W polskim dyskursie o Unii dominuje za to wizja nieustannej walki, konfrontacji, potrzeby obrony własnych interesów, „kto kogo i kto komu dołożył: my im, czy oni nam”. Skupiamy się przede wszystkim na personaliach, przywódcach, szczytach. Zapominamy przy tym, że w unijnej polityce niesłychanie ważna jest aktywizacja społeczeństwa obywatelskiego, a nie tylko atrakcyjne medialnie spotkania na najwyższych szczeblach.
Oczywiście musimy bronić własnych interesów, ale takich, które mają przełożenie na język konkretów. Powinniśmy wybrać te pola, na których czujemy się silni, by pokazać nasz potencjał i przejąć inicjatywę, pokazać, że Polska może proponować nowe rozwiązania. Jest wiele obszarów, na których Polska może zaistnieć. Najważniejsze z nich to liberalizacja gospodarki, polityka energetyczna, ochrona środowiska, polityka wschodnia i współpraca kulturalna. Dla nas i dla samej Unii szczególnie ważna jest zmiana sposobu myślenia o roli państwa w gospodarce. Jeśli popatrzymy na to, co się działo w ostatnich latach w Unii, zobaczymy, że to przede wszystkim nowe kraje członkowskie z Europy Środkowej i Wschodniej walczyły z gorsetem unijnych przepisów dławiących gospodarki poszczególnych krajów i z korporacyjnym interesem starych krajów unijnych.
To one opowiadały się za liberalizacją usług, gdy kraje dawnej piętnastki blokowały ich pełne uwolnienie. Trzeba mówić głośno na forach unijnych o potrzebie zmiany wizji państwa krępującego przedsiębiorczość i działalność społeczną różnego rodzaju podatkami, przepisami, świadczeniami. I zgodnie ze strategią lizbońską działać na rzecz liberalizacji gospodarki, stawiając na przedsiębiorczość obywateli i ich samodzielność.
Choć początkowo dużo mówiło się u nas o polityce energetycznej, to nie dbamy dostatecznie o to, by zająć pozycję europejskiego lidera, jeśli chodzi o lansowanie koncepcji solidarności energetycznej i kontynuację politycznego postrzegania energii. By uniezależnić się od Rosji, musimy przestawić się na energię atomową. Powinniśmy jak najszybciej nawiązać kontakt z liderami w tej dziedzinie takimi jak Francja, która ma na tym polu ogromne doświadczenie: 80 proc. energii pochodzi tam z elektrowni atomowych. Nam też jest to potrzebne. Zbliżają się także nowe debaty europejskie: ustalane będą kryteria kwalifikujące pomoc dla regionów, bo odchodzi się powoli od koncepcji, że dostaną ją tylko obszary najbiedniejsze. Powinniśmy tego pilnować. Niedługo rozpocznie się debata nad nową perspektywą budżetową, powinniśmy przygotowywać się do niej i być aktywni. Szykuje się też przegląd polityki rolnej, co dla Polski jako największego jej beneficjenta ma kluczowe znaczenie.
Polska musi mieć własne, przemyślane stanowisko w sprawach kluczowych dla Unii. Powinniśmy także zaistnieć w europejskim życiu intelektualnym poprzez tworzenie instytucji badawczych w różnych dziedzinach polityki unijnej, czyli tzw. think thanków, bo to one odgrywają dużą rolę w wypracowywaniu unijnej polityki i unijnych decyzji. Często instytucje te mają swoje oddziały w Brukseli. Zresztą istnieją już znakomite ośrodki, które nie są jednak należycie wykorzystywane – przykładem Ośrodek Studiów Wschodnich. W oparciu o jego analizy powinien powstać roczny plan międzynarodowych konferencji opracowujących konkrety polityki wschodniej UE. Może należałoby też otworzyć filię OSW w Brukseli?
Takie samo podejście powinniśmy mieć do ochrony środowiska. To jeden z najważniejszych filarów UE, bo to przede wszystkim w Brukseli tworzy się prawo w tej dziedzinie. W Polsce nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy i temat ten wraca jedynie w debacie dotyczącej Rospudy. Tymczasem potrzebna jest wieloletnia strategia i ocena tego, co chcemy wnieść i jak chcemy kształtować tę politykę. Podobnie w sprawie kultury. Powinniśmy wykorzystać już istniejące instytucje takie jak np. Międzynarodowe Centrum Kultury tak, by stać się tyglem europejskiej debaty i analiz – tak, by w Polsce podejmowane były wszelkie kwestie ważne dla europejskiej polityki kulturalnej.
Próbę dołączenia do najważniejszych krajów Unii musimy zacząć od własnego podwórka. W tej chwili będzie to jednak bardzo trudne na szczeblu rządowym. Część koalicji – o ile ona przetrwa – otwarcie wypowiada się przeciwko Traktatowi Reformującemu Unię i na tym próbuje budować swoją pozycję. To nie ułatwia zadania, bo rozmowy na temat finalizowania traktatu dają okazję do zajęcia pozycji wiarygodnego partnera. Ważne jest zachęcanie do współpracy także nowych członków UE: Czechów, Słowaków czy mieszkańców krajów bałtyckich, bo to oni ostatecznie okazują się naszymi sojusznikami. Jednak nie na zasadzie przywództwa, podkreślania, że to my jesteśmy największym nowym krajem Unii, ale raczej dzięki budowaniu autorytetu poprzez profesjonalizację, kreatywność, umiejętność przekonywania do swoich racji i skuteczność.
Dzisiaj w Europie mamy nowe pokolenie przywódców – Merkel, Sarkozy, Brown, Barroso. To ludzie, którzy chcą poprowadzić Europę do sukcesu, do sprostania konkurencji i nowym wyzwaniom, jakie stawia świat. Myślą kategoriami konkretów posuwających nasz kontynent do przodu. Są pragmatyczni, potrafią się porozumieć ze swoimi przeciwnikami politycznymi w kwestiach zasadniczej wagi dla Unii Europejskiej. I przede wszystkim patrzą optymistycznie w przyszłość. Bronią interesów swoich krajów, bo chcą, by ich narody odgrywały zasadniczą rolę w konstruowaniu polityki europejskiej.
Nam dzisiaj potrzeba takiej postawy. Polska i Polacy marzyli od 1945 roku, by znaleźć się w gronie krajów, wolnych i demokratycznych, tworzących wspólną i wolną Europę. Dzisiaj trzeba
się wznieść ponad podziały i budować naszą silną pozycję w Europie poprzez solidność, stanowczość, gdy trzeba, i przede wszystkim poprzez określenie, czym dzisiaj ma być owa wyśniona
przez nas Wolna Europa. Przebić się z własną wizją, zdobyć dla niej sojuszników. Nie pozwolić się wepchnąć w narożnik hamulcowy integracji. Integracja tak, ale mamy prawo i obowiązek
wyrażać własne zdanie.