Nie pozwoliłbym odejść Januszowi Świtajowi. Zrozumieć go i dać mu umrzeć to dwie różne rzeczy. Nie wiem, jak zachowałbym się na jego miejscu. I mówię to, mimo że jestem osobą mocno związaną z wiarą - mówi DZIENNIKOWI ks. Arkadiusz Nowak, który od lat pomaga chorym na AIDS.
Renata Kim: Czy ksiądz potrafi sobie wyobrazić, że znalazł się w sytuacji sparaliżowanego mężczyzny z Jastrzębia-Zdroju, który poprosił, by odłączono
go od respiratora?
Ks. Arkadiusz Nowak: Wyobrazić sobie mogę, bo tak daleko moja wyobraźnia sięga. Ale to pewnie wynika z faktu, że na co dzień mam do czynienia z cierpieniem, więc wiem, co ten człowiek czuje. Natomiast absolutnie nie jestem pewny, jak sam zachowałbym się w takiej sytuacji. Nie mogę dać głowy, że na pewnym etapie cierpienia nie miałbym tak serdecznie dosyć wszystkiego, że aż poprosiłbym dokładnie o to samo, o śmierć. I dlatego mogę zupełnie po ludzku zrozumieć prośbę tego mężczyzny, prośbę, która jest krzykiem rozpaczy. I wcale nie wiem, czy miałbym wystarczająco dużo siły, by pokornie znosić to cierpienie.
To odważne stwierdzenie; ksiądz jest przecież duchownym i powinien trwać do końca...
Bardzo łatwo nam się wszystkim mówi - i to niezależnie od tego, czy robi to ksiądz, prawnik, czy ktokolwiek inny - że coś należy zrobić, a czegoś nie, że należy trwać w cierpieniu. Łatwo jest dokonywać kategorycznych ocen, dopóki sami tego cierpienia nie doświadczamy. Myślę, iż żaden z nas nie potrafi w stu procentach powiedzieć, że na pewno zachowałby się inaczej niż Janusz Świtaj i do końca z podniesioną głową, z pełną cierpliwością, z ufnością w Boga i głęboką wiarą zniósłby własne cierpienie. Być może tak by było, być może moja wiara, która cały czas się ugruntowuje i wciąż nie jest jeszcze w pełni ugruntowana - być może ona by mi pomogła. Ale pewności nie mam. I mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo naprawdę nie wiem. I dlatego czuję pewne rozgoryczenie, że tak łatwo wszyscy stwierdzają, iż ten człowiek powinien zawierzyć się Bogu i czekać, aż go Pan odwoła ze świata.
Ale chyba wśród Polaków nie ma zgody, że Janusz Świtaj powinien być za wszelką cenę podtrzymywany przy życiu. Z sondażu DZIENNIKA wynika, że ponad połowa Polaków pozwoliłaby mu odejść, przyznałaby mu prawo do śmierci.
Ja nie przyznałbym mu takiego prawa. Zrozumieć go i dać mu umrzeć to dwie różne rzeczy. Nie wiem, jak zachowałbym się na jego miejscu. I mówię to, mimo że jestem osobą mocno związaną z wiarą. Ale czym innym jest zrozumienie żądania tego człowieka, a zupełnie czym innym jest przyznanie komuś prawa, by pomógł mu odejść z tego świata.
A dlaczego?
Z jednej prostej przyczyny: że dla ludzi, którzy są wychowani na fundamencie etyki chrześcijańskiej, te wartości się kłócą. Po prostu nie wolno wyrażać zgody na takie zachowanie, nawet w tak dramatycznym przypadku jak Janusza Świtaja. Zresztą nie jest on aż tak dramatyczny, bo ten młody człowiek jest w pełni sprawny psychicznie, potrafi myśleć, wypowiadać sądy, cały czas rozwija się intelektualnie. On nie jest pozbawiony kontaktu ze światem, to żywy człowiek. I dlatego ewentualnego odłączenia go od respiratora nie można oceniać inaczej jak zabójstwa.
