W życiu wspaniałe jest to, że człowiek ma wolną wolę i może dokonywać wyborów. Wyborów, które służą dobru, radości, a przede wszystkim życiu. Dlatego cudownie byłoby, gdybyśmy
byli tak wychowywani w domu, tak kształceni przez państwo i wszyscy mieli takie warunki życia, byśmy dokonywali wyborów szlachetnych. Takich, na jaki zdecydowała się niewątpliwie Anna Radosz.
Być może jej czyn jest dla niektórych trudny i niezrozumiały.
Był jednak osobisty, bez przymusu, bez nakazu. I dobrze by było, gdyby zawsze były to w pełni nasze wybory. By nikt nie decydował o tym, czy kobieta ma urodzić, czy nie. Znam mnóstwo kobiet,
które nie mają dzieci i nie chcą ich mieć w ogóle. Dla nich bowiem ważniejsze są kariera, rozmiar bluzki, szczupła talia. Najważniejsze są one same. Nie dojrzały do tego, by móc myśleć
o dziecku. I to jest również ich wybór. Po drugiej zaś stronie stoją kobiety, które bez względu na wszystko chcą urodzić, bo uważają, że sens życia jest wtedy, kiedy zapewnia mu się
przedłużenie.
W moim programie "Spotkajmy się" wystąpiła kiedyś wraz z mężem i maleńkim dzieckiem pewna kobieta. Miała bardzo podobną sytuację jak Anna. W ciąży, tyle że dużo mniej
zaawansowanej, dowiedziała się, że ma raka. Lekarze zalecali jej aborcję - bo były ku temu wszelkie wskazania. Zdecydowała jednak, że zaryzykuje i urodzi, jednocześnie poddała się
chemioterapii. Wiedziała, że jeśli tego nie zrobi umrze i ona, i dziecko. Udało się. Urodziła zdrowego malucha. Jest przeszczęśliwa, mimo że ma przerzuty. Teraz jest po piątej chemii i nie
wiadomo, jak to się skończy - niczego jednak nie żałuje. Takich kobiet jest mnóstwo.
Annę Radosz rozumiem przede wszystkim dlatego, że jestem kobietą. Kobietą, która była w ciąży i urodziła. Mój syn ma w tej chwili 21 lat i gdyby ktoś postawił mnie w sytuacji, w której
musiałabym ryzykować życiem, by uratować syna - nie zawahałabym się. I jest to normalne, naturalne zachowanie. Cudowny, prawidłowy odruch. Poczucie, że czyjeś życie zależy właśnie ode
mnie dodaje siły, determinuje, tchnie nadzieją, że wszystko skończy się dobrze. Wtedy włącza się myślenie - ja mam jeszcze szanse, zdążę uratować i swoje życie. Zaryzykuję, bo warto. A
ona miała szanse i - co ważniejsze - miała nadzieję, że uratuje i siebie, i synka. Uważam, że był to w pełni słuszny wybór. Choć los okazał się jednak dla Anny okrutny. Niestety, nie da
się go oszukać. Choć czasami myślimy, że można go przechytrzyć.
Jest w tej historii jednak szczęście w nieszczęściu. Anna urodziła przecież w pełni zdrowego synka. On żyje tylko dzięki decyzji matki. I choć to bardzo przykre, że nie udało jej się
uratować siebie, pozostało dziecko. Anna Radosz tak naprawdę wygrała. Myślę, że nawet gdy umierała, była szczęśliwa, patrząc na swojego synka. Widziałam jej zdjęcia, na których z jej
twarzy biły radość i szczęście.
Myślę, że dzięki takim wyborom i decyzjom, na jakie decyduje się przecież niejedna kobieta, świat w ogóle istnieje. W sytuacjach zagrożenia ratujemy po prostu dzieci, które są naszą
przyszłością. Uruchamia się w nas bowiem taka siła, której nie jest w stanie pojąć nikt, oprócz nas.