"Dymisja Radosława Sikorskiego dowodzi, że w rządzie wypaliła się wola naprawy państwa" - pisze w DZIENNIKU Robert Krasowski, redaktor naczelny gazety.
Premier Kaczyński popełnił wczoraj duży błąd. Nie dlatego, że zwolnił dobrego ministra obrony. I nie dlatego nawet, że zrobił to w sposób zbyt nagły i zbyt
arbitralny, co mu słusznie wypomniała opozycja.
Kłopot jest poważniejszy i dotyczy nie opozycji, ale własnych szeregów. A brzmi on tak: czy Radek Sikorski był rzeczywiście najsłabszym ministrem w tym rządzie - co uzasadniałoby fakt, że jako pierwszy nie zdał egzaminu, którym był przegląd resortów prowadzony przez premiera. I druga wątpliwość - kto jeszcze wartościowy w tym rządzie pozostał? Z kim wyborca PiS mógłby i chciałby się identyfikować.
Przez wiele miesięcy wyborcy PiS sądzili, że warto tolerować w rządzie Giertycha i Leppera. Że jest to cena, jaką płacą za to, że do władzy doszli Kaczyński, Dorn, Ziobro, Ujazdowski, Sikorski, Marcinkiewicz. Jednak mijają miesiące. Dorna i Ujazdowskiego za bardzo nie widać, a dla Marcinkiewicza i Sikorskiego po prostu zabrakło miejsca.
Do pewnego momentu można było zrozumieć, że premier buduje gabinet, w którym ważniejsze jest posłuszeństwo niż osobiste walory. Że buduje silny i sprawny instrument do rządzenia. Że nie chce takiej sytuacji, jak w rządach poprzedników, gdzie nie tylko trwały wewnętrzne wojny między ministrami, ale też przepychanki pomiędzy nimi a samym szefem rządu.
Jednak dziś widać wyraźnie, że po centralistycznych przeróbkach rządowy instrument nadal nie jest sprawny. A premier płaci za to olbrzymią cenę - niepostrzeżenie dla samego siebie przestaje być twarzą swojego gabinetu.
Ginie on w tłumie ministrów, których w przeciwieństwie do Sikorskiego w rządzie pozostawił. I nawet wyborca PiS łapie się na tym, że postrzega rząd przez pryzmat Leppera, Giertycha, Wiecheckiego, Kalaty czy Aumillera. A nie poprzez postać Jarosława Kaczyńskiego i ministrów, których on sam wybrał, a nie na których został skazany.
Przekonany o słuszności swojego programu i wartości liderów PiS premier niesłusznie zlekceważył coś, co można nazwać intelektualno-estetyczną satysfakcją obywateli z polityków nimi rządzących.
Coś szczególnie ważnego dla prawicowego wyborcy, który niemal co tydzień musi się z jakiegoś powodu wstydzić koalicji, w której znalazła się wybrana przez niego partia.
I jak dziś ten cierpliwy gatunek ma zareagować na dymisję Sikorskiego - jednego z ostatnich ministrów rządu, którzy spełniają pełen zestaw oczekiwań wyborców wobec swego reprezentanta - od inteligencji poczynając, po ogładę i brak konieczności badania swojego DNA.
Po wyborach samorządowych politycy PiS zdawali się rozumieć potrzebę nowego otwarcia. Mówili wtedy o głębokiej rekonstrukcji rządu, o wprowadzeniu zupełnie nowych twarzy, spoza PiS, mających silny społeczny autorytet.
Zapowiadali, że to właśnie teraz zacznie się inteligencka ofensywa, odzyskiwanie miast, odzyskiwanie młodych ludzi, wielki desant na elektorat złożony z wyborców wykształconych i zaradnych.
Minęło kilka miesięcy i ta wola zmian się wypaliła. Nie wiem, co jest tego powodem. Czy lęk przed kolejnym kryzysem w koalicji, czy zmęczenie premiera, czy naturalna po kilku miesiącach władzy inercja.
