W Polsce bardzo brakuje ugrupowania, które nawiązywałoby do tradycji "Solidarności" i reprezentowało cały naród, wszystkich obywateli. W tej chwili właściwie każda partia opowiada się przede wszystkim przeciwko komuś. Oczywiście w programie upycha się też jak listki figowe jakieś pozytywne punkty, ale nacisk pada niezmienne na zwalczanie najrozmaitszych wrogów. Nawet w programie solidarnej Polski, z jakim szło do ostatnich wyborów parlamentarnych Prawo i Sprawiedliwość, dominują akcenty negatywne albo wojownicze.
Kilkadziesiąt lat temu masowy ruch "Solidarność" powstawał właśnie dlatego, że ludzie nie mieli swojej prawdziwej reprezentacji. W Polsce istniała jedna wiodąca siła narodu, która miała monopol na słuszność, czyli PZPR i jej przyboczni. Partia wiedziała najlepiej, co komu potrzebne. Każdy, kto miał dość tego, że państwowi decydenci lepiej rozumieją jego interesy, i sprzeciwiał się dominacji, wstępował się do "Solidarności".
Także dzisiaj strajkujące w obronie swoich praw pielęgniarki nie czują, że ktokolwiek w tym kraju mówi w ich imieniu i jest gotów bronić ich prawa do godziwego życia. I stąd właśnie wziął się pomysł stworzenia Polskiej Partii Sióstr. Choć może nam nasuwać się pewna analogia pomiędzy ruchem "Solidarności" i partią pielęgniarek, to różnice pomiędzy nimi są mimo wszystko zasadnicze.
"Solidarność" skupiała ludzi o najróżniejszych interesach, których łączył właściwie wyłącznie sprzeciw wobec opresyjnego reżimu i nieuczciwego - jednego dla wszystkich - pracodawcy, czyli państwa. Dziś natomiast mamy do czynienia z ośmioma różnymi podmiotami zatrudniającymi same tylko pielęgniarki. Nastąpiła też spora dezintegracja społeczna - obecnie coraz częściej powodzenie w życiu zależy głównie od siły łokci i mocy krzyku człowieka. Obecna ekipa rządząca też nie potrafiła rozwiązać tego problemu i wbrew zapowiedziom nie buduje państwa solidarnego. Stąd właśnie strajki i protesty społeczne. Polska Partia Sióstr nie ma ambicji reprezentowania wszystkich ludzi pracy, a tylko - jak sama nazwa wskazuje - pielęgniarek.
Dlatego właśnie, jeśli zgodnie z zapowiedziami Polska Partia Sióstr rzeczywiście powstanie, to nie będę na nią głosował. Z jednego prostego powodu - byłaby to partia obrony interesów wąskiej grupy i obawiam się, że podejmowane przez nią decyzje naruszałyby moje z kolei interesy.
Zresztą zakładanie partii dla obrony interesów grupowych nie ma większego sensu, bo od tego są stowarzyszenia, organizacje związkowe czy samorządowe. Partia taka jak Polska Partia Sióstr już w założeniu reprezentuje interes tylko jednej grupy zawodowej, więc nie może liczyć na masowy elektorat. Takie branżowe ugrupowania polityczne powstawały zresztą już wcześniej. Pamiętamy chyba wszyscy Polską Partię Przyjaciół Piwa, której największym sukcesem okazało się umieszczenie w Sejmie dwudziestu posłów. A przecież piwo w tym kraju pije znacznie więcej ludzi niż jest pielęgniarek!
Jeszcze później powstała Partia Emerytów, która z uwagi na potężny elektorat powinna była odnieść wielki sukces. Skończyło się jednak na tym, że miała chyba ze dwóch posłów w SLD.
Siostry liczą zapewne na to, że w ich wypadku będzie inaczej, bo są grupą dość liczną, a pozostałe grupy zawodowe są mniej zorganizowane i mniejsze. Poza tym funkcjonują w wielu
środowiskach. Jednak w czasie ostatnich strajków nie widziałem odruchów nawet elementarnej solidarności z pielęgniarkami.
Dlatego jako człowiek odpowiedzialny za demokrację gorąco namawiam pielęgniarki, by budując swoją partię, mówiły głośno o zdrowiu całego społeczeństwa i spróbowały stworzyć czytelny
program dla wszystkich Polaków, a nie tylko dla siebie. By obiecały nam, że zrobią wszystko, abyśmy wszyscy żyli długo i w zdrowiu.