Miasto zburzone w czasie nalotu można odbudować, ba – w kolejnym pokoleniu po wojnie wzrośnie liczba ludzi. Jednak zniszczonej przez brak racjonalnego planowania przestrzeni, z jej konfiguracją terenową, ciągami komunikacyjnymi, a przede wszystkim z rzekami czy wzniesieniami, nie da się już naprawić. Skutki braku właściwej gospodarki przestrzennej oraz zniszczenie wszystkiego, co z trudem zaczęto odbudowywać po 1990 r., jednorazowym uchyleniem wszystkich planów zagospodarowania przestrzennego w 1994 r., długo będą dawały się nam we znaki. Mało kto jednak ten problem rozumie, bo generalnie dominuje u nas perspektywa żaby.

Trzeba wiedzieć, gdzie i co planować koniecznie, a gdzie plan będzie przylegał do życia jak siodło do krowy – by strawestować tu Wielkiego Językoznawcę, który w ten sposób miał podobno określać relacje pomiędzy socjalizmem i Polską w ogóle.

Myślę jednak, że to nie samo planowanie było całym złem poprzedniej epoki, ale tzw. reguła kosztowa. Plan planem, ale w konkretnej już fabryce można było na płace przeznaczyć tym więcej, im więcej kosztowały materiały włożone w produkt końcowy. Na koszty surowców i energii nakładano pewien procentowo określony poziom marży z przeznaczeniem na koszty własne przedsiębiorstwa i dopiero z sumy wszystkich tych składników miała wyjść cena końcowa produktu. Żeby więc zarobić więcej przy minimalnym wysiłku (a to jest zasada znana wszystkim ustrojom i czasom), należało mnożyć koszty materiałów i energii. Im większe więc było marnotrawstwo, tym wyższe płace – ot, i cała tajemnica realnego socjalizmu. Skoro nie rynek miał zadecydować o cenie, musiała to zrobić za niego administracja gospodarcza, i to robiła, zarabiając dodatkowo na realne premie od zysków na papierze.

Planowanie służyło zaś tak naprawdę innym celom. Chodziło mianowicie o to, by nie wyprodukować za dużo. Profesor Zdzisław Sadowski wyliczył swego czasu, że w minionej szczęśliwie epoce tak planowano produkcję, by podaż sięgała najwyżej 75 proc. spodziewanego popytu, a tylko w najlepszym okresie Gierka ta różnica – i to nie w każdym asortymencie – wynosiła 10 proc.

Dlaczego? Ano dlatego, by wszystko zostało kupione, bez względu na jakość. Nic dziwnego, że za granicę mogli wyjeżdżać tylko nieliczni. W przeciwnym wypadku sami byśmy sobie dokupili tam to, czego tu brakowało albo było niezadowalającej jakości. System kartkowy na niektóre produkty w sytuacji ograniczonej sztucznie podaży musiał więc wydawać się niektórym wręcz błogosławieństwem.

Wystarczyło po 1990 r. zlikwidować planowanie w gospodarce i towarzyszącą mu regułę kosztową, by na rynku pojawił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki... nadmiar towarów. Operacja była bolesna, bo żeby zarobić, trzeba było odtąd produkować, licząc się z potrzebami rynku – wcześniej wystarczyło przecież wyprodukować zgodnie z planem do magazynu i już była forsa w kieszeni.

Było łatwo i przyjemnie – tyle że, niestety, nie dla wszystkich.

Dziś oburzamy się na zbyt wysokie zarobki menedżerów. W niektórych wypadkach są one rzeczywiście skandaliczne. Wymyślono więc ustawę kominową. Życie łatwo ją obeszło przez mnożenie spółek córek i kontrakty menedżerskie. Zdaniem Ryszarda Bugaja rozpasanie prezesów powinno być ukrócone choćby przez wysokie podatki.

To droga donikąd. Przywrócimy regułę kosztową nieco inaczej tylko stosowaną, ale z całkowitym zachowaniem jej istoty. Wynagrodzenia prezesów dodatkowo wzrosną, by przeskoczyć kwotę podwyższonego podatku – tak, by mogli oni zachować poziom realnych wcześniejszych swoich dochodów.

Na pewno zaś zyska na tym fiskus. Ponieważ nigdy nie zdarzyło się tak, aby w kasie państwowej było za dużo, zwiększone dochody z podatków wygenerują następne świadczenia publiczne – niekoniecznie racjonalne.

Gospodarka komunistyczna – pisze Ryszard Bugaj – przypominała węża, który zżerał swój własny ogon. Dziś przynajmniej nie ma kartek, a paszport jest na podorędziu.