Niemal dokładnie rok po objęciu premierostwa przez prezesa PiS kończy się czas rządu mającego ambicje wprowadzenia zmian systemowych - czas władzy czytającej przynajmniej od czasu do czasu swój wyborczy program, próbującej zasadniczych reform. Nawet bowiem jeśli rząd Kaczyńskiego przetrwa, to ze względu na słabość zaplecza sejmowego będzie musiał ograniczyć się do administrowania i żebrania o głosy przed każdym głosowaniem. A na dodatek coraz wyraźniej na horyzoncie widoczne będą wyborcze sprawdziany - parlamentarny dla PiS i prezydencki dla Lecha Kaczyńskiego. Można więc z dużym prawdopodobieństwem założyć, że przyszłe miesiące zdominuje myślenie o ochronie zdobyczy obozu władzy i wyborcze kalkulacje.
Dokonane ostatnio przesunięcia w otoczeniu Lecha Kaczyńskiego, w tym przede wszystkim próba wzmocnienia Pałacu Prezydenckiego Michałem Kamińskim, potwierdzają tę tezę. Można pójść nawet krok dalej: to, czy ten gabinet przetrwa, jest może ważne dla partyjnych kalkulacji, ale nie dla jego oceny. Co miał zrobić - dokonał. Co się nie udało - już się raczej nie powiedzie. Nawet jeśli nie brakuje pomysłów, to nie ma już energii, zdolności do przełamywania oporów. Niezależnie, czy chodzi o trudny do obejścia Trybunał Konstytucyjny, czy tylko o bezwład administracji.
To dobry moment, by spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście był to tylko rok regresu, zawłaszczania państwa i zmarnowanych szans bez żadnych plusów - jak twierdzi opozycja.
Czy może jednak ocena powinna być bardziej zróżnicowana, wyłapująca przynajmniej w pewnych obszarach pozytywy?
Na pewno padło, że nieprawdziwe są diagnozy skrajne. Z jednej strony trąbiące wielki sukces i władzę najlepszą z możliwych, z drugiej - klęskę i tylko klęskę. I to jest może największa
porażka ekipy Kaczyńskiego.
Nie udało mu się osiągnąć minimalnego choćby porozumienia z większością mediów i dominujących w III RP środowisk opiniotwórczych. Im dłużej trwają jego rządy, tym mniejsze pole kompromisu i rozmowy. W pewnej części to oczywiście wina dość brutalnego sposobu rozmowy z politycznymi przeciwnikami. W większej jednak uznania przez większość jego politycznych oponentów, że sam fakt powstania tego gabinetu jest zbrodnią przeciwko demokracji. W konsekwencji uznano, że każdy kij jest dobry. Nie byłoby wzrostu gospodarczego - byłaby to wina rządu.
Gdy jest, i to wspaniały – okazuje się, że to tylko dzięki temu, iż premier i jego ministrowie nic nie robią! Co usłyszelibyśmy, gdyby po tragedii pod Grenoble prezydent pojechał sobie na wakacje, a premier nie przyznał rodzinom żadnej pomocy? A co usłyszeliśmy, gdy obaj politycy zareagowali błyskawicznie i hojnie? Też narzekania - na polityczne wykorzystywanie tragedii. I tak dalej, i tym podobnie. Paradoksalnie, w jakiejś mierze to Kaczyńskiemu sprzyja. Jest niczym mgła utrudniająca wyborcom spokojną ocenę władzy. Przesada w krytyce, czasami żałośnie śmieszna, posługiwanie się słowami ostatecznymi dezawuują każdy - nawet słuszny - zarzut. W sumie jednak metoda pałowania psuje polską demokrację.
Znosi nawet resztki reguł, czyniąc świat mediów poważnych jakby internetowym - gdzie każdy może każdego obrzucić obelgami bez śladu konsekwencji. Opozycja niestety przyklaskiwała takim działaniom, a czasami i sama je organizowała. Może na krótką metę przyniesie jej to korzyści, ale na dłuższą zapłaci za to wielką cenę. Nikt bowiem już w Polsce, po tym co wypisuje się o Kaczyńskich na przykład w "Polityce", a co celnie wytknął w sobotnim DZIENNIKU Piotr Zaremba, nie może liczyć na uczciwą ocenę, na trud spokojnej oceny sposobu sprawowania władzy.
Co warto zauważyć, najstraszliwsze zarzuty wobec rządu Kaczyńskiego padają w obszarze, w którym kierunek działań zbieżny jest z najlepiej pojmowanym interesem państwa polskiego. I wynika z największych kompromitacji III RP. Korupcja to bowiem nowotwór zabijający nowoczesną gospodarkę, edukację, walkę z przestępstwami, ochronę zdrowia, ochronę środowiska. Zniechęcający zagranicznych inwestorów i demoralizujący społeczeństwo. I choć kilka wpadek po drodze niewątpliwie minister Ziobro i Mariusz Kamiński zanotowali, to wystarczy chwilę się rozejrzeć, by dostrzec ogromną zmianę w tym obszarze.
Zanika społeczne przyzwolenie na korupcję, urzędnicy mają poczucie, że sprawiedliwość może dopaść także ich, a nie tylko przestępców na amerykańskich filmach. Za tę zmianę, która jak sądzę, przetrwa, i ministra Ziobrę, warto było zapłacić sporą cenę. Bo to właśnie wskaźnik korupcji, bardziej niż czynniki ekonomiczne, odróżnia najbardziej kraje naprawdę cywilizowane od rozwijających się.
Twórcy projektu IV RP trafnie rozpoznali znaczenie tego elementu. Podobnie jak wagę edukacji. Widzianej jednak nie tylko przez pryzmat programów nauczania, lecz także jakości szkolnictwa powszechnego. Przywrócenie elementarnego bezpieczeństwa w szkołach, a w każdym razie umożliwienie takich prób bezradnym wcześniej nauczycielom i dyrektorom, także należy do bezspornych osiągnięć tej ekipy.
Wątpię, by bojowe wezwania redaktora jednego z tygodników wzywającego apolitycznie czytelników do walki z mundurkami trafiły na podatny grunt. Minister Roman Giertych się bowiem Polakom nie podoba, ale trafnie odrzucają oni diagnozę warszawskich elit posyłających swoje dzieci do szkół prywatnych. Problemem polskiej szkoły jest bowiem brak elementarnej dyscypliny, a w konsekwencji jałowość procesu nauczania, a nie nadmiar porządku. Zmiany prawne i zmiana atmosfery pozwalają na zmianę tego patologicznego obrazu. I Gombrowicz, choć ważny, nie ma tu nic do rzeczy.
Do trafnych posunięć, wbrew wszystkim zastrzeżeniom, zaliczyłbym także zmianę wektorów polskiej polityki zagranicznej. Podzielam diagnozę, że Polska osiągnęła już ten poziom zamożności i rozwoju, zakończyła ten etap wchodzenia do unijnych instytucji, który wymuszał wręcz zmianę reguł. Inaczej bowiem zachowuje się postkomunistyczny kraj kandydacki, a inaczej pełnoprawny członek Unii Europejskiej.
Dość ostry ton minister Anny Fotygi zostanie zapewne w przyszłości złagodzony, ale do polityki przyklaskiwania nie będzie już powrotu. Kategoria interesu narodowego na stałe wróciła do języka polskiej dyplomacji, tak jak nigdy nie wypadła ze słowników niemieckich czy francuskich. Zresztą rozpoznanie agresywności Rosji czy niepokojących tonów w polityce niemieckiej zaczyna docierać także do opinii publicznej Wielkiej Brytanii i Francji, potwierdzając po czasie, że nie były to polskie wymysły.
Te trzy punkty pozytywne, na długo wpływające na kształt polskiej polityki, leżą na szali obok trzech grzechów głównych obecnej ekipy.
Pierwszy to pozostawienie swoim ludziom tych samych pokus korupcyjnych, którym ulegli poprzednicy. Wątpię, by Centralne Biuro Antykorupcyjne było receptą na korupcję w każdej spółce Skarbu Państwa. By ograniczyło samowolę urzędników w każdym ministerstwie. A niestety w myśleniu o zwalczaniu korupcji zabrakło elementu wykluczania możliwości jej ulegania. Obszar własności państwowej jest tu przykładem potężnego zaniedbania. A jeśli dodamy do tego mętny sposób "karteczkowej", polegającej na partyjnym polecaniu rekrutacji, obraz staje się jeszcze ciemniejszy. W miejscach oddanych ludziom Samoobrony jest już wyraźnie czarny.
Drugie zaniedbanie związane jest z finansami publicznymi. Bo choć prawdą jest, że obniżenie składki rentowej dokonane przez tę ekipę to pierwsze takie cięcie kosztów pracy od wielu, wielu lat, to z drugiej strony doskonała koniunktura naprawdę pozwala na więcej.
Po trzecie wreszcie, zbytnia uległość wobec roszczeniowych grup społecznych takich jak górnicy. Ich związki zawodowe wywalczyły emerytury pomostowe kosztujące miliardy złotych, odsunęły zbyt twardego wiceministra, a jednak chcą więcej. Bardzo trudno będzie tę spiralę zatrzymać, ogromną cenę zapłaci ekipa, która spróbuje w tym obszarze reform. Ale jeśli - to już chyba inna ekipa.
Jaka by jednak ona nie była, złudne jest przekonanie wytwarzane przez radykalnych oponentów Kaczyńskiego, że teraz jest już tak źle, że następcom będzie bardzo łatwo. W rzeczywistości
jest dokładnie odwrotnie. Wbrew pozorom ten gabinet nie postawił poprzeczki tak nisko, jakby chcieli Stefan Niesiołowski i Grzegorz Napieralski. W nie najlepszym stylu, w brudnej koalicji, w
wiecznym chaosie i kłótni co nieco jednak wypracował. Odtąd każdy kolejny rząd będzie musiał pokazać polityczną wolę i twardość formułowania celów. Nowy Marek Belka nie utrzyma się
długo.