"Pani Kaczyńska zawsze budziła we mnie sympatię. Miałem nadzieję, mam i nie chciałbym jej nigdy stracić wobec pana prezydenta i jego brata, a więc i wobec żony prezydenta, że uczynią dużo dobrego dla Polski". "Żona prezydenta to czarownica, która powinna się poddać eutanazji, a prezydent to oszust ulegający lobby żydowskiemu".

Obie te oceny pochodzą od tego samego człowieka: wypowiedział je ojciec Tadeusz Rydzyk. Tyle że jedno pochodzi z oficjalnego wywiadu z o. Rydzykiem, jaki się ukazał w czwartkowym "Naszym Dzienniku" i który Jarosław Kaczyński uznał natychmiast w radiowej Trójce za przeprosiny, przeprosiny przyjęte. Druga ocena prezydenta i jego żony pochodzi z wypowiedzi Rydzyka nieco mniej oficjalnej, choć też przecież publicznej, bo jej adresatami byli jego studenci.

Polska polityka bez masek

O. Tadeusz Rydzyk nie jest księdzem Skargą, który z wyżyn swego realnego autorytetu ma prawo rozstawiać wszystkich po kątach, obrzucać ich wyzwiskami, grozić prywatną ekskomuniką. Zbyt wyraźnie zżera go resentyment, nienawiść do elit, nieufność wobec świata. Bracia Kaczyńscy go nie ucywilizowali. Nie wyleczył go udział w realnym rządzeniu Polską, jaki zaproponowali mu premier i prezydent.

Jarosław Kaczyński to wie, o. Rydzyk wie, że Kaczyński wie i tak dalej. Każde zdarcie maski, każde nieco bardziej szczere odezwanie się o. Rydzyka, a już szczególnie jego wypowiedzi zarejestrowane w Toruniu, potwierdzają, że prawdziwe stosunki pomiędzy Kaczyńskimi i Rydzykiem bazują na szantażu, szczerej nienawiści i niecierpliwym pragnieniu wzajemnego zniszczenia. Zresztą trochę tak jak prawdziwe stosunki pomiędzy Kaczyńskimi a Andrzejem Lepperem czy Romanem Giertychem.

Tymczasem jednak trzeba uprawiać politykę, oficjalną politykę polską, która przecież opiera się na wartościach i nieopanowanym pragnieniu dobra wspólnego. Dlatego - jak na razie - o. Rydzyk zachwala braci Kaczyńskich jako mężów opatrznościowych, a oni odwdzięczają mu się coraz jawniejszym stosowaniem wobec niego podwójnych standardów. Podwójnych, bo przecież Kazimierz Marcinkiewicz nigdy nie nienawidził Kaczyńskich tak jak o. Rydzyk.

Wątpię, czy były premier w ogóle jest zdolny do jawnej politycznej nienawiści i jest to z mojej strony diagnoza, a nie komplement. A jednak Marcinkiewicz został nie tylko odwołany, ale także zniszczony, a o. Rydzyk nadal jest jednym z realnych liderów koalicji rządzącej dziś Polską. Radek Sikorski, przy wszystkich swoich prywatnych żarcikach i całej swojej inteligenckiej ironii, był i pozostał bardziej lojalny wobec braci Kaczyńskich niż ojciec Rydzyk. Nic dziwnego, polityki uczył się przecież w Wielkiej Brytanii, a nie w Azji. A jednak został odwołany i próbuje się go zniszczyć, podczas gdy o. Rydzyk dalej sprawuje rządy.

Paweł Zalewski nigdy nie nazwał pałacu prezydenckiego szambem, a minister Fotydze nie doradzał przeprowadzenia na sobie eutanazji, powiedział tylko ostrożnie, że podczas wystąpienia przed sejmową komisją nie przedstawiła ona zbyt precyzyjnie ustaleń brukselskiego szczytu. A jednak to on jest dzisiaj przez Kaczyńskich likwidowany, a nie o. Rydzyk, którego stosunek do kobiet, nawet kobiet sprzyjających braciom, jest zwyczajnie wulgarny. O. Rydzyk jest też realnym, otwartym, publicznym antysemitą. Ktoś, kto jeszcze tego nie wiedział - może np. poseł Tadeusz Cymański - mógł się tego po raz kolejny dowiedzieć z materiału opublikowanego przez "Wprost".

Polityka zużywa wszystko

Reklama

Jaka jest zatem tajemnica uprzywilejowanych stosunków premiera i prezydenta z o. Rydzykiem, skoro nie tłumaczą tego ani wartości, ani obyczaje? Odpowiedź jest prosta i brzmi: polityka, a raczej pewien szczególny sposób jej uprawiania przez Jarosława Kaczyńskiego. Premier Kaczyński udzielił tej odpowiedzi w tym samym wywiadzie dla Programu III, w którym przyjmował przeprosiny o. Rydzyka, mimo że ten wcale ich nie zaproponował. Zapytany o taśmy Rydzyka premier powiedział: "Nie ukrywam, że się tym specjalnie nie zajmowałem, ta kwestia niemiła, w szczególności dla prezydenta i jego żony, nie ma podstawowego znaczenia politycznego".

Bo ważność ludzi, instytucji, nawet ideowych tożsamości, dla Jarosława Kaczyńskiego w coraz większym stopniu zależy od ich bieżącego "znaczenia politycznego". Podobnie jest z prezydentem. Kiedy w dniu kolejnego odwołania Andrzeja Leppera Lech Kaczyński z dumą oświadczał polskiej opinii publicznej, że obóz rządzący znalazł "przestępcę we własnych szeregach i potrafił się z niego oczyścić", to słuchającemu tych słów, widzącemu, z jakim namaszczeniem prezydent je wymawia, chodziły po głowie dwa proste pytania. Pierwsze: czy on naprawdę wierzy w to, co mówi? I drugie: dopiero teraz w Lepperze obóz rządzący dostrzegł przestępcę, a nie np. wtedy, gdy Leppera po raz pierwszy skazywano?

Jednak bieżąca polityka zaczyna mieć dla braci Kaczyńskich pierwszeństwo przed wszystkim innym. Wystarczy, że jakiś odcinek politycznego frontu przerwą czołgi ze strajkującymi lekarzami albo że na tyłach wyląduje desant sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a Jarosław Kaczyński nie waha się rzucać na zagrożony odcinek wszystkich swoich odwodów, obojętnie, czy będą one z porządku zwykłej polityki, czy też będzie to IPN, CBA, odzyskiwany powoli autorytet dla prawa i prokuratury, a nawet podstawowy projekt Kaczyńskich, w imię którego obejmowali władzę: ostrożną modernizację Polski. Bo przecież ten akurat projekt o. Rydzyk wszelkimi siłami niszczy, współpraca z nim, publiczna akceptacja jego poglądów, pełne dla nich przyzwolenie ten projekt Kaczyńskich kompletnie przecież przekreślają.

A jednak o. Rydzyk jest potrzebny na kluczowym odcinku oddziaływania na część elektoratu - coraz bardziej dla Kaczyńskich istotną. Utrzymanie Rydzyka przy sobie, aby wygrać kolejne bitwy, staje się ważniejsze nawet niż sam cel prowadzonej wojny. Obawiam się, że gdyby bracia Kaczyńscy mieli dzisiaj swojego papieża, to natychmiast chwyciliby go za tułów i nogi i dziabnęli jego szpiczastą czapką Donalda Tuska w okolice wątroby. W ten jednak sposób w doraźnej walce zużywa się wszystko.

Koniec mitu "cywilizowania"

Upublicznienie taśm Rydzyka przekreśla jedną z ważniejszych nadziei wyborców PiS z 2005 roku, dziś już tylko jeden z mitów, które ten elektorat spajają. Że Jarosław Kaczyński będzie tak silnym i charyzmatycznym przywódcą polskiej prawicy, że zdoła ucywilizować prawicowe ekstrema. O. Rydzyk jest dzisiaj mniej cywilizowany niż przed dwoma laty, tak samo jak mniej cywilizowany jest Lepper czy Giertych. Realny udział w rządzeniu Polską jeszcze bardziej ich ośmielił: Rydzyka w antysemityzmie, Giertycha w politycznym cynizmie, Leppera w społecznym resentymencie i łapczywości na to, co on sam uważa za władzę, choć sensu politycznej władzy w państwie raczej nie wyczerpuje: na stanowiska, na bogactwa, na wpływy.

