsiębiorczości: dyktatura i wzrost gospodarczy stanowią antynomie, wzrost gospodarczy jest trucizną dla dyktatorów.
Usłyszę zarzuty, że dyktatury mogą się reformować, dostosowywać do czasów, rozluźnić przymus polityczny i gospodarczą kamizelkę bezpieczeństwa: nie, nie mogą. Nie tylko dlatego, że są do tego intelektualnie niezdolne, ale także dlatego, że dyktatura, która się reformuje, wydaje na siebie wyrok; historyczne dowody na to są liczne i niezbite.
To Alexis de Tocqueville udowodnił jako pierwszy, na przykładzie Rewolucji Francuskiej, że despotyzm, który poddaje się reformie, obnaża własne słabości i podświadomie wzywa do własnej likwidacji. Francuska monarchia była nienaruszalna, póki nie postanowiła się zreformować; ZSRR był nie do rozbicia, póki Gorbaczow nie zechciał go zmodernizować.
Chińska Partia Komunistyczna zrozumiała tę prawdę i kategorycznie odmówiła wszelkiego otwarcia politycznego; partia nie umrze więc od ataku demokratycznej gorączki. Mogłaby natomiast zginąć pod ciosami ludowych rebelii.
Z tych głównych tendencji, które ogólnie rzecz biorąc sprzyjają demokracji, nie będziemy usiłowali wysnuć jakiejś ogólnej teorii ani żadnego proroctwa: tendencje ulegają odwróceniu, lokalne okoliczności się zmieniają, pojawiają się nowe ideologie. Wystarczy, że zwrócimy uwagę na decydującą rolę, jaką Stany Zjednoczone odgrywają w ogólnoświatowym losie dyktatur i demokracji.
Przez długi czas Stany Zjednoczone popierały dyktatorów, ponieważ byli oni antykomunistami, a komunizm był wrogiem. Po rozpadzie ZSRR amerykański aktywizm demokratyczny znów uzyskał przewagę, usprawiedliwiając w szczególności chęć narysowania na nowo politycznej mapy świata arabskiego.
Trudności z tym związane sprawiły, że amerykańskie ambicje uległy modyfikacji; stojąc wobec nieuchwytnego wroga, którym jest tym razem terroryzm, Stany Zjednoczone znów zgadzają się na dyktatury, ponieważ przyczyniają się one do zachowania stabilności. W ten właśnie sposób od Egiptu po Rosję, od Algierii po Chiny amerykański rząd zrezygnował ostatnio z udzielania lekcji demokracji; ale to zaledwie techniczny, a nie strategiczny manewr.
Mimo to amerykańskie społeczeństwo, z racji samego swojego istnienia, pozostaje politycznym i gospodarczym modelem, który wszędzie na świecie przyciąga z potężną siłą, a nawet fascynuje.
Mimo to żadna inna ideologia nie rywalizuje z demokracją liberalną. Mimo to wymienione powyżej głębokie siły - światowy wzrost gospodarczy i ogólnoświatowe rozprzestrzenianie wiedzy - ciągle zawężają pole manewru i przydatność dyktatorów. Być może ludzkość jeszcze niezupełnie weszła w fazę końca dyktatur - jednak z pewnością następuje ich zmierzch.
Guy Sorman - francuski dziennikarz, publicysta polityczny i filozof. Absolwent prestiżowej École Nationale d'Administration. Jest współpracownikiem m.in. "Le Figaro", "Wall Street Journal", a także polskiego tygodnika Europa (dodatek do DZIENNIKA). Po polsku ukazał się szereg jego książek, m.in. Amerykańska rewolucja konserwatywna (1984), Made in USA (2005) i Rok Koguta (2006)
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane