Dziennik Gazeta Prawana logo

Referendalna ściema, czyli są podpisy, ale wyborów nie będzie

5 grudnia 2016, 18:30
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Lider Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej, radny m.st. Warszawy Piotr Guział (L) i lider Ruchu Sprawiedliwości Społecznej Piotr Ikonowicz (P) podczas konferencji prasowej w związku z zakończeniem akcji zbierania podpisów pod referendum w sprawie odwołania prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz,
Lider Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej, radny m.st. Warszawy Piotr Guział (L) i lider Ruchu Sprawiedliwości Społecznej Piotr Ikonowicz (P) podczas konferencji prasowej w związku z zakończeniem akcji zbierania podpisów pod referendum w sprawie odwołania prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz,/PAP
Choć pod wnioskiem referendalnym o odwołanie Hanny Gronkiewicz-Waltz zebrano o kilka tysięcy więcej podpisów niż jest to konieczne, sam wniosek trafi do kosza, zamiast do komisarza wyborczego. Absurd? Zdecydowanie. A potem dziwimy się, że Polakom się nie chce, gdy trzeba zacząć działać.

Wydawało się, że afera reprywatyzacyjna ostatecznie pogrąży prezydent stolicy. Ta jednak zdecydowała się pozwalniać zastępców, zapowiedzieć audyt w ratuszu i dotrwać do końca kadencji. Nawet rozumiejąc przesłanki, którymi kieruje się Hanna Gronkiewicz-Waltz, wizerunkowo i tak wygląda to bardzo słabo. W tym kontekście kwestia zorganizowania przedwczesnych wyborów w Warszawie, będących rezultatem przeprowadzonego wcześniej referendum odwoławczego, wydawało się formalnością. A jednak nie.

Były burmistrz Ursynowa Piotr Guział - ten sam, który już raz w 2013 r. podjął nieudaną próbę zrzucenia prezydent miasta ze stołka - poinformował, że udało się zebrać ok. 140 tys. podpisów pod wnioskiem referendalnym. Trzeba było zebrać minimum 132,7 tysiąca. Nic, tylko złożyć komplet u komisarza wyborczego i czekać na rezultat. Też nie. Dlaczego? 

Organizatorzy akcji uznali, że podpisów jest wciąż za mało.

- stwierdził Piotr Guział.

Innymi słowy, inicjatorzy całego zamieszania nie zamierzają nawet powiedzieć „sprawdzam”. Być może przemawia przez nich czysty pragmatyzm. Ale jak to wygląda, jaki to dołujący przekaz, gdy zamiast zrobić wszystko od A do Z, lepiej przyznać się do porażki - i to walkowerem? Oczywiście, być może w grę wchodzą kwestie polityczne i szanse na faktyczne usunięcie Hanny Gronkiewicz-Waltz ze stanowiska. A także niemałe koszty warszawskiego referendum (ok. 2,5 mln zł, nie licząc wydatków partii na późniejsze kampanie wyborcze).

Ale nie o to w tym wszystkim chodzi. W Polskę właśnie idzie fatalny sygnał, że nie warto organizować się, zbierać podpisów pod jakąś akcją czy pomysłem, bo potem i tak z dużym prawdopodobieństwem skończy się na niczym. Z tym że zazwyczaj jest to efekt stwierdzenia nieważności samego referendum z powodu zbyt niskiej frekwencji - tych odwoławczych na poziomie lokalnym było w kadencji 2014-2018 jak dotąd ponad trzydzieści. Tylko dwa z nich zakończyły się odwołaniem: najpierw burmistrza Chrzanowa, potem burmistrza Sulmierzyc.

A teraz w stolicy mamy do czynienia z rezygnacją z meczu zanim rozległ się pierwszy gwizdek sędziego. Owszem, Piotr Guział wskazał, że przy takiej liczbie podpisów zdarzają się podpisy "podwójne" czy niepełne, z brakującymi cyframi w numerze PESEL. I wszystkie mogą być w związku z tym zakwestionowane. Tylko kogo tu winić? Ludzi, którzy te podpisy składają (często w biegu, w trakcie "łapanki" ulicznej), czy tych, którzy dane te zbierają i najwyraźniej potem w ogóle ich nie weryfikują? Wiadomo też, że choć oficjalnie Warszawę zamieszkuje ok. 1,7 mln mieszkańców, to - biorąc pod uwagę tych niezameldowanych - liczba ta wzrasta do ponad 2-2,5 mln. Z tłumaczeń Piotra Guziała nasuwa się wniosek, że organizatorzy sami przyznają, że zamiast dobrej, rzetelnej roboty, odwalili chałturę. Idąc na ilość, zapomnieli o jakości.

Sztukę zbierania podpisów - nawet miliona pod jednym wnioskiem - do perfekcji opanował… Polski Związek Działkowców. W ostatnim czasie to PZD okazało się najsprawniejszym legislatorem, jeśli chodzi o oddolne inicjatywy. mówi mec. Bartłomiej Piech, reprezentujący PZD. Oczywiście w przypadku działkowców inna była też motywacja do zbierania podpisów (nowy regulamin rodzinnych ogrodów działkowych, obrona zagrożonych altanek).

Ale weźmy inny przykład - janosikowe. Mało kto zapytany na ulicy o to, na czym polega patologia janosikowego i co to w ogóle jest będzie w ogóle wiedział, o co chodzi. Mimo to niewielki komitet zebrał 157 tys. podpisów pod projektem obywatelskim, choć trzeba było 100 tys. Owszem, samego systemu janosikowego na razie nie udało się zmienić, ale o problemie zaczęto mówić, a dziś Mazowsze płaci tego zbójeckiego haraczu o kilkaset milionów mniej niż płaciło do tej pory. Dobry przykład na to, że czasem zwycięstwo może być zdefiniowane inaczej niż na starcie.

I jeszcze jedna, wolna refleksja jednego z moich rozmówców: dlaczego przy składaniu podpisu nie wystarczy imię i nazwisko oraz PESEL? Po co jeszcze adres zamieszkania, który w ostatniej chwili zniechęca wiele osób do oddania podpisu? W końcu urzędnicy mają dostęp do państwowych rejestrów, w których wystarczy właśnie numer PESEL do sprawdzenia danych obywatela. Widocznie wciąż pokutują w nas stare nawyki.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj