Nie brakuje w Polsce analityków, którzy twierdzą, że nowy traktat jest Unii Europejskiej niepotrzebny. Że przecież nadal działa ona mimo fiaska traktatu konstytucyjnego. Że wystarczą jej dotychczasowe podstawy traktatowe. Nic bardziej błędnego - pisze w DZIENNIKU politolog Roman Kuźniar.
Unia zachowuje swą żywotność między innymi dlatego, że jest tworem nieustannie reformującym się w marszu. Jeśli ONZ jest tak często przedmiotem krytyki, to w
dużej mierze dlatego, że niemożliwa okazuje się rewizja Karty Narodów Zjednoczonych. Podobnie jest z innymi organizacjami międzynarodowymi.
Na tym tle ogromnym atutem Unii jest właśnie zdolność adaptacji do zmieniających się warunków. Ci, którzy sądzą, że może być inaczej - albo nie rozumieją specyfiki wielostronnych instytucji międzynarodowych, albo zwyczajnie Unii Europejskiej źle życzą.
Nie przejmujmy się nazwą
Czy traktat, o którym mówimy, ma się nazywać "aż" konstytucyjny, czy "tylko" podstawowy - nie ma tak wielkiego znaczenia. Początkowo, jeszcze w 2001 roku, sprzeciwiałem się tej pierwszej nazwie jako zbyt daleko idącej. Dziś jednak sądzę, że ten termin jest dopuszczalny i uprawniony ze względu na jego zawartość i doniosłość. Taka nazwa nie jest zresztą czymś nowym w prawie międzynarodowym - wystarczy tylko przypomnieć konstytucje UNESCO czy MOP. Nieoczekiwanie opinia publiczna w Europie, także w naszym kraju, w swej większości akceptuje tę nazwę. I to nie nazwa - ani nie zawartość - była przyczyną porażki traktatu w referendum we Francji i Holandii.
Myśląc o przyszłym traktacie, trzeba mieć na uwadze wartość i znaczenie całej konstrukcji, jaką jest Unia w życiu międzynarodowym Europy. Jest ona tworem zupełnie wyjątkowym w przyrodzie życia międzynarodowego, rezultatem unikalnych okoliczności historycznych i jedyną prawdziwą wspólnotą państw, narodów i społeczeństw. Zastanawiające jest przy tym to, jak bardzo zbieżna jest ta wspólnota z formułowanymi w Europie przynajmniej od sześciu, siedmiu stuleci planami wiecznego pokoju, czy też federacji europejskiej.
Unia Europejska całkowicie przeobraziła kulturę stosunków międzynarodowych na naszym kontynencie. Sednem tej kultury jest szeroko pojmowana, wielowymiarowa zasada solidarności. Przyznam, że niekiedy groteskowo wyglądają próby "uczenia" Unii solidarności podejmowane przez naszych polityków, którzy najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, że gdyby nie istniejąca właśnie w UE zasada solidarności, Polska musiałaby jeszcze długo czekać na członkostwo w tej wspólnocie.
Określmy korzenie Europy
Przyszły traktat musi zatem potwierdzić tę unikalną tożsamość Unii Europejskiej. Zaletą Unii jest bowiem i to, że na jej istnieniu korzystają także jej sąsiedzi oraz bardziej odległe regiony świata. UE bardzo korzystnie oddziałuje na swoje otoczenie i na szerszy porządek międzynarodowy. To poprzez UE narody europejskie wypełniają swą odpowiedzialność wobec innych, mniej uprzywilejowanych części świata.
O jakie składniki tej tożsamości chodzi? Przede wszystkim o jej wymiar cywilizacyjny - zarówno w warstwie duchowej, jak i ustrojowej. Dlatego pożądane jest, aby w preambule nowego traktatu znalazło się odniesienie do chrześcijańskich czy judeochrześcijańskich korzeni naszej cywilizacji.
