Abstrahując od celowości wprowadzenia takiego systemu, warto wyjaśnić sobie kilka podstawowych kwestii, po to, by w debacie publicznej na ten temat ustrzec się od powielania mitów.
Reklama
Szermuje się na przykład argumentem, że w okręgu jednomandatowym będą wybierane osoby zamożne, które stać będzie na sfinansowanie kampanii. Czy nie pobrzmiewa tu przypadkiem domniemanie, że startować będą złodzieje po to, by zamachnąć się na kolejne nasze dobra?
Co sądzić o domniemaniu winy, niby wiemy, pachnie to brzydko, ale po cichu myślimy swoje. Jeśli jednak ktoś ma bardzo dużo pieniędzy i stać go na sfinansowanie dużej partii (są na to, jak wiadomo, rozliczne nie tylko polskie sposoby) albo opłacanie konkretnego niezbyt zamożnego polityka, by następnie poruszyć go sznurkami w odpowiednim momencie, to wtedy mniej to nam przeszkadza. Bo nie dzieje się na naszych oczach?
Okręg jednomandatowy to mniej więcej jeden przeciętny powiat. W takiej skali lepiej jednak widać, kto jest kto i pewien zakres niezależności finansowej może nawet sprzyjać niezależności od złych wpływów w ogóle.
Mit kolejny to przekonanie, że taki system będzie prowadził do rozproszenia sił w parlamencie. Takie zdania, wcześniej często powtarzane, ostatnio rzadziej się na szczęście słyszy, bo doświadczenie Senatu ukazało, że to nieprawda, ponieważ znalazły się tam tylko dwie partie.
Łatwo zrozumieć dlaczego. W okręgu jednomandatowym wygrywa tylko jedna osoba. Partie o podobnych profilach muszą się więc dogadać co do kandydatów przed wyborami – szczególnie jeśli wybory odbywają się w jednej turze. Chętnie więc zapraszają na swoje listy kandydatów niezależnych o popularnych nazwiskach, lecz nie po to, by nazwiska te listy uatrakcyjniały, ale żeby ci kandydaci rzeczywiście wygrywali na ich konto. Niezależny kandydat startujący samodzielnie ma więc mniej więcej takie same szanse na wybór jak ktoś, kto trafia pomiędzy kamienie młyńskie, chyba że jest twardszy od tych kamieni – wtedy może przeżyć. Ile takich osób jest w naszym Senacie?
Zgoła inny mechanizm psychologii wyborczej w obu rodzajach wyborów pozwala też zrozumieć, dlaczego w przypadku wyborów z okręgami jednomandatowymi łatwiej o tworzenie rządu po wyborach. A to dlatego, że koalicje tworzone są wtedy przed wyborami, a nie dopiero po nich – w zależności od osiągniętego wyniku.
Kiedyś z ust bardzo prominentnego polityka usłyszałem, że jego partia nigdy nie zgodzi się na okręgi jednomandatowe, bo w takich wyborach marnują się te procenty głosów, które nie wygrywają. To prawda, ale czy w parlamencie siedzą procenty? Żadne procenty – są tam konkretni ludzie i konkretni ludzie przegrywają. Arytmetyka zaś nam podpowie, że w przypadku okręgu jednomandatowego więcej będzie takich wyborców, których kandydat ostatecznie wygrał, niż w przypadku okręgów wielomandatowych, gdzie głosy na poszczególnych kandydatów, których jest zresztą zwykle wielokrotnie więcej niż w wyborach jednomandatowych, są rozproszone po listach partyjnych.
Pora na moje ulubione przewrotne, przyznaję, pytanie: a iluż to posłów mamy w Sejmie? Uczeń gimnazjum powie 460 i dostanie piątkę. Ale jeśli spojrzymy na ten problem w realnych uwarunkowaniach, to szybko osoba jako tako zorientowana w arkanach parlamentaryzmu zauważy, że jeden poseł to nie znaczy jeden głos. W istocie mowa tu o szablach w rękach lidera, czasami liderów, a tych jest aktualnie ilu? W zależności od przyjętego kryterium od kilku do kilkunastu – no może kilkudziesięciu, ale na pewno nie stu. A łatwiej wyborcy rozliczyć posła ze swojego powiatu czy lidera partii rządzącej?
Czasami mówi się też, że nasza demokracja nie dorosła do wyborów jednomandatowych, takich jak w Stanach czy w Wielkiej Brytanii – tak jakby wybory proporcjonalne były pierwotne, a okręgi jednomandatowe pojawiły się później. Było oczywiście odwrotnie, co sprawia, że mechanizm wyborów proporcjonalnych, wymyślony przez matematyków w pod koniec XIX w., na dobrą sprawę przez przeciętnego wyborcę nie jest zrozumiały. Nikt poza specjalistami w tej materii i pewną niewielką grupą polityków i dziennikarzy tego mechanizmu nie rozumie, a spotkałem kiedyś nawet profesora matematyki, który był przekonany po 1991 r., kiedy to po raz pierwszy zafundowaliśmy sobie wybory proporcjonalne, że głosujemy w systemie większościowym. Sądził mianowicie, że posłem zostaje ten, kto dostanie największą liczbę iksów. Nie wziął pod uwagę, że wcześniej przydziela się mandaty partiom – w zależności, ile głosów padło na listę.
Jeśli jednak przedstawicie różnego rodzaju ruchów społecznych sądzą, że łatwiej im będzie dostać się do parlamentu z okręgu jednomandatowego, to są w błędzie. Łatwiej im będzie zaistnieć w lokalnej kampanii wyborczej (to też jakaś korzyść), ale droga do parlamentu ani trochę się przez to z powodu kamieni młyńskich nie skróci.