Ale decyzja, by przeprowadzić takie właśnie leczenie ciężarnej, wymaga od lekarza niesłychanej odwagi i samodzielności myślenia. Choćby dlatego, że we wszystkich ulotkach dołączanych do leków stosowanych w terapii onkologicznej znajduje się zakaz stosowania takich medykamentów wobec kobiet w ciąży. Tyle tylko, że nikt sobie nie zadaje pytania, dlaczego tak się dzieje.
A powód jest jeden - na tej grupie pacjentów po prostu nikt do tej pory nie prowadził badań! Lekarz, który zdecydowałby się poddać chemioterapii kobietę w ciąży, musiałby być naprawdę bardzo odważny.
W Polsce o szansach wyleczenia raka nadal decyduje przede wszystkim miejsce zamieszkania. W Warszawie z pewnością lekarze podjęliby to ryzyko, ale nie wiem, co by się stało, gdyby chora trafiła do lekarza na przykład w jakiejś małej miejscowości. Lekarz to tylko człowiek, często konformista, który nie chce ryzykować, że zostanie oskarżony o przyczynienie się do śmierci pacjentki. A najłatwiej jest poradzić jej, by usunęła ciążę.
Więc w tej sprawie chodzi o dwie rzeczy - przede wszystkim o brak wiary ludzi w możliwości medycyny onkologicznej. Anna Radosz ani nikt z jej bliskich nie zapytał, czy przypadkiem jednak nie można jej leczyć. A druga rzecz to zaufanie do lekarza - zawsze, za wszelką cenę należy szukać takiego, który będzie w stanie pomóc. I zaufać mu.
Dziecko, najwyższe dobro
Doskonale natomiast rozumiem motywy, jakimi kierowała się Anna Radosz. Chęć posiadania dziecka jest zrozumiała, zwłaszcza że w szóstym miesiącu ciąży matka - dzięki rozwiniętym technikom ultrasonograficznym zna już doskonale swoje dziecko. Wie, jaką ma buzię, zna jego płeć. Właśnie dlatego dla wielu kobiet podjęcie decyzji o ratowaniu własnego życia kosztem życia dziecka jest nie do pomyślenia!
Kobiety są też głęboko przekonane, że gdyby dokonały takiego nieakceptowanego przez siebie czynu, to ich dalsze życie nie miałoby sensu. Taki wybór byłby dla nich nie do przyjęcia ze względów emocjonalnych, bo w szóstym miesiącu ciąży uczucia macierzyńskie są już ogromnie rozwinięte.
Przestrzegam również przed traktowaniem decyzji tej 27-letniej kobiety w kategoriach ofiary.
Anna Radosz czuła się już matką, a matka nie zabija przecież swojego dziecka. Wręcz przeciwnie - broni go i chroni jego życie bardziej niż własne. I nie ma to nic wspólnego z problemem usuwania niechcianej ciąży - to zupełnie inna sfera uczuć i inny rodzaj wyboru. Dziecko nie jest jedynie faktem biologicznym czy medycznym, ale żywą i bliską matce osobą.
Potęga instynktu macierzyńskiego
Znam podobne przypadki z własnej praktyki lekarskiej. Na oddziale położniczym wiele razy spotykałam kobiety, dla których ciąża stanowiła poważne zagrożenie, bo miały słaby wzrok, a urodzenie dziecko mogło sprawić, że całkiem oślepną. I one mimo wszystko decydowały się urodzić! Bo instynkt macierzyński jest naprawdę bardzo silny. I naprawdę bardzo niewiele kobiet przedkłada swoje życie czy własny dobrostan nad chęć posiadania potomka. Bardzo wiele kobiet odczuwa macierzyństwo jako dopełnienie swojej osobowości, a spełnienie się w roli matki oznacza dla nich osiągnięcie pełni człowieczeństwa.
Spotykałam też kobiety, które miały ogromne kłopoty z zajściem w ciążę czy z donoszeniem jej, i widziałam, jak nieszczęśliwe się czuły, niespełnione i niepełnowartościowe. Zdarzały się nawet przypadki głębokiej depresji spowodowanej brakiem dziecka. To jest instynkt, nie tylko biologiczny, ale także społeczny. Bo w społecznym odbiorze kobieta spełnia się całkowicie dopiero przez macierzyństwo. A ta, która dziecka nie ma, czuje się niepełna.
Właśnie dlatego rozumiem wybór Anny Radosz i uważam, że każda kobieta ma pełne prawo do takiego wyboru. Przestrzegam jednak przed tworzeniem jednej normy na podstawie tego konkretnego przypadku. Nie wolno z osobistego wyboru tej konkretnej kobiety uczynić obowiązującej zasady.
Ale szanowałabym także decyzję kobiety, która usunęłaby ciążę, zwłaszcza gdyby miała jeszcze inne dzieci i uważała za swój najważniejszy obowiązek opiekowanie się nimi. Takie wybory są zawsze bardzo trudne.
Przekleństwo albo dar
Pozostaje jeszcze pytanie, co będzie kiedyś w przyszłości czuło osierocone dziecko Anny Radosz. I tu, moim zdaniem, wszystko zależy od tego, jaki komunikat otrzyma ono od swojej rodziny. Jeśli babcia, matka zmarłej matki, powie takiemu dziecku, że żyje kosztem matki, to ono będzie żyło z poczuciem ogromnej winy.
Ale jeśli mały człowiek będzie słyszał, że żyje dzięki poświęceniu matki, to będzie to dla niego wspaniały podarunek. Będzie wiedział, że matka zrobiła to z wielkiej miłości i dostał od niej wielki dar, dar życia.
27-letnia Anna Radosz, która zrezygnowała z leczenia złośliwego czerniaka, bo w Szkocji powiedziano jej, że byłby to wyrok śmierci dla jej nienarodzonego dziecka, wcale nie musiała umrzeć. Polscy lekarze stosują chemioterapię wobec kobiet w ciąży, zwłaszcza w drugim i trzecim trymestrze - pisze w DZIENNIKU Barbara Czerska, etyk i onkolog.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama