Jeśli chodzi o taktykę, w obu przypadkach mamy do czynienia z twardym premierem, który chce zamać strajk. Podobnie jak premier Thatcher, Kaczyński mówi o potrzebie walki z przestarzałymi grupami interesów, które blokują rozwój. Thatcher np. walczyła z żądaniami związków zawodowych czy przywilejami pracowników państwowych spółek. Kaczyński walczy z korporacjami, które jego zdaniem szkodzą Polsce - jej gospodarce i rozwojowi społecznemu. Za takie uważa również korporacje lekarskie. Kaczyński, tak jak Thatcher, staje też w roli obrońcy finansów publicznych i stabilności finansowej państwa. Różnice polegają na tym, że pani Thatcher chciała głębokiej transformacji gospodarki angielskiej, prywatyzacji, postawić na nowe dziedziny ekonomii i likwidację jej przestarzałych gałęzi.
U nas, na pierwszy rzut oka, to właśnie lekarzom bardziej chodzi o zmiany, czyli o prywatyzację (choć pamiętać należy, że pielęgniarki nie podnoszą tego postulatu). Premier z kolei przeciwstawia się daleko idącej prywatyzacji tej sfery. PiS jest zresztą prawicą inną niż prawica brytyjska. Zwiększenie zakresu wolności gospodarczej nie jest głównym celem partii braci Kaczyńskich.
Czy jednak system opieki zdrowotnej w Polsce można nazwać w pełni państwowym? Nikt, nawet opozycja, nie ma przecież wątpliwości, że w praktyce system ten jest częściowo sprywatyzowany, występuje w nim duża szara strefa. Środki publiczne na opiekę zdrowotną, i tak jedne z najniższych w Europie, są w dużej mierze marnowane. Pacjenci muszą dopłacać do opieki zdrowotnej, albo też placówki służby zdrowia fałszują dane dotyczące faktycznie wykonanych usług.
Myślę, że nieprzypadkowo obecny strajk wybuchł w momencie, gdy nasiliła się walka z korupcją w służbie zdrowia, którą podjął rząd. Ale nie byłoby oczywiście całej sytuacji, gdyby poprzednie ekipy nie zaniechały reform. Dlatego sytuacja w tej dziedzinie jest wciąż kryzysowa i niejasna.
Obecny konflikt, towarzyszące mu wydarzenia i emocje zaciemniają sedno sprawy. Czy rzeczywiście chodzi o prosty dylemat: rynek lub państwo? W takim ujęciu lekarze byliby thatcherystami, a premier Kaczyński lewicą (z którą walczyła Thatcher). Jednak doświadczenie III RP pokazuje, że prywatyzacja w Polsce często miała niewiele wspólnego z zasadami wolnego rynku. Polegała na uwłaszczeniu grup zarządzających publicznym majątkiem. Te doświadczenia, a także praktyki obecne w służbie zdrowia (zdarza się przecież wykorzystywanie publicznego sprzętu do prywatnych usług) mogą skłaniać premiera Kaczyńskiego do myślenia, że protestującym lekarzom chodzi właśnie o taką prywatyzację. Konflikt z lekarzami nie jest więc konfliktem państwa z rynkiem, ale konfliktem państwa z czarnym rynkiem, który wysysa środki publiczne.
Poza tym nie można traktować służby zdrowia jak zwykłej dziedziny gospodarki. Rzecz przecież nie tylko w efektywności systemu, ale też w dostępności obywateli do opieki lekarskiej. W żadnym kraju, nawet w najbardziej liberalnych gospodarczo Stanach, nie ma w pełni wolnego rynku usług medycznych. Nawet praktyki prywatne są regulowane przez władze publiczne. Ludzie, których nie stać na opiekę medyczną, też mogą liczyć na leczenie z publicznych środków, choć oczywiście nie w takim zakresie, jak ci mający ubezpieczenia. Choć i tak w wielu przypadkach jest to więcej, niż otrzymuje w Polsce osoba ubezpieczona. W Niemczech, gdzie z kolei służba zdrowia jest częściowo prywatna, rok temu miał miejsce strajk prywatnych lekarzy. Spowodowany był tym, że władze zaostrzyły kryteria pobierania opłat za usługi medyczne.
Nawet na Zachodzie występują zjawiska, z którymi mamy do czynienia w Polsce - dwuznaczne związki lekarzy z firmami farmaceutycznymi czy wyłudzanie świadczeń z publicznych, a nawet prywatnych kas chorych, do których składki odprowadzają ubezpieczeni pacjenci. Jak więc widać, nawet przy sprywatyzowanej, bądź częściowo sprywatyzowanej służbie zdrowia możliwe jest marnowanie publicznych pieniędzy.
Dotąd niestety nie ma w Polsce dyskusji na temat - co konkretnie prywatyzacja służby zdrowia miałaby znaczyć i jak radzić sobie z patologiami, takimi jak te w Niemczech. Dotychczas najbardziej konkretna, choć pozostawiająca mimo wszystko sporo pytań, była propozycja tzw. koszyka świadczeń gwarantowanych ministra Religi.
Nie jest więc tak, że lekarze prezentują tylko nowoczesne, rynkowe podejście, a rząd broni systemu etatystycznego. Ponadto, jak już wspomniałem, pielęgniarki mają jeszcze inne cele - im chodzi jedynie o podwyżki pensji.
Na razie najbardziej widoczny jest niestety aspekt polityczny. Choć pielęgniarki i lekarze mają nieco inne cele, to opozycja (zwłaszcza SLD, który jest odpowiedzialny w największym stopniu za fatalną sytuację w służbie zdrowia) i przychylne jej media starają się konstruować pewną wspólnotę antyrządową i liczą na przyłączenie się kolejnych grup. Nie ma dla nich znaczenia rzeczowa dyskusja o zmianach w służbie zdrowia ani to, że rząd już zagwarantował 30 proc. podwyżki dla jej pracowników. Nie są też przekonujące hasła, że lekarze są najbardziej upośledzoną grupą zawodową w Polsce. Oczywiście powinni zarabiać więcej, ale są też inne grupy, które mogą czuć się skrzywdzone, np. pracownicy naukowi zarabiają podobnie jak lekarze.
Polityka w obecnym konflikcie wokół służby zdrowia jest więc najważniejsza. Być może jest to ostatni strajk III RP, gdzie nie tylko służba zdrowia, ale cała przestrzeń publiczna była zaniedbywana na rzecz interesów niewielkich grup. Ponieważ życie społeczne i gospodarcze nie znosi próżni, dokonywała się w tych zaniedbanych, niedofinansowanych sferach ukryta, pełzająca prywatyzacja. Tak było m.in. w edukacji i służbie zdrowia. Poszerzał się stopniowo czarny rynek. Gdy zaczęto podejmować próby reformy państwa, czarny rynek w sektorze publicznym był już ogromny. Stał się częścią systemu panującego w Polsce, wielu ludzi na nim korzystało lub po prostu się do niego przyzwyczaiło. To musiało wzbudzić opór i protesty. Chętnie przyłączyła się do nich opozycja i inni przeciwnicy rządu, którzy przy tej okazji nie prezentują niestety konkretnych dróg wyjścia z kryzysu. Na tym przykładzie doskonale widać, jak trudnym zadaniem jest reformowanie państwa polskiego.
Żeby wyjść z tego klinczu, rząd będzie musiał zaproponować jakieś zmiany. Inaczej przegra. Nie sądzę jednak, że zdecyduje się na daleko idącą prywatyzację służby zdrowia. Będzie próbował raczej znaleźć takie rozwiązanie, które jednocześnie zapewni efektywność systemu opieki zdrowotnej, ale będzie odpowiadało hasłom PiS "solidarnego państwa". Jak miałoby to wyglądać w praktyce? Może wyjściem jest progresywna składka zdrowotna, zakładająca współfinansowanie opieki medycznej przez pacjentów, ale przy założeniu, że bogatsi mieliby płacić większe składki niż biedniejsi. Podstawą jest jednak uszczelnienie systemu opieki zdrowotnej, by zarówno prywatne, jak i publiczne środki przeznaczone na ten cel nie były marnowane. Mam nadzieję, że w tym pomoże dobrze skalkulowany koszyk świadczeń gwarantowanych. Taka częściowa prywatyzacja nie może się też dokonać za taką cenę, że ktoś za darmo albo półdarmo będzie przejmował budynki i sprzęt publiczny.
Zdzisław Krasnodębski, prof. socjologii, filozof społeczny