Jest tu pewna sprzeczność: z jednej strony ksiądz rozumie cierpienie Janusza Świtaja, a z drugiej mówi kategoryczne nie jego prośbie o śmierć.
Bo czym innym jest zrozumienie dla prośby, a czym innym jest zrozumienie dla wykonania aktu odłczenia człowieka od respiratora. To są dwie różne rzeczy. Ja mogę tylko ubolewać, że ten mężczyzna doszedł do punktu, w którym błaga o możliwość odejścia, choć rozumiem, że straszliwie cierpi i boi się, co się z nim stanie, gdy umrze któryś z rodziców. I może jeszcze ma pretensje do Boga, że jego życie potoczyło się właśnie tak. Natomiast czym innym jest akceptacja, by ktoś odłączył mu respirator. Ja na to zgody nie dam.
Czy ksiądz mówi to jako kapłan czy jako człowiek?
Jako człowiek, przede wszystkim jako człowiek. Ale też i kapłan, bo ja też mógłbym, będąc w jego sytuacji, krzyczeć: zabijcie mnie, ja już nie chcę żyć!
Miał ksiądz w życiu taki moment?
Nie, bo nie przeżywałem cierpienia, ja tylko w nim uczestniczę. I taki krzyk z ust ludzi cierpiących słyszę nie po raz pierwszy. Ja mogę z nimi polemizować, pocieszać ich, ale mam pełną świadomość, że to są puste słowa. No bo cóż mogę zaoferować więcej? Ale jeszcze raz powtórzę, że zupełnie czym innym jest moralne przyzwolenie na eutanazję.
Gdyby Janusz Świtaj poprosił o rozmowę, co ksiądz by mu powiedział?
Nie wiem, pewnie odnalazłbym się dopiero, gdybym przyszedł do niego, mógł mu zadać kilka pytań, wziąć go za rękę i porozmawiać z nim. Pewnie zaoferowałbym mu maksymalną pomoc, jaką mogą dać kamilianie jako słudzy chorych. Ale nic więcej! Bo cóż więcej?
A modlitwę?
Nie wiem, jaki jest stan duchowy tego mężczyzny. Obawiam się, że krzyk rozpaczy, jakim jest żądanie, by móc umrzeć, zdecydowanie kłóci się z wiarą. Więc może ten człowiek utracił łaskę wiary? Może zwątpił, może jest już tak bardzo zmęczony, że nie wierzy, iż jest gdzieś Bóg dobry, miłosierny, Bóg, który zsyła cierpienie, ale też daje siły, by z tym bólem walczyć? I dlatego nie wspominałem o modlitwie. Gdybym był pewny, że Janusz Świtaj ma głęboką wiarę, to wspomniałbym o Bogu. Ale najpierw upewniłbym się, czy już nadszedł czas na taką rozmowę. I przede wszystkim skupiłbym się na najpilniejszych potrzebach tego mężczyzny.
Ksiądz od wielu lat opiekuje się straszliwie cierpiącymi ludźmi chorymi na AIDS. Co im ksiądz mówi?
To jest płytka rozmowa, która nigdy nie spełni oczekiwań osoby proszącej, by pomóc jej w odejściu. Płacze i nie może skonać. Tak umierała jedna z moich przyjaciółek, trzymałem ją za rękę, razem z nią płakałem i modliłem się. Modliłem się, żeby jak najszybciej wypełniła się wola Boga. Jakakolwiek by była: albo uzdrowienie, albo szybka śmierć. Bo głęboko wierzę w to, że to Bóg jest dawcą życia i śmierci. Ale nigdy nie próbowałbym mówić umierającemu człowiekowi nachalnie: módl się, módl się, bo tylko w modlitwie osiągniesz spokój wewnętrzny. Bo ten człowiek mógłby odpowiedzieć, że modli się i wcale spokoju nie ma. Więc może raczej zaproponowałbym, że ja się za niego pomodlę? Nie wiem, naprawdę nie wiem.
