Dziennik Gazeta Prawana logo

"Papiery poszły w świat"

13 października 2007, 15:38
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
"Czasy są teraz takie, że ludzie nie czytają, a oceny mają od dawna wyrobione. Bez czytania" - pisze w DZIENNIKU Jerzy Pilch o ujawnionych przez Lecha Wałęsę dokumentach IPN na jego temat.

Kto łączy jakąkolwiek nadzieję z czytaniem, wstępuje w krainę nieuchwytności. "Zamknąłem oczy i puściłem w świat papiery, niech ludzie czytają i ocenią" - oświadczył Lech Wałęsa. Kto łączy nadzieję na prawdę ze zjawiskiem masowego czytelnictwa, wstępuje w krainę iluzji. Były prezydent jak oświadczył, tak uczynił: umieścił i dalej umieszcza w internecie obszerną ipeenowską dokumentację na swój temat.

Dalsze ciągi są jednak iluzyjne i nieuchwytne. Czy ludzie to faktycznie czytają? Oceniają? Wyrabiają sobie zdanie? Kto to czyta? Czy istnieje choć jeden czytelnik, który w oparciu o lekturę kilkuset stron istotnie rozstrzygnął swoje prawdziwe, szczere i dobrą wolą naznaczone wątpliwości? Jestli w ogóle taki wybraniec na ziemi? Ilu głodnych prawdy materiały przestudiowało i głód zaspokoiło? Tylko trzech czy aż pięciu? (Idę na tanią groteskę: karykaturalnie zawyżam dane).

Przecież ci, dla których materiały te są przeznaczone, ci, których mają przekonać, ci, których działania gest Wałęsy spowodowały - wiedzą. Oni wiedzą niezbicie. Np. słynna nienasycona czwórka od lat tropiąca Wałęsę, od lat imputująca Wałęsie agenturalność, od lat głosząca zdradę Wałęsy, od lat śpiewająca starą pieśń o UB i motorówce (istnieje wersja o ORMO i kajaku) - nie ma żadnych wątpliwości.

Im żadne papiery niepotrzebne. Oni sami mają takie papiery, że ho ho. Donosy własnoręcznie przez Wałęsę pisane, cyrografy, oszczerstwa i inne plugastwa. Autentyki. Niektóre od samego Tymińskiego pochodzące. Jak tylko to ogłoszą - będzie po Lechu. Wszystkie doktoraty cofnięte, nagroda Nobla odebrana, prezydencka pensja - pa pa. Skalp sam spadnie.

Na razie nie ogłaszają, bo nie ma pośpiechu. Czas jest zawsze. Ale to nie znaczy, żeby godziny mitrężyć na czytanie jakiś wybielających Wałęsę papierów. Oni mieliby studiować dokumenty - chyba dla śmiechu - przez samego Wałęsę wybiórczo wybrane?

Poza wszystkim nie mają środków. Nie ma kasy na Internet. Emerytura nie starcza na ksero. Prawdziwi ludzie walki ledwo wiążą koniec z końcem. W tym samym spółdzielczym pokoju z kuchnią. Ci, co się do UB zapisali, w swoich pałacach robią co dusza zapragnie. Imieniny urządzają. Na bankiety - jakby na szyderstwo - zapraszają. Jeść i pić tam na przynętę dają. Naje się człowiek, napije i jeszcze komu niegodnemu rękę poda. Za nic!

Zapraszają. Choć nie wszystkich. Jak donosi PAP: "Lech Wałęsa zaprosił w tym roku na swe przyjęcie imieninowe Annę Walentynowicz oraz małżeństwo Joannę i Andrzeja Gwiazdów". Wyszkowskiego na tej liście szukać próżno. Ukrył się między wierszami? Nie. Nie ma go wcale. Dlaczego? Bo najbardziej nieprzejednany? Jak mówi poeta: "Wyszkowski najbardziej mocy twej urąga/ Podnosi na cię rękę i koronę ściąga"? Skąd. Sławna wielka ambicja Lecha Wałęsy i na tym polega, że pragnie on pojednać się (pojednanie jest formą pozyskania) i z najbardziej nieprzejednanymi swymi antagonistami.

Jak zatem trafnie odpowiedzieć na palące pytanie współczesności: Dlaczego Wałęsa nie zaprosił Wyszkowskiego? Bo zna się na ludziach. Wyszkowski jest z całej czwórki najszczelniejszy. Najściślej skonstruowany. Wszyscy są nieźli, ale Wyszkowski najlepszy. Wszyscy są nienasyceni, ale Wyszkowski jest od nienasycenia syty. Jakby go zaprosić - przyszedłby. Impreza z głowy.

Sprawy świata są proste. Wrogowie Wałęsy nieprzejednani. Nawet jakby jakimś cudem przekonali się (mówię o abstrakcji), że nie był on agentem - pozostanie zdrajcą. Przez to, że w czasie tamtej pięknej - gdy wszyscy byli razem - walki poczuł w sobie instynkt polityczny, zaczął prowadzić gry i działania polityczne, został politykiem, został prezydentem.

Sam wybór takiej drogi był zdradą i szlus. Rozumowania, że jeden ma instynkt i powołanie bycia prezydentem, drugi docentem, trzeci recenzentem, a czwarty - dajmy na to - pacjentem - nie ma i nie będzie. Wrogowie Wałęsy wiedzą swoje - ich najbardziej nawet heroiczne świadectwa nie przekonają. Ale zwolennicy Wałęsy też wiedzą swoje i żadnych w Internecie potwierdzeń nie potrzebują. Nie przekonałyby ich też żadne zaprzeczenia. Więcej nawet: jakby nagle jakimś komicznym trafem okazało się, że Wałęsa jednak współpracował - w niczym jego zwolenników fakt ten nie zachwieje.

Szydzi się teraz z takich, co powiadają: ja w agenturalność tego a tego - pomimo takich a takich niezbitych materiałów - nie wierzę. W przypadku Lecha Wałęsy mogłoby być gorzej. Otóż rzesze jego rozsianych po całym świecie wielbicieli na wieść, że był on agentem - co tam agentem! Generałem! Najwyższym generałem bezpieki - klaskać by zaczęły. Uznania by mu taka okoliczność przysporzyła i tym większe hołdy za wyprowadzenie Polski z moskiewskiego jarzma by mu składano. Tym większy podziw dla dziejowych zawiłości, którym musiał sprostać, by wyrażano. Dopieroż by było z czego szydzić.

Tymczasem ten rodzaj charyzmy, który pozwala osobowości górować nad rolą ( np. w wyrażeniu: "prezydent Wałęsa" - Wałęsa dominuje, tak by było i z "agentem") tworzy "historyczność" osoby Lecha Wałęsy. Ci, co często "historyczność" jego postaci podkreślają, nieraz pragną go w ten sposób unieważnić. Był, rolę odegrał, nie ma go. Owszem - jest.

Jego "historyczność" polega na od lat niezmiennej aktywności, przyglądaniu się światu - też grzebaniu w internecie, też w łowieniu ryb, też w cierpliwym (choć w słowach nieprzebierającym) polemizowaniu ze swymi zatwardziałymi wrogami, też w zapraszaniu gości na imieniny. Na wykonywaniu symbolicznych, niekiedy nawet retorycznych, gestów.

"Puszczenie w świat papierów" wygląda bowiem na gest retoryczny. Pewnie, że jest to ważne dla "podstawowej obecnie kwestii jawności", pewnie, że słynna wesoła czwórka daje pokazy sztucznych ogni, pewnie, że na ekranie telewizora pokaże się znów w złotych okularkach à la Ławrentij Beria Antoni Dudek i z wzgardliwym uśmieszkiem oddzieli światło od ciemności, pewnie że zdarzy się parę atrakcji, ale generalna nadzieja, że "ludzie będą czytać i oceniać" jest utopijna. Czasy są teraz takie, że ludzie nie czytają, a oceny mają od dawna wyrobione. Bez czytania.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj