Gdy na początku lat 90. Millerowi sejm uchylał immunitet, podczas jego przemówienia salę opuścili wszyscy chyba posłowie OKP. Ja słuchałem. Wtedy (i jeszcze przez kilka lat) ważne było dla mnie przekonanie, że "do wolnej Polski nie wszystkie drogi wiodły przez opozycję".
Wcale nie wykluczałem - choć argumenty Millera nie były mocne - że jako były członek Biura Politycznego KC PZPR jest przedmiotem nagonki. Potem, gdy w 1993 został ministrem pracy i "w duchu lewicy" wypowiadał się o podatkach, znowu przychodziło mi do głowy, że o coś - poza stołkiem - mu chodzi. Ale wkrótce pojawiły się dowody, że Miller nie przekształcił się z komunistycznego aparatczyka w socjaldemokratę, ale po prostu zawsze był i jest cynicznym graczem.
Podczas "sprawy Oleksego" Miller powiedział, że jest to taka sama prowokacja jak "sprawa moskiewskich pieniędzy" (prowadzona przez Milczanowskiego i ostatecznie umorzona przez Jaskiernię), której okoliczności zna od anonimowego funkcjonariusza UOP. Byłem wtedy członkiem komisji śledczej zajmującej się "sprawą Oleksego" i zażądałem prokuratorskich akt tej sprawy.
Ich lektura była dla mnie wstrząsem. Miller i jego ówcześni współpracownicy (przede wszystkim Rakowski) nie wahali się utrzymywać poufnych kontaktów z funkcjonariuszami KGB i przyjmować od nich pieniądze. Ale Miller podczas przesłuchań przed komisją podtrzymał swoją ocenę i odmówił ujawnienia rzekomego informatora z UOP (nie uczynił tego dotąd). Jego cynizm i zgoła knajacka odwaga robiły wrażenie.
Jeszcze w kadencji 1993-1997 Miller dał się też poznać jako polityk elastyczny, bez ograniczeń. Jego Ministerstwo Pracy długo przygotowywało reformę ubezpieczeń społecznych mieszczącą się w ramach tzw. systemu repartycyjnego (opartego o zasadę solidarności międzypokoleniowej), ale w którymś momencie nagle porzuciło tę koncepcję i przedstawiło projekt reformy opartej o zasadę kapitałową.
Zdominowany przez SLD parlament uchwalił stosowne ustawy (o czym mało kto pamięta) jeszcze w 1997 r. Można to różnie oceniać merytorycznie, ale trudno mieć wątpliwości, że było to kompletne sprzeniewierzenie się programowi partii Millera.
Ale Miller "pokazał się" w całej krasie dopiero wtedy, gdy objął po wyborach 2001 urząd premiera. To wtedy różne szmaciaki z PZPR-u uznały, że piekło nie istnieje, że można wszystko, że na przeszkodzie nie może stać żadna kariera w systemie komunistycznym.
Rozpoczął się prawdziwy festiwal korupcji, a państwo zostało zawłaszczone przez postkomunistyczne środowisko. Miller temu patronował. Wszedł też na salony biznesu i zaczął (on - rzekomo lewicowy polityk) dbać o jego interesy. Najbardziej spektakularnym aktem było uchwalenie ustawy o liniowym podatku dochodowym dla najzamożniejszych samozatrudnionych.
Gdy dziś słyszę, jak Miller mówi, że minister sprawiedliwości przypomina drwala, który upił się i z siekierą idzie w las z nadzieją, że w coś trafi, to choć z Ziobrą w wielu sprawach nie jest mi po drodze, to wiem, że nikt nie powinien zapominać, kim jest Leszek Miller. Niestety, wielu moich dawnych politycznych przyjaciół o tym zapomina. Nie mówię tu o Adamie Michniku czy Andrzeju Celińskim, bo oni już dawno dokonali wyboru.
Na naszych oczach kształtuje się tęczowy obóz obrońców rzekomo śmiertelnie zagrożonej demokracji. Są tam nie tylko tacy wypróbowani demokraci jak Miller, Szmajdziński, Borowski czy Kalisz (o Kwaśniewskim nie wspominając), ale też Geremek, Lityński i Onyszkiewicz. Garnie się też Czarzasty, Nikolski i wielu innych zatroskanych nowym totalitaryzmem towarzyszy.
Nie kryję, uważam, że moi dawni polityczni przyjaciele, dołączając do tego towarzystwa, przekraczają granice przyzwoitości. W polityce PiS dostrzec można oczywiście przejawy naruszania demokratycznych standardów, ale - na Boga - dyktatura nie puka do polskich drzwi. Przecież Lepper (on też jest teraz w tym obozie), gdy rozprawia o powrocie stalinizmu, to zwyczajnie bredzi. Obrona demokracji z Millerem to zwalczanie rzekomej dżumy prawdziwą cholerą.