Założę się, że niewiele osób wie tak naprawdę, co oznaczają wskaźniki PM10 i PM2,5, które w rzeczonej aplikacji przekraczane są o setki, jak nie tysiące procent w porównaniu do dozwolonej normy i które wszyscy z lubością wrzucają na swoje konta w serwisach społecznościowych, stając się nagle ekspertami od jakości powietrza w Polsce. Oczywiście, gdy w aplikacji coś nie działa – od razu pojawia się teoria spiskowa: na pewno przekroczenia są tak gigantyczne, że ktoś wyłączył stację pomiarową. Sama zresztą mam od kilku dni takie wrażenie, gdy co chwilę widzę komunikat, że nie udało się pobrać danych.

Reklama

PM10 i PM2,5 to tzw. pyły zawieszone – ten ostatni to pył o średnicy nie większej niż 2,5 mikrometra, który – zdaniem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) – jest najgroźniejszy dla człowieka. Jego długotrwałe wdychanie skraca średnią długość życia nawet o kilka lat. Według WHO umieralność na świecie z powodu zanieczyszczenia powietrza (6,5 mln ludzi rocznie) jest wyższa niż z powodu wirusa HIV i choroby AIDS oraz gruźlicy i wypadków drogowych razem wziętych. W Europie z tego powodu umiera ok. 440 tys. osób rocznie – z tego 10 proc. przypada na Polskę.

Według kalkulatora smogowego oddychając powietrzem warszawskim, wchłaniamy taką ilość szkodliwych substancji, jakbyśmy wypalali rocznie 1307 papierosów. Smog wawelski, czyli powietrze w Krakowie, odpowiada wypaleniu 3741 papierosów, a w ukochanym przez turystów, szukających m.in. świeżego powietrza, Zakopanem oddycha się obecnie 4331 papierosami rocznie. Dla porównania np. rok spędzony w Nowym Jorku to tylko 270 papierosów.

Przelicznik papierosowy nie jest tu przypadkowy. Choćby dlatego, że minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, bagatelizując sprawę smogu, powiedział, że narzekanie na jakość powietrza m.in. przez palaczy jest mało wiarygodne. Mimo to rząd postanowił zająć się sprawą rozwiązania problemu smogu 17 stycznia.

Pytanie, czy temat nie zejdzie na dalszy plan. Zwłaszcza, że gdy powieje, to powietrze się oczyszcza, a aplikacje przestają świecić na alarmujący, czerwony kolor.

Reklama

Nie ma wątpliwości, że jakość powietrza w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Argument, jaki pojawia się tu w pierwszej kolejności, wydaje się naturalny – no tak, w końcu ponad 80 proc. energii elektrycznej produkujemy z węgla, którego jesteśmy największym producentem w Unii i drugim co do wielkości w Europie. Czarny węgiel – czarne zło. Tylko czy od dzisiaj? Sama pamiętam, że jak jeszcze mieszkałam w Jaworznie, niedaleko kopalni i elektrowni, okna trzeba było myć codziennie. To nie był smog?

Spalanie węgla, zwłaszcza w elektrowniach, motoryzacja, przemysł - mają swoje "zasługi". Gdybyśmy jednak węgiel, zwłaszcza w domowych piecach, spalali prawidłowo, a przede wszystkim spalali węgiel, a nie najniższej jakości muł węglowy albo śmieci, byłoby inaczej. Tak, tak, do pieca w XXI w. w stolicy dużego europejskiego kraju wciąż trafiają plastikowe butelki, foliowe torebki. Wystarczy popatrzeć, jakiego koloru dym unosi się nad domami na wielu, wydawałoby się wcale niebiednych, osiedlach. Podobno nie mamy w naturze donoszenia na sąsiadów, ale warto byłoby się nad tym czasem zastanowić. Warto by też czasem po prostu uszczelnić okna, nie otwierać ich, gdy są rozkręcone kaloryfery i nauczyć się prostego sposobu prawidłowego dokładania do pieca – mniej dymu, mniejszy smog. Proste.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Rozwoju od 2018 r. w Polsce nie będzie można sprzedawać ani montować kotłów na paliwa stałe (głównie chodzi o węgiel), które nie będą miały najwyższej klasy parametrów emisyjnych. Nowe przepisy będą dotyczyły kotłów o mocy nie większej niż 500 kW, czyli używanych w domach. Jeśli nie wyeliminujemy najgłupszych sposobów "produkcji" smogu, to jakości powietrza nie poprawi nam nawet najbardziej restrykcyjna polityka klimatyczna UE. Niestety.