A czy umie ksiądz wcielić się w rolę sędziego, który będzie rozpatrywał prośbę Janusza Świtaja?
To potworny dylemat, nie wiem, co on zrobi. Proszę pamiętać jednak, że każde prawo powinno być budowane na fundamencie etyki. Jeśli więc prawo jest nieetyczne, to należy się zastanowić, czy to jest dobre prawo.
Załóżmy, że sędzia zgadza się na odłączenie aparatury. Czy lekarz powinien to zrobić?
Nie, nie można zmusić lekarza do tego rodzaju działań. I trudno byłoby mi zrozumieć lekarza, który podjąłby się wykonania takiego zadania. Bo jednak podstawowym obowiązkiem medyka jest nie szkodzić pacjentowi, a pozbawienie kogoś życia trudno rozpatrywać w innych kategoriach. Myślę, że osoby niewierzące, takie, które kierują się w życiu etyką sytuacyjną, mają łatwiej. Bo nie gnębią ich podobne dylematy. Tymczasem my, chrześcijanie, mamy poważny problem, bo dla nas najwyższą wartością jest życie. Mimo iż wiele osób mówi, że tą najwyższą wartością jest wolność.
Czy Polska dojrzała do rozmowy o eutanazji?
Temat eutanazji już się pojawił, bo takie są wymogi cywilizacji; dyskutuje się o różnych problemach etyczno-moralnych, w tym i o eutanazji. Czy nasz katolicki kraj dojrzeje kiedykolwiek do decyzji, by eutanazję usankcjonować? Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Jednak czym innym jest pytanie natury ogólnej: czy pozwoliłbyś mu odejść? - na które większość ludzi odpowie, że tak. Bo chłopak cierpi, nie możemy mu pomóc, więc jak chce umierać, to proszę bardzo. Choć moim zdaniem taki sposób odpowiedzi pokazuje też brak wrażliwości Polaków.
Brak wrażliwości?
Właśnie, bo przecież mamy do czynienia z ludzkim życiem. Jeśli więc ktoś na pytanie w sondażu tak łatwo wyraża zgodę na pozbawienie drugiej osoby życia, to oznacza to, iż jest mało wrażliwy. Choć mogłoby się wydawać, że wręcz przeciwnie, bo przecież współczuje i nie chce, by chory cierpiał. A swoją drogą, jeżeli ponad połowa Polaków uważa, iż Janusz Świtaj powinien mieć prawo umrzeć, to jest to przerażająca informacja.
Co zrobiłby ksiądz, gdyby ktoś z jego bliskich - ojciec, siostra, matka - tak straszliwie cierpiał i błagał, by go odłączyć od aparatury?
Nie pozwoliłbym na to na pewno. Za wszelką cenę próbowałbym tłumaczyć, że jest to moralnie niedopuszczalne i ja tego nie uczynię. W imię miłości do mamy, do brata, właśnie w imię miłości nie zrobiłbym tego.
A gdyby matka czy brat prosili, by właśnie w imię miłości pozwolić im odejść? Bo tak cierpią, że okaże im ksiądz miłość, pozwalając umrzeć?
Odpowiedziałbym, że ja tego rodzaju miłości w życiu nie uprawiam. Gdybym był przedstawicielem tzw. nurtu etyki sytuacyjnej, to bym znalazł wytłumaczenie dla takiego czynu. Ale na całe szczęście większość z nas wyznaje zasadę etyki chrześcijańskiej, która nie daje zgody na takie zachowanie.
Ale przecież nawet Watykan rozważa możliwość zgody na rezygnację z uporczywego leczenia.
