Interesujący plan zmiany ustrojowej, zawarty w PiS-owskim projekcie konstytucji, schowano do szuflady zaraz po wyborach. Z punktu widzenia efektywności państwa dużo więcej niż cała reszta zrobiły minister Gęsicka, która mimo oporów tworzy sensowny system absorpcji środków unijnych, czy prezes Streżyńska zwalczająca monopol Telekomunikacji Polskiej - pisze w DZIENNIKU Jarosław Gowin, senator PO.
Jeśli polska prawica nie ma po raz kolejny zmarnować historycznej szansy, musi uwolnić się od anachronicznych i szkodliwych nawyków lat 90., od moralizatorskiego
języka, od poczucia krzywdy i koncentrowania się na sporach o symbole, w zamian zaś musi wypracować spójny program instytucjonalnej reformy państwa.
Tak w największym skrócie brzmi główna teza artykułu Rafała Matyji „Konserwatywny instytucjonalizm”. To bezsprzecznie jeden z najważniejszych tekstów, jakie ukazały się w Polsce od wyborów 2005 r. Zarazem jest to znakomite zaproszenie do dyskusji już nie o obecnej kondycji polskiej prawicy (a zgadzam się z Matyją, że jeżeli kondycję tę mierzyć nie słupkami sondażowego poparcia, ale realną zdolnością do skutecznego rządzenia Polską, to ocenić ją trzeba jako marną), ale nad takim jej kształtem, dzięki któremu prawicowe rządy mogą zapewnić Polsce miejsce w pierwszym szeregu państw europejskich.
Instytucje, głupku
Matyja ma racje, że zasadniczym zadaniem dla polityków nie jest żadna „rewolucja moralna”, ale stworzenie efektywnych struktur państwowych, czytelnych reguł i klimatu konsensusu elit politycznych wokół nadrzędnych celów państwa. Wykonanie tego zadania nie zostało w żadnej niemal mierze przybliżone przez dwuletnie rządy PiS. Interesujący plan zmiany ustrojowej, zawarty w PiS-owskim projekcie konstytucji, schowano do szuflady zaraz po wyborach. Z punktu widzenia efektywności państwa dużo więcej niż cały obóz władzy zrobiły minister Gęsicka, która mimo oporów tworzy sensowny system absorpcji środków unijnych, czy prezes Streżyńska zwalczająca monopol Telekomunikacji Polskiej.
Natomiast cała reszta gromkich zapewnień o mocnym państwie to przejaw kompletnie anachronicznej wizji państwa, przy której od lat trwają liderzy PiS. Wzmocnienie rządu pojmują oni bowiem jako pogłębienie centralizacji, a w praktyce - skupienie wszystkich ważnych decyzji w rękach premiera. Z takiej chybionej wizji mocnego państwa wzięły się zakusy na ograniczenie uprawnień samorządów czy przekazanie niektórych uprawnień wojewodów instytucjom centralnym. Innym przejawem tego anachronizmu jest rozrost biurokracji i wzmacnianie rozmaitych systemów kontroli, co skutkuje paraliżem oddolnej inicjatywy. Polacy duszą się dzisiaj pod gąszczem przepisów, ograniczeń, kontroli etc.
Przy dzisiejszym stopniu skomplikowania materii gospodarczej czy administracyjnej skupienie nadmiernych kompetencji w centrali prowadzi nie do wzmocnienia państwa, lecz do jego osłabienia. Wyposażone w uprawnienia, z których nie są w stanie skorzystać, centralne urzędy państwowe stają się ociężałymi molochami, nie tylko niepodatnymi na oddolną presję obywateli, ale i niesterownymi z punktu widzenia rządu. Nie przypadkiem mówi się, że Polską rządzą urzędnicy średniego szczebla, a władza premiera - nawet tak zdeterminowanego jak Jarosław Kaczyński - staje się iluzoryczna.
Jakie państwo jest mocne?
Postulat mocnego państwa jest jak najbardziej zasadny. Tyle że warunkiem sprawności i siły jest ograniczenie zadań instytucji państwowych. Towarzyszyć temu musi wzmocnienie samorządów, a zwłaszcza deregulacja. Gdy władza przejdzie w ręce bardziej nowoczesnej formacji prawicowej, jaką jest Platforma Obywatelska, jednym z pierwszych decyzji powinno być powołanie przy kancelarii premiera zespołu (albo wręcz departamentu), który zajmie się likwidowaniem zbędnych przepisów.
Prawdziwe wzmocnienie państwa można by osiągnąć przez racjonalniejszy rozdział kompetencji rządu i prezydenta. Ten, który obowiązuje od roku 1997, pozwala tym dwóm członom władzy wykonawczej co najwyżej skutecznie się blokować, nie pozostawia jednak żadnemu z nich możliwości naprawdę efektywnego rządzenia. Decyzja, czyje kompetencje poszerzyć - prezydenta czy premiera - to oczywisty przedmiot sporu pomiędzy obiema formacjami centroprawicowymi, nie ma więc co liczyć na to, że dojdą one w tej sprawie do konstytucyjnego konsensusu.
W tej sytuacji potrzebne są inne rozwiązania, czyli takie wzmocnienie władzy premiera, na jakie pozwala obecna konstytucja. Konkretne propozycje zawiera np. przygotowany pod kierunkiem Jana Rokity program PO. Jedną z form takiego wzmocnienia jest odejście od przekleństwa „resortowości”, czyli rzeczywiste podporządkowanie ministrów premierowi. To zaś można osiągnąć nie dzięki osobistej charyzmie czy ciągłemu straszakowi przedterminowych wyborów, jak próbuje to robić Jarosław Kaczyński, lecz np. przez stworzenie budżetu zadaniowego i wprowadzenie zarządzania poprzez cele. Zadanie konsolidacji prac rządu powinno przypaść odpowiednio wzmocnionej kancelarii premiera, która ma programować i dokonywać ciągłej samooceny prac instytucji rządowych.
Lekarstwem na złe prawo może być powołanie podległego premierowi centrum legislacyjnego, odpowiedzialnego za odpowiednią jakość ustaw. Te z nich, które znalazłyby się w długofalowym planie legislacyjnym, powinny mieć zapewnione pierwszeństwo w pracach sejmowych. Warte rozważenia jest też wprowadzenie przewidzianych w PiS-owskim projekcie konstytucji rozporządzeń z mocą ustawy. Byłyby one wydawane „przez prezydenta na wniosek Rady Ministrów”, a wchodziłyby w życie pod warunkiem zatwierdzenia przez Sejm, który mógłby albo rozporządzenie w całości zaakceptować, albo w całości odrzucić. Taka procedura gwarantowałaby demokratyczną kontrolę, a zarazem zapobiegałaby nagminnej dzisiaj praktyce psucia prawa przez pochopne i podejmowane nierzadko pod wpływem rozmaitych lobby poprawki parlamentarzystów.
Inne z koniecznych rozwiązań instytucjonalnych to powołanie centrum, które analizowałoby budżetowe konsekwencje stanowionego prawa. Bezsprzecznie słuszne jest uzależnienie jakiejkolwiek zmiany w wydatkach i dochodach państwa od akceptacji rządu. Wraz z gruntownym przeglądem przydatności de facto autonomicznych wobec rządu rozmaitych agencji i funduszy doprowadziłoby to do okiełznania gigantycznego marnotrawstwa środków publicznych.
Potrzeba ładu
Nudne, prawda? A już z pewnością mniej efektowne niż kolejne spory o lustrację czy obronę życia. Ale nowoczesne partie muszą skupić się na takich właśnie - nieefektownych, za to efektywnych - zmianach. Miejmy nadzieję, że po najbliższych wyborach władza trafi w ręce PO i wtedy polska prawica przejdzie ostateczny test, czy w swojej obecnej postaci jest w stanie sprostać wielkości wyzwań. Dodać do nich rzecz jasna należy twarde, ale o wiele skuteczniejsze i bardziej elastyczne zabieganie o wzmocnienie polskiej pozycji w UE czy - szerzej - na arenie międzynarodowej. Po raz pierwszy od 250 lat mamy bowiem szansę zapewnić sobie realną podmiotowość w polityce zagranicznej.
Innym z zadań Platformy będzie realizacja sformułowanego podczas niedawnej konwencji programowej postulatu budowy ładu społecznego, a więc wyciszenie konfliktów, które w sposób po części zamierzony, a po części mimowiednie eskalował Jarosław Kaczyński. Niezbędnym do tego warunkiem jest postulowana przez Matyję „konsolidacja elit społecznych” wokół programu budowy silnej Polski. Dlatego polemizując bardzo ostro z liderami Prawa i Sprawiedliwości, trzeba unikać tonu, który antagonizuje i odpycha wyborców tej partii.
Tego sporu nie da się wyciszyć
Pod jednym względem postulaty Matyji wymagają moim zdaniem rewizji. Słusznie odrzuca on podział prawicy na laicką - skupioną właśnie na zmianach instytucjonalnych - i religijną, która koncentruje się na sporach światopoglądowych. Z drugiej jednak strony odnieść można wrażenie, że wybitny politolog chciałby te ostatnie w ogóle odesłać, jeśli nie do lamusa, to do sfery debat obyczajowych lub kulturowych.
Myślę, że jest to zarówno nierealistyczne, jak i nietrafne. Żyjemy w czasach mocnych wartości i silnych tożsamości. Nieprzypadkowo w Stanach Zjednoczonych mówi się o „wojnie kultur”, a znawcy współczesnego świata zastanawiają się nad słusznością tezy Huntingtona o „wojnie cywilizacji” jako głównej osi konfliktów międzynarodowych.
W polskim przypadku spór o wartości to z jednej strony - tak jak na Zachodzie - spór wokół takich problemów jak aborcja, eutanazja czy etyka seksualna, z drugiej zaś - o granice publicznej obecności religii. Granice te są przeciągane ku jednej lub drugiej skrajności a to przez środowiska skrajnej lewicy, a to przez integrystów spod znaku Radia Maryja. Wypracowanie wokół tych kwestii definitywnego konsensusu jest niemożliwe. Czy nam się to podoba, czy nie, spór o kształt polskiej - podkreślam: polskiej, bo nie ma żadnej uniwersalnej - normy jest nieuchronny.
W sporze tym ludzie prawicy mogą zajmować takie bądź inne stanowisko. Przykładowo w sporze o konstytucyjną obronę życia jestem tego samego zdania co Matyja, a odmiennego niż Marek Jurek. Ale prawica, która zrezygnowałaby z formułowania w tych sprawach zdecydowanego stanowiska, wcześniej czy później osiadłaby na mieliźnie graniczącego z cynizmem pragmatyzmu, a potem ustąpiła miejsca lewicy.
Jarosław Gowin, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „Znak”, współtwórca i rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera, senator PO
Tak w największym skrócie brzmi główna teza artykułu Rafała Matyji „Konserwatywny instytucjonalizm”. To bezsprzecznie jeden z najważniejszych tekstów, jakie ukazały się w Polsce od wyborów 2005 r. Zarazem jest to znakomite zaproszenie do dyskusji już nie o obecnej kondycji polskiej prawicy (a zgadzam się z Matyją, że jeżeli kondycję tę mierzyć nie słupkami sondażowego poparcia, ale realną zdolnością do skutecznego rządzenia Polską, to ocenić ją trzeba jako marną), ale nad takim jej kształtem, dzięki któremu prawicowe rządy mogą zapewnić Polsce miejsce w pierwszym szeregu państw europejskich.
Instytucje, głupku
Matyja ma racje, że zasadniczym zadaniem dla polityków nie jest żadna „rewolucja moralna”, ale stworzenie efektywnych struktur państwowych, czytelnych reguł i klimatu konsensusu elit politycznych wokół nadrzędnych celów państwa. Wykonanie tego zadania nie zostało w żadnej niemal mierze przybliżone przez dwuletnie rządy PiS. Interesujący plan zmiany ustrojowej, zawarty w PiS-owskim projekcie konstytucji, schowano do szuflady zaraz po wyborach. Z punktu widzenia efektywności państwa dużo więcej niż cały obóz władzy zrobiły minister Gęsicka, która mimo oporów tworzy sensowny system absorpcji środków unijnych, czy prezes Streżyńska zwalczająca monopol Telekomunikacji Polskiej.
Natomiast cała reszta gromkich zapewnień o mocnym państwie to przejaw kompletnie anachronicznej wizji państwa, przy której od lat trwają liderzy PiS. Wzmocnienie rządu pojmują oni bowiem jako pogłębienie centralizacji, a w praktyce - skupienie wszystkich ważnych decyzji w rękach premiera. Z takiej chybionej wizji mocnego państwa wzięły się zakusy na ograniczenie uprawnień samorządów czy przekazanie niektórych uprawnień wojewodów instytucjom centralnym. Innym przejawem tego anachronizmu jest rozrost biurokracji i wzmacnianie rozmaitych systemów kontroli, co skutkuje paraliżem oddolnej inicjatywy. Polacy duszą się dzisiaj pod gąszczem przepisów, ograniczeń, kontroli etc.
Przy dzisiejszym stopniu skomplikowania materii gospodarczej czy administracyjnej skupienie nadmiernych kompetencji w centrali prowadzi nie do wzmocnienia państwa, lecz do jego osłabienia. Wyposażone w uprawnienia, z których nie są w stanie skorzystać, centralne urzędy państwowe stają się ociężałymi molochami, nie tylko niepodatnymi na oddolną presję obywateli, ale i niesterownymi z punktu widzenia rządu. Nie przypadkiem mówi się, że Polską rządzą urzędnicy średniego szczebla, a władza premiera - nawet tak zdeterminowanego jak Jarosław Kaczyński - staje się iluzoryczna.
Jakie państwo jest mocne?
Postulat mocnego państwa jest jak najbardziej zasadny. Tyle że warunkiem sprawności i siły jest ograniczenie zadań instytucji państwowych. Towarzyszyć temu musi wzmocnienie samorządów, a zwłaszcza deregulacja. Gdy władza przejdzie w ręce bardziej nowoczesnej formacji prawicowej, jaką jest Platforma Obywatelska, jednym z pierwszych decyzji powinno być powołanie przy kancelarii premiera zespołu (albo wręcz departamentu), który zajmie się likwidowaniem zbędnych przepisów.
Prawdziwe wzmocnienie państwa można by osiągnąć przez racjonalniejszy rozdział kompetencji rządu i prezydenta. Ten, który obowiązuje od roku 1997, pozwala tym dwóm członom władzy wykonawczej co najwyżej skutecznie się blokować, nie pozostawia jednak żadnemu z nich możliwości naprawdę efektywnego rządzenia. Decyzja, czyje kompetencje poszerzyć - prezydenta czy premiera - to oczywisty przedmiot sporu pomiędzy obiema formacjami centroprawicowymi, nie ma więc co liczyć na to, że dojdą one w tej sprawie do konstytucyjnego konsensusu.
W tej sytuacji potrzebne są inne rozwiązania, czyli takie wzmocnienie władzy premiera, na jakie pozwala obecna konstytucja. Konkretne propozycje zawiera np. przygotowany pod kierunkiem Jana Rokity program PO. Jedną z form takiego wzmocnienia jest odejście od przekleństwa „resortowości”, czyli rzeczywiste podporządkowanie ministrów premierowi. To zaś można osiągnąć nie dzięki osobistej charyzmie czy ciągłemu straszakowi przedterminowych wyborów, jak próbuje to robić Jarosław Kaczyński, lecz np. przez stworzenie budżetu zadaniowego i wprowadzenie zarządzania poprzez cele. Zadanie konsolidacji prac rządu powinno przypaść odpowiednio wzmocnionej kancelarii premiera, która ma programować i dokonywać ciągłej samooceny prac instytucji rządowych.
Lekarstwem na złe prawo może być powołanie podległego premierowi centrum legislacyjnego, odpowiedzialnego za odpowiednią jakość ustaw. Te z nich, które znalazłyby się w długofalowym planie legislacyjnym, powinny mieć zapewnione pierwszeństwo w pracach sejmowych. Warte rozważenia jest też wprowadzenie przewidzianych w PiS-owskim projekcie konstytucji rozporządzeń z mocą ustawy. Byłyby one wydawane „przez prezydenta na wniosek Rady Ministrów”, a wchodziłyby w życie pod warunkiem zatwierdzenia przez Sejm, który mógłby albo rozporządzenie w całości zaakceptować, albo w całości odrzucić. Taka procedura gwarantowałaby demokratyczną kontrolę, a zarazem zapobiegałaby nagminnej dzisiaj praktyce psucia prawa przez pochopne i podejmowane nierzadko pod wpływem rozmaitych lobby poprawki parlamentarzystów.