Gdyby z jakichś wąsko doktrynalnych względów było to nadal niemożliwe, powinny być explicite chronione wartości i normy, które wypływają z duchowej podstawy naszej cywilizacji - w tym z grecko-rzymskiej starożytności. Chodzi mianowicie o szczególną koncepcję człowieka wraz z jej transcendentnym wymiarem - człowieka wolnego, ponieważ wyposażonego w wolną wolę i rozum, a zatem dążącego do poznania prawdy. To jego podstawowe dążenie nie może być ograniczane przy pomocy ideologiczno-biurokratycznych przesądów i barier. Mieści się w tej koncepcji także pewien kodeks moralny.
Opiszmy standardy demokracji
Elementem tożsamości Europy chronionym przez traktat powinien być ustrój liberalnej demokracji zakładający suwerenność narodu, respektowanie praw człowieka i jego podstawowych wolności, otwartą gospodarkę rynkową oraz pewien model społeczny - z zasadą sprawiedliwości, tolerancji i otwartości.
Źródłem zasłużonej i wyjątkowej atrakcyjności UE jest coś, co nazywamy niekiedy europejskim modelem społecznym. Jego istotą jest dynamiczna równowaga pomiędzy trzema wartościami: wolnością - sprawiedliwością - solidarnością.
To znacznie więcej niż tylko zapobieganie ubóstwu. Chodzi tu bowiem o unikanie fragmentacji społecznej prowadzącej do erozji społeczno-kulturowych podstaw demokracji.
Traktat musi umożliwić Unii i jej państwom członkowskim stawianie czoła temu wyzwaniu, które polega na łączeniu konkurencyjności i stałej modernizacji ekonomicznej z wysokim standardem solidaryzmu społecznego i w miarę powszechną wysoką jakością życia. Wrogiem byłaby tu nadmierna opiekuńczość oraz cofanie się do standardów społecznych sprzed wieku tylko po to, aby sprostać konkurencji z Ameryką czy Chinami.
Innowacje instytucjonalne w sferze polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i obrony są ważną wartością dodaną, którą zawiera traktat konstytucyjny. Ustanawia on przewodniczącego Rady Europejskiej, ministra spraw zagranicznych, otwiera możliwość wyposażenia Unii w klauzulę sojuszniczą, czyli wykształcenia prawdziwej wspólnej polityki obronnej oraz już zawiera klauzulę solidarności, która oznacza tu nakaz przychodzenia z pomocą w sytuacji zamachów terrorystycznych czy katastrof naturalnych. Formowanie rzeczywistych zdolności Unii w tej dziedzinie potrwa lata, ale od czegoś trzeba zacząć.
Unia (Europa) nie może w nieskończoność znajdować się pod parasolem USA. Odzyskiwana wobec Stanów Zjednoczonych wolność będzie zmuszać ją do odpowiedzialności. Jednocześnie UE powinna pozostawać w strategicznych związkach z USA - zwłaszcza tam, gdzie chodzi o interesy całego Zachodu. Można to spróbować zapisać w preambule traktatu, wśród celów Unii, do których może należeć umacnianie więzi transatlantyckich.
Dla wielu otwartą sprawą pozostaje możliwość przyjęcia obecnego Traktatu Konstytucyjnego - wszak został on zaakceptowany przez 18 państw i kilka dalszych byłoby gotowych go ratyfikować. Nie sądzę, aby tak się stało. Dopóki Francja i Holandia nie zgodzą się na ponowne referendum - a nie ma takich sygnałów - dopóty traktat konstytucyjny pozostaje martwy. Przy wszystkich swoich wadach - wynikających głównie ze złożonej procedury jego redagowania i ogromnej liczby kompromisów, które zawiera - przyjęcie tego Traktatu byłoby ważnym krokiem w procesie integracji europejskiej. Jeśli ma to być traktat "konstytucyjny" lub "podstawowy" - musi być to objętościowo znacznie mniejszy dokument - taki, który istotnie zawiera materię "konstytucyjną".
Stwórzmy zrozumiały traktat
Słabością obecnego traktatu UE jest właśnie przegadanie i nadmiar regulacji, które mogą się znaleźć w aktach niższego rzędu. Przez to był on także nieczytelny i mało zrozumiały dla obywatela Unii. Podział tekstu na części, tytuły, rozdziały, sekcje i podsekcje, a do tego mnóstwo protokołów, załączników i deklaracji jest zwyczajnie nieznośny. Konstytucja musi być zrozumiała dla swych obywateli, ustawy mogą być zrozumiałe tylko dla tych, których dotyczą.
W przełożeniu na język instytucji, traktat musi utrzymać rolę i uprawnienia Komisji Europejskiej jako gwaranta zasady solidarności, co leży szczególnie w interesie Polski. Przy Radzie Europejskiej powinny pozostać kompetencje stanowienia o sprawach strategicznych Unii, jej polityce zagranicznej, bezpieczeństwa i obrony (CFSP/ESDP), rewizji traktatów i o jej rozszerzaniu. Rola Parlamentu Europejskiego powinna być tak określona, aby niemożliwa była spotykana obecnie jego uzurpacja do wymuszania kulturowo-obyczajowej homogenizacji Europy bez tolerancji dla historycznie ukształtowanych odmienności w tej sferze. Warto zauważyć, że Parlament Europejski nie stał się odpowiedzią na tak zwany deficyt demokratyczny w Unii. Zasada subsydiarności musi zaś sprzyjać temu, aby poszczególne instytucje Unii nie przekraczały swych uprawnień i nie deformowały Unii pojmowanej jako dynamiczna jedność w różnorodności.
Zacznijmy rozumieć Unię
Uproszczony w traktacie konstytucyjnym system podejmowania decyzji powinien być dla Polski do przyjęcia, nawet jeśli troszeczkę zmniejsza nasze znaczenie. Nie możemy zapominać, że system nicejski był niesprawiedliwy dla dużej liczby krajów i dlatego jego zmiana została zaakceptowana przez wszystkie państwa, łącznie z tymi, które na tej zmianie nieco, podobnie jak Polska, straciły.
Owszem, w Unii ma miejsce ścieranie się interesów i gra o uzyskanie możliwie największych korzyści poprzez przyjmowane przez unijne organy decyzje. Nie dzieje się to jednak w drodze głosowania. Decyzje nie są podejmowane przeciw państwom, lecz na rzecz poszczególnych spraw. Dochodzi się do nich nie przez dyktat mierzony ilościową większością, lecz poprzez długotrwałe zabiegi, formowanie koalicji, poszukiwanie najkorzystniejszego, lecz możliwego do przyjęcia przez wszystkich, także przez Luksemburg, kompromisu. Logika permanentnej podejrzliwości oraz podejście w stylu "my - wy", "kto kogo", "Nicea albo śmierć" nie należy do tej bajki. Za Niceę nie warto umierać, można natomiast próbować uzyskać coś wartościowego w zamian, skoro tak cenny żeton spadł nam z nieba (w Nicei nas nie było).
Polska jest poważnym krajem i powinna mieć całościową wizję Unii oraz wypływającą z niej i odzwierciedlającą nasze narodowe interesy metodologię. Chodzi o umiejętność takiego poruszania się w Unii, która pozwala te interesy optymalnie realizować, a przy tym umacniać owo wspólne europejskie dobro - najwspanialsze osiągnięcie narodów europejskich w czasach nowożytnych.
Taka wizja nie może się ograniczać do kompleksów, lęków i wyrywkowych sloganów. Musimy zwłaszcza porzucić pokusę przenoszenia naszych krajowych praktyk i obyczajów (tej swoistej odmiany walki wszystkich ze wszystkimi) na szczebel europejski. Biorąc udział w pracach nad nowym traktatem, warto pamiętać, że tworząc Unię (Wspólnotę), narody europejskie wyprowadziły ją z mrocznej krainy Hobbesa. I dlatego Unię trzeba traktatowo umacniać, aby zapobiegać powrotowi do praktyk, których Polska była w przeszłości ofiarą. Jeden ze środkowoeuropejskich polityków zaangażowanych w niedawną - niestety połowiczną - reformę ONZ powiedział: "Powrót do świata Hobbesowskiego jest zawsze możliwy, a niektórzy nawet aktywnie pracują na jego rzecz".
Roman Kuźniar, politolog, dyplomata. Były dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie kieruje Zakładem Studiów Strategicznych. Od 1995 wchodzi w skład polskiej delegacji do Komisji Praw Człowieka ONZ. Redaktor naczelny "Rocznika Strategicznego".
Na tym tle ogromnym atutem Unii jest właśnie zdolność adaptacji do zmieniających się warunków. Ci, którzy sądzą, że może być inaczej - albo nie rozumieją specyfiki wielostronnych instytucji międzynarodowych, albo zwyczajnie Unii Europejskiej źle życzą.
Nie przejmujmy się nazwą
Czy traktat, o którym mówimy, ma się nazywać "aż" konstytucyjny, czy "tylko" podstawowy - nie ma tak wielkiego znaczenia. Początkowo, jeszcze w 2001 roku, sprzeciwiałem się tej pierwszej nazwie jako zbyt daleko idącej. Dziś jednak sądzę, że ten termin jest dopuszczalny i uprawniony ze względu na jego zawartość i doniosłość. Taka nazwa nie jest zresztą czymś nowym w prawie międzynarodowym - wystarczy tylko przypomnieć konstytucje UNESCO czy MOP. Nieoczekiwanie opinia publiczna w Europie, także w naszym kraju, w swej większości akceptuje tę nazwę. I to nie nazwa - ani nie zawartość - była przyczyną porażki traktatu w referendum we Francji i Holandii.
Myśląc o przyszłym traktacie, trzeba mieć na uwadze wartość i znaczenie całej konstrukcji, jaką jest Unia w życiu międzynarodowym Europy. Jest ona tworem zupełnie wyjątkowym w przyrodzie życia międzynarodowego, rezultatem unikalnych okoliczności historycznych i jedyną prawdziwą wspólnotą państw, narodów i społeczeństw. Zastanawiające jest przy tym to, jak bardzo zbieżna jest ta wspólnota z formułowanymi w Europie przynajmniej od sześciu, siedmiu stuleci planami wiecznego pokoju, czy też federacji europejskiej.
Unia Europejska całkowicie przeobraziła kulturę stosunków międzynarodowych na naszym kontynencie. Sednem tej kultury jest szeroko pojmowana, wielowymiarowa zasada solidarności. Przyznam, że niekiedy groteskowo wyglądają próby "uczenia" Unii solidarności podejmowane przez naszych polityków, którzy najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, że gdyby nie istniejąca właśnie w UE zasada solidarności, Polska musiałaby jeszcze długo czekać na członkostwo w tej wspólnocie.
Określmy korzenie Europy
Przyszły traktat musi zatem potwierdzić tę unikalną tożsamość Unii Europejskiej. Zaletą Unii jest bowiem i to, że na jej istnieniu korzystają także jej sąsiedzi oraz bardziej odległe regiony świata. UE bardzo korzystnie oddziałuje na swoje otoczenie i na szerszy porządek międzynarodowy. To poprzez UE narody europejskie wypełniają swą odpowiedzialność wobec innych, mniej uprzywilejowanych części świata.
O jakie składniki tej tożsamości chodzi? Przede wszystkim o jej wymiar cywilizacyjny - zarówno w warstwie duchowej, jak i ustrojowej. Dlatego pożądane jest, aby w preambule nowego traktatu znalazło się odniesienie do chrześcijańskich czy judeochrześcijańskich korzeni naszej cywilizacji.
Gdyby z jakichś wąsko doktrynalnych względów było to nadal niemożliwe, powinny być explicite chronione wartości i normy, które wypływają z duchowej podstawy naszej cywilizacji - w tym z grecko-rzymskiej starożytności. Chodzi mianowicie o szczególną koncepcję człowieka wraz z jej transcendentnym wymiarem - człowieka wolnego, ponieważ wyposażonego w wolną wolę i rozum, a zatem dążącego do poznania prawdy. To jego podstawowe dążenie nie może być ograniczane przy pomocy ideologiczno-biurokratycznych przesądów i barier. Mieści się w tej koncepcji także pewien kodeks moralny.