Taśmy Rydzyka pokazują, że antysemityzm ojca dyrektora nie jest wymysłem Michnika, manipulacją "Wyborczej". "Żydowskie lobby" rządzące dziś Polską, trzymające na smyczy nawet braci Kaczyńskich, "talmudyczny umysł", z którym nie sposób się porozumieć, z którego Polskę trzeba oczyścić - to słowa Rydzyka i jego myśli. To jedyny światopogląd, jaki ma. Innego już się nie dorobi. Jarosław Kaczyński o tym wie, wie o tym Lech Kaczyński. A skoro nadal grają z Rydzykiem, kiedy ta wiedza jest już wiedzą ogółu Polaków, to nie są już żoliborskimi inteligentami. Są kimś zupełnie innym, pewnie sami jeszcze nie wiedzą, kim. Nie są też Piłsudskim, choć bardzo by chcieli.

Marszałek obalił demokrację parlamentarną - co zresztą wszyscy mamy mu trochę za złe - nie po to, żeby móc obrażać "wykształciuchów" z "Wiadomości Literackich". Jeśli Lechoń, a nawet Grydzewski, Tuwim czy Słonimski byli Marszałkiem zafascynowani, to dlatego, że usiadł okrakiem na barykadzie dzielącej polską lewicę i prawicę, "liberalnych Żydów" i "prawdziwych Polaków", inteligenckie elity i lud. Nie wziął radykalnej endecji do rządu, nie oddał im Ministerstwa Edukacji. Nie stanął przy księdzu antysemicie na Jasnej Górze i nie powiedział - "tu jest Polska".

Marszałek zbudował sobie polityczną charyzmę, bo stać go było na wakacje w Sulejówku, na zdystansowanie się do bieżącej polityki, kiedy politycznego frontu na własnych warunkach nie mógł utrzymać. Takie gesty sprawiły, że nawet dziś nikt nie odważy się go zaliczyć do "spoconych mężczyzn w pogoni za władzą". Tymczasem Jarosław i Lech Kaczyński walczą dziś o doraźną polityczną dominację, tak jakby naprawdę byli jej wygłodniali, jakby już się wyczerpał realny heroizm, który przez kilkanaście lat pozwolił im istnieć w polskiej polityce na własnych warunkach, a nie na warunkach Wachowskiego.

Dziś dla doraźnej polityki gotowi są użyć CBA, IPN, Ziobrę i samych siebie. Bo ich charyzma polityczna upływa kropla po kropli. Sikorskiego, Marcinkiewicza, a teraz Zalewskiego zwalczają tylko dlatego, bo sądzą, że politycznie mogą sobie na to pozwolić. Rydzyka wychwalają, bo sądzą, że politycznie nie mogą się bez niego obejść. Myślę, że w obu wypadkach się mylą. Także w planie czysto politycznym. Ale przede wszystkim marnują swoją charyzmę "ostatniej nadziei białych", ostatnich polityków pierwszej "Solidarności", którzy mogli jej oddać sprawiedliwość, uczynić ją ideą nie tylko szlachetną, ale także skuteczną.

Obozowe przymykanie oczu

Taśmy Oleksego pokazywały, czym jest LiD, czym są postkomuniści, z którymi dzisiaj współpracują Onyszkiewicz, Geremek, Lityński, których wspierają Marek Safjan czy Jacek Żakowski. Taśmy Rydzyka pokazują, czym jest obóz obecnej władzy.

Dlatego tak samo jak intelektualiści o znanych nazwiskach nie mogli przyjąć do wiadomości taśm Oleksego, tak samo obóz braci Kaczyńskich nie może przyjąć do wiadomości taśm Rydzyka. Bo to już nie są jakieś tam idee, to sam powód naszego istnienia w sferze publicznej zostaje przekreślony, podany w wątpliwość. Może gdybyśmy nauczyli się politycznego pragmatyzmu, gdybyśmy w naszym myśleniu i mówieniu o polityce potrafili być bardziej chłodni, mniej zaangażowani, to umielibyśmy - ponad granicami politycznych obozów - porozmawiać zarówno o taśmach Oleksego, jak i o taśmach Rydzyka. I pomyśleć o nich.