Inne z koniecznych rozwiązań instytucjonalnych to powołanie centrum, które analizowałoby budżetowe konsekwencje stanowionego prawa. Bezsprzecznie słuszne jest uzależnienie jakiejkolwiek zmiany w wydatkach i dochodach państwa od akceptacji rządu. Wraz z gruntownym przeglądem przydatności de facto autonomicznych wobec rządu rozmaitych agencji i funduszy doprowadziłoby to do okiełznania gigantycznego marnotrawstwa środków publicznych.
Potrzeba ładu
Nudne, prawda? A już z pewnością mniej efektowne niż kolejne spory o lustrację czy obronę życia. Ale nowoczesne partie muszą skupić się na takich właśnie - nieefektownych, za to efektywnych - zmianach. Miejmy nadzieję, że po najbliższych wyborach władza trafi w ręce PO i wtedy polska prawica przejdzie ostateczny test, czy w swojej obecnej postaci jest w stanie sprostać wielkości wyzwań. Dodać do nich rzecz jasna należy twarde, ale o wiele skuteczniejsze i bardziej elastyczne zabieganie o wzmocnienie polskiej pozycji w UE czy - szerzej - na arenie międzynarodowej. Po raz pierwszy od 250 lat mamy bowiem szansę zapewnić sobie realną podmiotowość w polityce zagranicznej.
Innym z zadań Platformy będzie realizacja sformułowanego podczas niedawnej konwencji programowej postulatu budowy ładu społecznego, a więc wyciszenie konfliktów, które w sposób po części zamierzony, a po części mimowiednie eskalował Jarosław Kaczyński. Niezbędnym do tego warunkiem jest postulowana przez Matyję „konsolidacja elit społecznych” wokół programu budowy silnej Polski. Dlatego polemizując bardzo ostro z liderami Prawa i Sprawiedliwości, trzeba unikać tonu, który antagonizuje i odpycha wyborców tej partii.
Tego sporu nie da się wyciszyć
Pod jednym względem postulaty Matyji wymagają moim zdaniem rewizji. Słusznie odrzuca on podział prawicy na laicką - skupioną właśnie na zmianach instytucjonalnych - i religijną, która koncentruje się na sporach światopoglądowych. Z drugiej jednak strony odnieść można wrażenie, że wybitny politolog chciałby te ostatnie w ogóle odesłać, jeśli nie do lamusa, to do sfery debat obyczajowych lub kulturowych.
Myślę, że jest to zarówno nierealistyczne, jak i nietrafne. Żyjemy w czasach mocnych wartości i silnych tożsamości. Nieprzypadkowo w Stanach Zjednoczonych mówi się o „wojnie kultur”, a znawcy współczesnego świata zastanawiają się nad słusznością tezy Huntingtona o „wojnie cywilizacji” jako głównej osi konfliktów międzynarodowych.
W polskim przypadku spór o wartości to z jednej strony - tak jak na Zachodzie - spór wokół takich problemów jak aborcja, eutanazja czy etyka seksualna, z drugiej zaś - o granice publicznej obecności religii. Granice te są przeciągane ku jednej lub drugiej skrajności a to przez środowiska skrajnej lewicy, a to przez integrystów spod znaku Radia Maryja. Wypracowanie wokół tych kwestii definitywnego konsensusu jest niemożliwe. Czy nam się to podoba, czy nie, spór o kształt polskiej - podkreślam: polskiej, bo nie ma żadnej uniwersalnej - normy jest nieuchronny.
W sporze tym ludzie prawicy mogą zajmować takie bądź inne stanowisko. Przykładowo w sporze o konstytucyjną obronę życia jestem tego samego zdania co Matyja, a odmiennego niż Marek Jurek. Ale prawica, która zrezygnowałaby z formułowania w tych sprawach zdecydowanego stanowiska, wcześniej czy później osiadłaby na mieliźnie graniczącego z cynizmem pragmatyzmu, a potem ustąpiła miejsca lewicy.
Jarosław Gowin, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „Znak”, współtwórca i rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera, senator PO
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|