Ale uporczywa terapia jest zupełnie czym innym od odłączenia aparatury od żywego człowieka, który myśli, mówi, formułuje swoje sądy, komunikuje się ze światem. Uporczywa terapia ma miejsce w hospicjum, kiedy ktoś już umiera, kiedy mamy świadomość, że to są jego ostatnie chwile i na siłę nie przedłużamy mu życia. Robimy wszystko, by miał maksymalnie komfortową opiekę, modlimy się i walczymy z jego bólem, by mógł odejść bez cierpienia.
Ks. Arkadiusz Nowak: Wyobrazić sobie mogę, bo tak daleko moja wyobraźnia sięga. Ale to pewnie wynika z faktu, że na co dzień mam do czynienia z cierpieniem, więc wiem, co ten człowiek czuje. Natomiast absolutnie nie jestem pewny, jak sam zachowałbym się w takiej sytuacji. Nie mogę dać głowy, że na pewnym etapie cierpienia nie miałbym tak serdecznie dosyć wszystkiego, że aż poprosiłbym dokładnie o to samo, o śmierć. I dlatego mogę zupełnie po ludzku zrozumieć prośbę tego mężczyzny, prośbę, która jest krzykiem rozpaczy. I wcale nie wiem, czy miałbym wystarczająco dużo siły, by pokornie znosić to cierpienie.
To odważne stwierdzenie; ksiądz jest przecież duchownym i powinien trwać do końca...
Bardzo łatwo nam się wszystkim mówi - i to niezależnie od tego, czy robi to ksiądz, prawnik, czy ktokolwiek inny - że coś należy zrobić, a czegoś nie, że należy trwać w cierpieniu. Łatwo jest dokonywać kategorycznych ocen, dopóki sami tego cierpienia nie doświadczamy. Myślę, iż żaden z nas nie potrafi w stu procentach powiedzieć, że na pewno zachowałby się inaczej niż Janusz Świtaj i do końca z podniesioną głową, z pełną cierpliwością, z ufnością w Boga i głęboką wiarą zniósłby własne cierpienie. Być może tak by było, być może moja wiara, która cały czas się ugruntowuje i wciąż nie jest jeszcze w pełni ugruntowana - być może ona by mi pomogła. Ale pewności nie mam. I mówię to z pełną odpowiedzialnością, bo naprawdę nie wiem. I dlatego czuję pewne rozgoryczenie, że tak łatwo wszyscy stwierdzają, iż ten człowiek powinien zawierzyć się Bogu i czekać, aż go Pan odwoła ze świata.
Ale chyba wśród Polaków nie ma zgody, że Janusz Świtaj powinien być za wszelką cenę podtrzymywany przy życiu. Z sondażu DZIENNIKA wynika, że ponad połowa Polaków pozwoliłaby mu odejść, przyznałaby mu prawo do śmierci.
Ja nie przyznałbym mu takiego prawa. Zrozumieć go i dać mu umrzeć to dwie różne rzeczy. Nie wiem, jak zachowałbym się na jego miejscu. I mówię to, mimo że jestem osobą mocno związaną z wiarą. Ale czym innym jest zrozumienie żądania tego człowieka, a zupełnie czym innym jest przyznanie komuś prawa, by pomógł mu odejść z tego świata.
A dlaczego?
Z jednej prostej przyczyny: że dla ludzi, którzy są wychowani na fundamencie etyki chrześcijańskiej, te wartości się kłócą. Po prostu nie wolno wyrażać zgody na takie zachowanie, nawet w tak dramatycznym przypadku jak Janusza Świtaja. Zresztą nie jest on aż tak dramatyczny, bo ten młody człowiek jest w pełni sprawny psychicznie, potrafi myśleć, wypowiadać sądy, cały czas rozwija się intelektualnie. On nie jest pozbawiony kontaktu ze światem, to żywy człowiek. I dlatego ewentualnego odłączenia go od respiratora nie można oceniać inaczej jak zabójstwa.
Jest tu pewna sprzeczność: z jednej strony ksiądz rozumie cierpienie Janusza Świtaja, a z drugiej mówi kategoryczne nie jego prośbie o śmierć.
Bo czym innym jest zrozumienie dla prośby, a czym innym jest zrozumienie dla wykonania aktu odłczenia człowieka od respiratora. To są dwie różne rzeczy. Ja mogę tylko ubolewać, że ten mężczyzna doszedł do punktu, w którym błaga o możliwość odejścia, choć rozumiem, że straszliwie cierpi i boi się, co się z nim stanie, gdy umrze któryś z rodziców. I może jeszcze ma pretensje do Boga, że jego życie potoczyło się właśnie tak. Natomiast czym innym jest akceptacja, by ktoś odłączył mu respirator. Ja na to zgody nie dam.
Czy ksiądz mówi to jako kapłan czy jako człowiek?
Jako człowiek, przede wszystkim jako człowiek. Ale też i kapłan, bo ja też mógłbym, będąc w jego sytuacji, krzyczeć: zabijcie mnie, ja już nie chcę żyć!
Miał ksiądz w życiu taki moment?
Nie, bo nie przeżywałem cierpienia, ja tylko w nim uczestniczę. I taki krzyk z ust ludzi cierpiących słyszę nie po raz pierwszy. Ja mogę z nimi polemizować, pocieszać ich, ale mam pełną świadomość, że to są puste słowa. No bo cóż mogę zaoferować więcej? Ale jeszcze raz powtórzę, że zupełnie czym innym jest moralne przyzwolenie na eutanazję.
Gdyby Janusz Świtaj poprosił o rozmowę, co ksiądz by mu powiedział?
Nie wiem, pewnie odnalazłbym się dopiero, gdybym przyszedł do niego, mógł mu zadać kilka pytań, wziąć go za rękę i porozmawiać z nim. Pewnie zaoferowałbym mu maksymalną pomoc, jaką mogą dać kamilianie jako słudzy chorych. Ale nic więcej! Bo cóż więcej?
A modlitwę?
Nie wiem, jaki jest stan duchowy tego mężczyzny. Obawiam się, że krzyk rozpaczy, jakim jest żądanie, by móc umrzeć, zdecydowanie kłóci się z wiarą. Więc może ten człowiek utracił łaskę wiary? Może zwątpił, może jest już tak bardzo zmęczony, że nie wierzy, iż jest gdzieś Bóg dobry, miłosierny, Bóg, który zsyła cierpienie, ale też daje siły, by z tym bólem walczyć? I dlatego nie wspominałem o modlitwie. Gdybym był pewny, że Janusz Świtaj ma głęboką wiarę, to wspomniałbym o Bogu. Ale najpierw upewniłbym się, czy już nadszedł czas na taką rozmowę. I przede wszystkim skupiłbym się na najpilniejszych potrzebach tego mężczyzny.
Ksiądz od wielu lat opiekuje się straszliwie cierpiącymi ludźmi chorymi na AIDS. Co im ksiądz mówi?
To jest płytka rozmowa, która nigdy nie spełni oczekiwań osoby proszącej, by pomóc jej w odejściu. Płacze i nie może skonać. Tak umierała jedna z moich przyjaciółek, trzymałem ją za rękę, razem z nią płakałem i modliłem się. Modliłem się, żeby jak najszybciej wypełniła się wola Boga. Jakakolwiek by była: albo uzdrowienie, albo szybka śmierć. Bo głęboko wierzę w to, że to Bóg jest dawcą życia i śmierci. Ale nigdy nie próbowałbym mówić umierającemu człowiekowi nachalnie: módl się, módl się, bo tylko w modlitwie osiągniesz spokój wewnętrzny. Bo ten człowiek mógłby odpowiedzieć, że modli się i wcale spokoju nie ma. Więc może raczej zaproponowałbym, że ja się za niego pomodlę? Nie wiem, naprawdę nie wiem.
A czy umie ksiądz wcielić się w rolę sędziego, który będzie rozpatrywał prośbę Janusza Świtaja?