Jedno jest pewne - w tym rządzie niebezpiecznie zmieniają się proporcje z rozpoznawalnych osobowości na rzecz osób ewidentnie miernych. I zmieniają się nie dlatego, że żądają tego LPR i Samoobrona. Ten manewr przeprowadza PiS z własnej nieprzymuszonej woli.
Kłopot jest poważniejszy i dotyczy nie opozycji, ale własnych szeregów. A brzmi on tak: czy Radek Sikorski był rzeczywiście najsłabszym ministrem w tym rządzie - co uzasadniałoby fakt, że jako pierwszy nie zdał egzaminu, którym był przegląd resortów prowadzony przez premiera. I druga wątpliwość - kto jeszcze wartościowy w tym rządzie pozostał? Z kim wyborca PiS mógłby i chciałby się identyfikować.
Przez wiele miesięcy wyborcy PiS sądzili, że warto tolerować w rządzie Giertycha i Leppera. Że jest to cena, jaką płacą za to, że do władzy doszli Kaczyński, Dorn, Ziobro, Ujazdowski, Sikorski, Marcinkiewicz. Jednak mijają miesiące. Dorna i Ujazdowskiego za bardzo nie widać, a dla Marcinkiewicza i Sikorskiego po prostu zabrakło miejsca.
Do pewnego momentu można było zrozumieć, że premier buduje gabinet, w którym ważniejsze jest posłuszeństwo niż osobiste walory. Że buduje silny i sprawny instrument do rządzenia. Że nie chce takiej sytuacji, jak w rządach poprzedników, gdzie nie tylko trwały wewnętrzne wojny między ministrami, ale też przepychanki pomiędzy nimi a samym szefem rządu.
Jednak dziś widać wyraźnie, że po centralistycznych przeróbkach rządowy instrument nadal nie jest sprawny. A premier płaci za to olbrzymią cenę - niepostrzeżenie dla samego siebie przestaje być twarzą swojego gabinetu.
Ginie on w tłumie ministrów, których w przeciwieństwie do Sikorskiego w rządzie pozostawił. I nawet wyborca PiS łapie się na tym, że postrzega rząd przez pryzmat Leppera, Giertycha, Wiecheckiego, Kalaty czy Aumillera. A nie poprzez postać Jarosława Kaczyńskiego i ministrów, których on sam wybrał, a nie na których został skazany.
Przekonany o słuszności swojego programu i wartości liderów PiS premier niesłusznie zlekceważył coś, co można nazwać intelektualno-estetyczną satysfakcją obywateli z polityków nimi rządzących.
Coś szczególnie ważnego dla prawicowego wyborcy, który niemal co tydzień musi się z jakiegoś powodu wstydzić koalicji, w której znalazła się wybrana przez niego partia.
I jak dziś ten cierpliwy gatunek ma zareagować na dymisję Sikorskiego - jednego z ostatnich ministrów rządu, którzy spełniają pełen zestaw oczekiwań wyborców wobec swego reprezentanta - od inteligencji poczynając, po ogładę i brak konieczności badania swojego DNA.
Po wyborach samorządowych politycy PiS zdawali się rozumieć potrzebę nowego otwarcia. Mówili wtedy o głębokiej rekonstrukcji rządu, o wprowadzeniu zupełnie nowych twarzy, spoza PiS, mających silny społeczny autorytet.
Zapowiadali, że to właśnie teraz zacznie się inteligencka ofensywa, odzyskiwanie miast, odzyskiwanie młodych ludzi, wielki desant na elektorat złożony z wyborców wykształconych i zaradnych.
Minęło kilka miesięcy i ta wola zmian się wypaliła. Nie wiem, co jest tego powodem. Czy lęk przed kolejnym kryzysem w koalicji, czy zmęczenie premiera, czy naturalna po kilku miesiącach władzy inercja.
Jedno jest pewne - w tym rządzie niebezpiecznie zmieniają się proporcje z rozpoznawalnych osobowości na rzecz osób ewidentnie miernych. I zmieniają się nie dlatego, że żądają tego LPR i Samoobrona. Ten manewr przeprowadza PiS z własnej nieprzymuszonej woli.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|