Trzy miesiące po pamiętnej ceremonii w Cardiff, kiedy ogłoszono korzystny dla nas wynik, Euro 2012 kojarzy się jedynie z pokazywanym do znudzenia telewizyjnym obrazkiem podskakującej z radości polskiej ekipy. Prezes ściskający ministra, poseł wskakujący na plecy europosła...
Od tego czasu nie udało się zrobić nic, co byłoby namacalne. Nawet bazaru na Stadionie Dziesięciolecia nie dało rady zlikwidować. Nie wspominając już o wywłaszczeniu właścicieli ogródków działkowych z miejsca, gdzie ma stanąć Baltic Arena w Gdańsku. Słyszymy deklaracje, przemowy i od czasu do czasu groźby opozycji, że jak tak dalej pójdzie, to nam UEFA Euro zabierze.
I nawet nie ma sensu porównywać tego, co dzieje się w Polsce w kwestii Euro z sytuacją na Ukrainie. Tam wiadomo, że mistrzostwa przygotują oligarchowie. Surkis, Achmetow i inni. Właśnie Surkis jest ojcem sukcesu i sumieniem tego przedsięwzięcia w powszechnym przekonaniu Ukraińców. A u nas?
Mimo że został powołany komitet organizacyjny z premierem na czele, w skład którego weszło niemal pół rządu, wciąż nie wiadomo, kto tak naprawdę za ten gigantyczny projekt odpowiada. Kto jest twarzą tych mistrzostw? Niemcy przed ostatnim mundialem mieli Beckenbauera, wcześniej Francuzi - Platiniego...
Umówmy się, że premier, nawet gdyby chciał, nie jest w stanie poświęcić się tylko jednej imprezie, nawet gdyby miała ona dla nas wymiar cywilizacyjny.
A może szef sztabu organizacyjnego Maciej Grześkowiak kreowany do tej roli przez Tomasza Lipca? Wątpliwe jednak, by wybory byłego już ministra sportu mogły cieszyć się jakimś uznaniem - skoro Lipiec właśnie odszedł w niesławie w związku z zarzutami korupcyjnymi przedstawianymi jego ludziom.
Lipiec był zresztą nieskuteczny nie tylko jako organizator Euro, ale nie spełnił się też w roli, w którą sam się wpisał - czyli lidera walki z korupcją w polskiej piłce. Szef światowej federacji - Sepp Blatter - postraszył ministra wykluczeniem drużyn z rozgrywek europejskich i ten momentalnie odwołał wprowadzonego wcześniej kuratora.
Kojarzony z całym złem w polskiej piłce Michał Listkiewicz nadal jest prezesem PZPN, a wyborów w związku jak nie było, tak nie ma. Stwierdzenie tego faktu jest najlepszym podsumowaniem
blisko dwuletnich starań byłego ministra.
Premier powołał w miejsce Lipca Elżbietę Jakubiak, która ze sportem nie miała dotąd nic wspólnego i nawet nie ukrywa, że się na nim nie zna.
Wbrew obiegowym opiniom i złośliwym uśmieszkom wcale nie musi to być zły wybór. Premier, widząc chyba że trzeba szybko ogarnąć rozgardiasz pod nazwą Euro 2012, dał Jakubiak potężny oręż. Została ona pełnomocnikiem rządu ds. organizacji mistrzostw, czyli de facto będzie ona tym komitetem kierować. Wcześniej o ten przywilej trwała rywalizacja między Lipcem a Przemysławem Gosiewskim.
Poprzedni minister, aby załatwić jakąkolwiek sprawę, musiał prosić o audiencję u premiera. Jakubiak jest jednak silniejsza politycznie - dostała więc wolną rękę w podejmowaniu decyzji i ma absolutne zaufanie szefa rządu. Mówiąc krótko: będzie mogła więcej. Jak twierdzi jeden z trenerów piłkarskiej reprezentacji Polski - to nawet bardzo dobrze, że Jakubiak nie wywodzi się ze świata sportu. Nie będzie zakładniczką jakiegoś układu.
Teraz rzecz tylko w tym, żeby wybrała dobrych fachowców, którzy zajmą się w ministerstwie sportem - przede wszystkim spartaczoną przez Lipca ustawą o sporcie kwalifikowanym - a sama wzięła się wyłącznie do Euro 2012. I zarazem skupiła wokół tej sprawy ludzi różnych opcji politycznych pod hasłem: nieważne, skąd przychodzisz - ważne, co możesz zrobić dla Euro 2012.