To potworny dylemat, nie wiem, co on zrobi. Proszę pamiętać jednak, że każde prawo powinno być budowane na fundamencie etyki. Jeśli więc prawo jest nieetyczne, to należy się zastanowić, czy to jest dobre prawo.
Załóżmy, że sędzia zgadza się na odłączenie aparatury. Czy lekarz powinien to zrobić?
Nie, nie można zmusić lekarza do tego rodzaju działań. I trudno byłoby mi zrozumieć lekarza, który podjąłby się wykonania takiego zadania. Bo jednak podstawowym obowiązkiem medyka jest nie szkodzić pacjentowi, a pozbawienie kogoś życia trudno rozpatrywać w innych kategoriach. Myślę, że osoby niewierzące, takie, które kierują się w życiu etyką sytuacyjną, mają łatwiej. Bo nie gnębią ich podobne dylematy. Tymczasem my, chrześcijanie, mamy poważny problem, bo dla nas najwyższą wartością jest życie. Mimo iż wiele osób mówi, że tą najwyższą wartością jest wolność.
Czy Polska dojrzała do rozmowy o eutanazji?
Temat eutanazji już się pojawił, bo takie są wymogi cywilizacji; dyskutuje się o różnych problemach etyczno-moralnych, w tym i o eutanazji. Czy nasz katolicki kraj dojrzeje kiedykolwiek do decyzji, by eutanazję usankcjonować? Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Jednak czym innym jest pytanie natury ogólnej: czy pozwoliłbyś mu odejść? - na które większość ludzi odpowie, że tak. Bo chłopak cierpi, nie możemy mu pomóc, więc jak chce umierać, to proszę bardzo. Choć moim zdaniem taki sposób odpowiedzi pokazuje też brak wrażliwości Polaków.
Brak wrażliwości?
Właśnie, bo przecież mamy do czynienia z ludzkim życiem. Jeśli więc ktoś na pytanie w sondażu tak łatwo wyraża zgodę na pozbawienie drugiej osoby życia, to oznacza to, iż jest mało wrażliwy. Choć mogłoby się wydawać, że wręcz przeciwnie, bo przecież współczuje i nie chce, by chory cierpiał. A swoją drogą, jeżeli ponad połowa Polaków uważa, iż Janusz Świtaj powinien mieć prawo umrzeć, to jest to przerażająca informacja.
Co zrobiłby ksiądz, gdyby ktoś z jego bliskich - ojciec, siostra, matka - tak straszliwie cierpiał i błagał, by go odłączyć od aparatury?
Nie pozwoliłbym na to na pewno. Za wszelką cenę próbowałbym tłumaczyć, że jest to moralnie niedopuszczalne i ja tego nie uczynię. W imię miłości do mamy, do brata, właśnie w imię miłości nie zrobiłbym tego.
A gdyby matka czy brat prosili, by właśnie w imię miłości pozwolić im odejść? Bo tak cierpią, że okaże im ksiądz miłość, pozwalając umrzeć?
Odpowiedziałbym, że ja tego rodzaju miłości w życiu nie uprawiam. Gdybym był przedstawicielem tzw. nurtu etyki sytuacyjnej, to bym znalazł wytłumaczenie dla takiego czynu. Ale na całe szczęście większość z nas wyznaje zasadę etyki chrześcijańskiej, która nie daje zgody na takie zachowanie.
Ale przecież nawet Watykan rozważa możliwość zgody na rezygnację z uporczywego leczenia.
Ale uporczywa terapia jest zupełnie czym innym od odłączenia aparatury od żywego człowieka, który myśli, mówi, formułuje swoje sądy, komunikuje się ze światem. Uporczywa terapia ma miejsce w hospicjum, kiedy ktoś już umiera, kiedy mamy świadomość, że to są jego ostatnie chwile i na siłę nie przedłużamy mu życia. Robimy wszystko, by miał maksymalnie komfortową opiekę, modlimy się i walczymy z jego bólem, by mógł odejść bez cierpienia.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl