A jeszcze niedawno tak przecież było. Nie mieliśmy wątpliwości, że Unia czy USA, dotując swoje rolnictwo oraz eksport żywności, przyczyniają się do pogłębiania problemów gospodarczych krajów biednych. Płody rolne z Afryki czy cukier z Brazylii, choć ich koszty produkcji były niższe, nie miały szans na rynkach światowych, ponieważ wypierały je podobne produkty z UE czy ze Stanów, których cena była niższa, mimo że faktyczne koszty produkcji o wiele wyższe. WTO od lat walczy z subsydiowaniem eksportu, właśnie w interesie krajów słabszych.
Reklama
Gdyby Chiny nie były członkiem WTO, ich produkty nie podbijałyby świata niską ceną. Inne kraje broniłyby się przed nimi różnego rodzaju cłami czy kontyngentami. Teraz już tego robić nie mogą. Musiałyby udowodnić, że cena jest dumpingowa, a to nie jest takie proste. Na dynamizację własnego handlu po przyjęciu do WTO liczy też Rosja. Dziś unijny rynek podbijają kurczaki z Polski, ale wcale nie wiadomo, czy nasza pozycja za kilka lat będzie równie silna. Rosja od lat inwestuje w rozwój kurzych ferm, niewykluczone, że z myślą o tym, by z tanimi brojlerami wyruszyć na podbój unijnego rynku. Będąc w klubie, któremu tak zależy na liberalizacji światowego handlu, osiągnie swój cel o wiele łatwiej.
Z przyjęcia wielkiego sąsiada do WTO powinny też wynikać korzyści dla nas. Jako członek tej organizacji Rosja nie będzie już mogła jednostronnie wprowadzić embarga na polskie mięso czy warzywa. To może się jednak okazać tylko teorią. WTO bowiem nie przewiduje sankcji finansowych dla swojego członka, który zakazuje wjazdu produktów innego kraju, również będącego w WTO. Stosuje raczej inne narzędzia, również dyplomatyczne, aby ów kraj się z niefortunnego pomysłu wycofał, i wcześniej czy później jej się to udaje. Zanim to jednak nastąpi, eksporterzy mogą stracić dużo pieniędzy. Gwarancji, że Rosja w stosunkach handlowych z Polską nie będzie się kierować polityką, tak naprawdę więc nie mamy. Do tej pory przecież nader chętnie korzystała z broni, jaką jest embargo, także w stosunkach z innymi sąsiadami, np. z Gruzją. Zakaz wjazdu, jakim obłożono gruzińską wodę Borjomi, wynikał przecież z chęci dania Gruzji po łapach. Nie chodziło w nim o handel, lecz o politykę.
Do niedawna świat w handlowych wojnach żywnościowych używał broni konwencjonalnej. Szybkimi krokami nadchodzi jednak epoka broni masowego rażenia. W tej epoce Światowa Organizacja Handlu może się okazać sojusznikiem silnych, a nie słabych. W Stanach Zjednoczonych zaawansowane są badania nad produkcją żywności ze zwierząt, których rodzicami są klony. Osobniki wyselekcjonowane z ras tradycyjnych klonuje się, by stały się reproduktorami. Dają lepsze jakościowo mięso. Teraz chodzi o to, by produkcja takiej żywności była również tańsza niż żywności tradycyjnej. Naukowcy twierdzą, że stanie się to za pięć, góra dziesięć lat.
Jeśli Europejczycy nie dostarczą do tego czasu dowodów, że klonowana żywność może być szkodliwa dla zdrowia (a nic nie wskazuje, by ich dostarczyli), będzie ona mogła być sprowadzana także na rynek Wspólnoty. Europejskie prawo tej kwestii nie reguluje, choć były próby w Parlamencie Europejskim, by obrotu taką żywnością zakazać. Na razie Europa ma w rękach tylko argumenty etyczne. Oczywiście, nie bez znaczenia jest także strach, że tańsza żywność pochodząca z potomstwa sklonowanych zwierząt może w dalszej perspektywie wykończyć europejskie rolnictwo. Po której stronie stanie WTO przywołana jako arbiter? Na odpowiedź nie mamy za wiele czasu.
Po czyjej stronie stanie Światowa Organizacja Handlu, gdy USA ruszą w świat z żywnością wyprodukowaną ze sklonowanych zwierząt?