Opiszmy standardy demokracji
Elementem tożsamości Europy chronionym przez traktat powinien być ustrój liberalnej demokracji zakładający suwerenność narodu, respektowanie praw człowieka i jego podstawowych wolności, otwartą gospodarkę rynkową oraz pewien model społeczny - z zasadą sprawiedliwości, tolerancji i otwartości.
Źródłem zasłużonej i wyjątkowej atrakcyjności UE jest coś, co nazywamy niekiedy europejskim modelem społecznym. Jego istotą jest dynamiczna równowaga pomiędzy trzema wartościami: wolnością - sprawiedliwością - solidarnością.
To znacznie więcej niż tylko zapobieganie ubóstwu. Chodzi tu bowiem o unikanie fragmentacji społecznej prowadzącej do erozji społeczno-kulturowych podstaw demokracji.
Traktat musi umożliwić Unii i jej państwom członkowskim stawianie czoła temu wyzwaniu, które polega na łączeniu konkurencyjności i stałej modernizacji ekonomicznej z wysokim standardem solidaryzmu społecznego i w miarę powszechną wysoką jakością życia. Wrogiem byłaby tu nadmierna opiekuńczość oraz cofanie się do standardów społecznych sprzed wieku tylko po to, aby sprostać konkurencji z Ameryką czy Chinami.
Innowacje instytucjonalne w sferze polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i obrony są ważną wartością dodaną, którą zawiera traktat konstytucyjny. Ustanawia on przewodniczącego Rady Europejskiej, ministra spraw zagranicznych, otwiera możliwość wyposażenia Unii w klauzulę sojuszniczą, czyli wykształcenia prawdziwej wspólnej polityki obronnej oraz już zawiera klauzulę solidarności, która oznacza tu nakaz przychodzenia z pomocą w sytuacji zamachów terrorystycznych czy katastrof naturalnych. Formowanie rzeczywistych zdolności Unii w tej dziedzinie potrwa lata, ale od czegoś trzeba zacząć.
Unia (Europa) nie może w nieskończoność znajdować się pod parasolem USA. Odzyskiwana wobec Stanów Zjednoczonych wolność będzie zmuszać ją do odpowiedzialności. Jednocześnie UE powinna pozostawać w strategicznych związkach z USA - zwłaszcza tam, gdzie chodzi o interesy całego Zachodu. Można to spróbować zapisać w preambule traktatu, wśród celów Unii, do których może należeć umacnianie więzi transatlantyckich.
Dla wielu otwartą sprawą pozostaje możliwość przyjęcia obecnego Traktatu Konstytucyjnego - wszak został on zaakceptowany przez 18 państw i kilka dalszych byłoby gotowych go ratyfikować. Nie sądzę, aby tak się stało. Dopóki Francja i Holandia nie zgodzą się na ponowne referendum - a nie ma takich sygnałów - dopóty traktat konstytucyjny pozostaje martwy. Przy wszystkich swoich wadach - wynikających głównie ze złożonej procedury jego redagowania i ogromnej liczby kompromisów, które zawiera - przyjęcie tego Traktatu byłoby ważnym krokiem w procesie integracji europejskiej. Jeśli ma to być traktat "konstytucyjny" lub "podstawowy" - musi być to objętościowo znacznie mniejszy dokument - taki, który istotnie zawiera materię "konstytucyjną".
Stwórzmy zrozumiały traktat
Słabością obecnego traktatu UE jest właśnie przegadanie i nadmiar regulacji, które mogą się znaleźć w aktach niższego rzędu. Przez to był on także nieczytelny i mało zrozumiały dla obywatela Unii. Podział tekstu na części, tytuły, rozdziały, sekcje i podsekcje, a do tego mnóstwo protokołów, załączników i deklaracji jest zwyczajnie nieznośny. Konstytucja musi być zrozumiała dla swych obywateli, ustawy mogą być zrozumiałe tylko dla tych, których dotyczą.
W przełożeniu na język instytucji, traktat musi utrzymać rolę i uprawnienia Komisji Europejskiej jako gwaranta zasady solidarności, co leży szczególnie w interesie Polski. Przy Radzie Europejskiej powinny pozostać kompetencje stanowienia o sprawach strategicznych Unii, jej polityce zagranicznej, bezpieczeństwa i obrony (CFSP/ESDP), rewizji traktatów i o jej rozszerzaniu. Rola Parlamentu Europejskiego powinna być tak określona, aby niemożliwa była spotykana obecnie jego uzurpacja do wymuszania kulturowo-obyczajowej homogenizacji Europy bez tolerancji dla historycznie ukształtowanych odmienności w tej sferze. Warto zauważyć, że Parlament Europejski nie stał się odpowiedzią na tak zwany deficyt demokratyczny w Unii. Zasada subsydiarności musi zaś sprzyjać temu, aby poszczególne instytucje Unii nie przekraczały swych uprawnień i nie deformowały Unii pojmowanej jako dynamiczna jedność w różnorodności.
Zacznijmy rozumieć Unię
Uproszczony w traktacie konstytucyjnym system podejmowania decyzji powinien być dla Polski do przyjęcia, nawet jeśli troszeczkę zmniejsza nasze znaczenie. Nie możemy zapominać, że system nicejski był niesprawiedliwy dla dużej liczby krajów i dlatego jego zmiana została zaakceptowana przez wszystkie państwa, łącznie z tymi, które na tej zmianie nieco, podobnie jak Polska, straciły.
Owszem, w Unii ma miejsce ścieranie się interesów i gra o uzyskanie możliwie największych korzyści poprzez przyjmowane przez unijne organy decyzje. Nie dzieje się to jednak w drodze głosowania. Decyzje nie są podejmowane przeciw państwom, lecz na rzecz poszczególnych spraw. Dochodzi się do nich nie przez dyktat mierzony ilościową większością, lecz poprzez długotrwałe zabiegi, formowanie koalicji, poszukiwanie najkorzystniejszego, lecz możliwego do przyjęcia przez wszystkich, także przez Luksemburg, kompromisu. Logika permanentnej podejrzliwości oraz podejście w stylu "my - wy", "kto kogo", "Nicea albo śmierć" nie należy do tej bajki. Za Niceę nie warto umierać, można natomiast próbować uzyskać coś wartościowego w zamian, skoro tak cenny żeton spadł nam z nieba (w Nicei nas nie było).
Polska jest poważnym krajem i powinna mieć całościową wizję Unii oraz wypływającą z niej i odzwierciedlającą nasze narodowe interesy metodologię. Chodzi o umiejętność takiego poruszania się w Unii, która pozwala te interesy optymalnie realizować, a przy tym umacniać owo wspólne europejskie dobro - najwspanialsze osiągnięcie narodów europejskich w czasach nowożytnych.
Taka wizja nie może się ograniczać do kompleksów, lęków i wyrywkowych sloganów. Musimy zwłaszcza porzucić pokusę przenoszenia naszych krajowych praktyk i obyczajów (tej swoistej odmiany walki wszystkich ze wszystkimi) na szczebel europejski. Biorąc udział w pracach nad nowym traktatem, warto pamiętać, że tworząc Unię (Wspólnotę), narody europejskie wyprowadziły ją z mrocznej krainy Hobbesa. I dlatego Unię trzeba traktatowo umacniać, aby zapobiegać powrotowi do praktyk, których Polska była w przeszłości ofiarą. Jeden ze środkowoeuropejskich polityków zaangażowanych w niedawną - niestety połowiczną - reformę ONZ powiedział: "Powrót do świata Hobbesowskiego jest zawsze możliwy, a niektórzy nawet aktywnie pracują na jego rzecz".
Roman Kuźniar, politolog, dyplomata. Były dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie kieruje Zakładem Studiów Strategicznych. Od 1995 wchodzi w skład polskiej delegacji do Komisji Praw Człowieka ONZ. Redaktor naczelny "Rocznika Strategicznego".
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|