Ale polski język polityki pochodzi - jak mi ostatnio z zapałem tłumaczyli nasi polityczni katolicy - z czasów świętego Tomasza. On nie został dotknięty zepsuciem Machiavellego, Hobbesa czy liberalnej nowoczesności. Ale skoro tak, skoro polska polityka jest aż do tego stopnia oparta na fundamencie piękna i dobra, wobec tego przed czytelnikami "Naszego Dziennika" i przed czytelnikami "Gazety Wyborczej" nie można nawet napomknąć o konieczności relatywizowania pewnych wartości, żeby osiągnąć pewne cele. Nie wolno się zastanawiać - odpowiednio na łamach "Wyborczej" i "Naszego Dziennika" - czy polityka, jaką znamy z taśm Oleksego i Rydzyka, mieści się jeszcze w granicach usprawiedliwionego politycznego pragmatyzmu, czy nawet te granice już przekroczyła.

Zatem ani taśmy Oleksego, ani taśmy Rydzyka nie istnieją i istnieć nie mogą. Nawet jeśli je pokazano. Czytelnik "Naszego Dziennika" występujący jako "Jerzy z Kanady, długoletni dziennikarz radiowy" gwarantuje swoim honorem, że "to nie jest głos Ojca". "Jolanta z Warszawy, śpiewaczka operowa" informuje czytelników "Naszego Dziennika", że w nagraniu usłyszała "prawie niezauważalne, poza możliwością percepcji dla tzw. normalnego ucha, modyfikacje dźwięku świadczące o sfałszowaniu nagrania".

Onyszkiewicz, Geremek, Lityński o niesłyszalnych dla normalnego ucha modyfikacjach dźwięku przy okazji taśm Oleksego nie mówili, oni po prostu nie dopuścili ich do swojej świadomości. Bo w polityce polskiej pozostać muszą, a sądzą, że mogą w niej przetrwać wyłącznie u boku postkomunistów. A rzecz nie dotyczy, niestety, wyłącznie ludzi naiwnie zaangażowanych lub też interesownie przyspawanych do któregoś z obozów. Przykro mi to pisać, wyjątkowo przykro, ale kiedy w "Rzeczpospolitej" natrafiłem wczoraj na tekst Zdzisława Krasnodębskiego będący analizą działań PiS w ciągu minionego tygodnia, nie znalazłem tam nawet słowa o taśmach Rydzyka. I trochę posmutniałem.

Nie jestem żadną polityczną cnotką, wiem, jak ciężko bronić błędów własnej strony, gdyż parę razy pracowałem przy kampaniach wyborczych, z tego ze dwa razy w kampaniach AWS, a trudniej już być nie mogło. Ale żeby błędów własnego obozu bronić nawet z lekkim odcieniem faryzeizmu (nie mam nic przeciwko faryzeuszom, to byli mądrzy i odpowiedzialni ludzie), trzeba te błędy przynajmniej dostrzegać. Dlatego żałuję, że w tekście Krasnodębskiego nie ma ani słowa o taśmach Rydzyka. Pod piórem autora, który najlepiej i najgłębiej zanalizował taśmy Rywina, ich ustrojowe konsekwencje, także rozliczenie z wiedzą na temat IV RP, jaka wynika z taśm Rydzyka, byłoby ważne.

Tymczasem nasze "prawicowe" milczenie na ich temat jest kompromitujące. Nihilizm polityczny, kiedy jest opisany, potrafi się cywilizować. Tutaj nikt jednak nie chce go opisać. Więc staje się coraz dzikszy, przekracza kolejne granice. Zarówno po stronie LiD, jak i PiS. Na coraz więcej rzeczy muszą przymykać oczy Onyszkiewicz, Geremek, Lityński, Żakowski, jak też Krasnodębski, Legutko, Zybertowicz. Przymykają coraz łatwiej i na coraz dłużej. Tyle że powinni uważać, bo im się powieki mogą kiedyś zrosnąć.