W niedzielę Jarosław Kaczyński ma ogłosić swój program. Patriotyzm gospodarczy. Termin robi ostatnio karierę wśród socjalistów. I choć nie zaskakuje w ustach prezesa PiS, to warto przyjrzeć się samemu zjawisku, które własnemu narodowi więcej wyrządza szkody niż dobra.

Reklama

Patriotyzm pochodzi od greckiego „patris” – ojczyzna. I choć w rozmaitych epokach przyjmował rozmaite formy, to niezmiennie był manifestowaniem swojego poświęcenia dla państwa. W zależności od epoki politycy dodawali do niego różne przymiotniki. W kryzysie chętnie podpierają się patriotyzmem gospodarczym. Jarosław Kaczyński określał go jako „lojalność wobec własnego narodu”. I pewnie zwykły patriotyzm można tak tłumaczyć, ale gospodarczy patriotyzm jest czymś dokładnie przeciwnym. Sprowadza się do wyrzeczeń całego społeczeństwa na rzecz władzy.

W 1929 roku Ameryka nałożyła zawrotne cła na europejskie towary, co w konsekwencji pogrążyło cały zachodni świat w depresji. Francja w latach 30., szermując patriotycznymi hasłami, usiłowała wzmocnić swoje narodowe obligacje, doprowadzając do niewypłacalności Niemiec i rządów nazistów. Trudno tu dopatrzyć się korzyści narodowych. Podobnie jak trudno je dostrzec w decyzji prezydenta Obamy o zakazie zatrudniania obcokrajowców przez koncerny korzystające z pomocy rządu. W efekcie amerykańskie firmy zmuszone zostały zakładać centrale w innych krajach. Za ten akt patriotyzmu płacili oczywiście Amerykanie. Francuski rząd protestował przeciwko przejęciu luxemburskich hut stali przez indyjskie koncerny. Kto płaci za europejski patriotyzm? Europejczycy, których huty traciły rynki zbytu, dla hut w innych krajach, przejętych przez Mittala.

Jarosław Kaczyński wielokrotnie mówił o polonizacji banków czy wstrzymywaniu prywatyzacji. Niezależnie od tego, jak chciałby to przeprowadzić, polonizacja oznaczałaby mniejszą konkurencję i z czasem gorszą obsługę klientów.



We współczesnym świecie powiązań korporacyjnych i przenikania się kapitału trudno jest zdecydować, który inwestor jest w pełni polski, a który obcy albo częściowo obcy. Komu dać licencje, komu pozwolić wygrać przetarg? Patriotyzm gospodarczy sprowadza się do zwykłego klientelizmu. Korporacje zapewniają o swojej „lojalności do narodu”, dając zausznikom ministrów, ich fundacjom, firmom reklamowym czy PR-owskim zarobić. Często na szczytnie brzmiące cele, jak muzea, pomniki czy pisma albo programy telewizyjne promujące to, co politycy uznają za patriotyczne. Gospodarka patriotyczna skazana jest na wysokie koszty pozyskiwania zleceń, licencji, rządowej przychylności. Na dłuższą metę firmom to się opłaca, bo jako patriotyczni wybrańcy mają mniejszą konkurencję. Gorzej z resztą społeczeństwa, która płaci za to wyższymi cenami w sklepie, mniejszą liczbą miejsc pracy i wolniejszym wzrostem gospodarczym.

Patriotyczna gospodarka kwitła za rządów PiS, ale i dziś całkiem nieźle daje sobie radę. Donald Tusk nie używa tego terminu, ale otwarcie promuje innego potworka intelektualnego – narodowe czempiony. W imię abstrakcyjnych interesów narodowych blokuje prywatyzację największych spółek energetycznych. Energetyka ciesząca się rządową ochroną dyktuje nam coraz wyższe ceny przy fatalnej obsłudze klienta i braku inwestycji w infrastrukturę. Względem kogo premier zachowuje tu lojalność – na pewno nie względem tych, którzy płacą rachunki.

Ciekawe, czy Tusk albo Kaczyński zastanawiali się, dlaczego te wielkie zachodnie koncerny tak bardzo chcą kupić nasze zacofane państwowe fabryki? Ano właśnie dlatego, że są zacofane, a one dysponują technologią, wiedzą, kontaktami, które pozwolą im szybko zwiększyć zyski. A przy okazji stworzyć w Polsce nowe miejsca pracy i otworzyć nam nowe rynki zbytu. Faktem jest, że jednocześnie ograniczą wpływ polityków na gospodarkę i odetną ich od pieniędzy dla ich zauszników, ale trudno to nazwać działaniem na szkodę państwa.

Patriotyzm gospodarczy to nic innego jak forma okradania społeczeństwa z wolności osobistych – z prawa do nieskrępowanego bogacenia się i szans na wzrost dobrobytu. Brytyjski filozof Samuel Johnson o patriotyzmie gospodarczym pisał, że jest on ostatnią kryjówką łotrów. I pomyśleć, że tak niewiele zmieniło się przez 300 lat.