Oto wraz z postępem integracji jej kraje członkowskie coraz mniej ze sobą łączy. A miało być tak pięknie. Musimy głosić misję tworzenia takiej Zjednoczonej Europy, której moralne fundamenty zdobędą sobie szacunek i wdzięczność ludzkości i której siła fizyczna będzie tak potężna, że nikt nie odważy się zakłócić jej spokojnego władania – mówił Winston Churchill w maju 1948 r., podczas konferencji w Hadze.

Przemówienia legendarnego przywódcy słuchało wówczas ponad 800 wpływowych polityków i biznesmenów. Znajdowali się wśród nich: przewodniczący zachodnioniemieckiej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej Konrad Adenauer oraz premier Francji Robert Schuman. Wkrótce to oni wzięli na siebie misję budowania zjednoczonej Europy. Jej fundamentami miały być oświeceniowe idee, prawa człowieka, wolność słowa i demokracja. Zabezpieczone siłą ekonomiczną i militarną.

W zamyśle "ojców zjednoczenia" właśnie dzięki temu procesowi Stary Kontynent miał stawić czoło ekspansji ZSRR i jednocześnie utrzymać swą suwerenność, pomimo wzrostu potęgi Stanów Zjednoczonych. Jednym słowem pozostać podmiotem w polityce międzynarodowej w czasach, kiedy żadne z państw Europy Zachodniej nie mogło osobno mierzyć się z potęgą dwóch supermocarstw. Ten strategiczny cel udało się osiągnąć. Wspólnota dotrwała do upadku Związku Radzieckiego, a następnie zaprosiła do swego grona, wyzwolone spod komunistycznego jarzma kraje Europy Środkowej.

Ta optymistyczna historia o kontynencie wykrwawionym wielkimi rzeziami w pierwszej połowie XX w., który wyciągnął wnioski z przeszłości, nie zakończyła się niestety trwającym na wieczność happy endem. Choć za jego zapowiedź uznano traktaty integracyjne, podpisane w Maastricht oraz Lizbonie. Historia toczy się dalej i skręca w kierunku zupełnie nieprzewidzianym przez założycieli Wspólnoty Europejskiej. Dziś podstawowym problem staje się pytanie, co właściwie łączy ze sobą kraje UE?

Oczywiście oprócz uzależnienia od dystrybucji funduszy wspólnotowych, euro oraz wzajemnych powiązań gospodarczych. W sferze retorycznej są to na pewno prawa człowieka i demokracja. Jednak nieustanne powtarzanie mantry nie oznacza automatycznie szczerej wiary w jej treść. Niezachwiana wiara odznacza się bowiem tym, że jej zasady są wartością nadrzędną. Tymczasem przywódcom zachodnich państw prawa człowieka oraz hasła tolerancji dla wszelkich mniejszości nie schodzą z ust do momentu, gdy nie zetkną się z prezydentem Rosji lub Chin. Wówczas nagle zastępuje je słowo "Nord Stream" lub "Nowy Jedwabny Szlak".

Jak poważnie prawa człowieka wraz z demokracją traktuje się w Moskwie lub Pekinie mogliby długo opowiadać: tybetańscy mnisi, Ujgurzy, kaukascy górale, krymscy Tatarzy, itd. Mogliby ale ci, którzy mieli szczęście pozostać przy życiu, raczej się nie palą do wspominania o tym zagadnieniu. Zwłaszcza, kiedy mają tę pewność, że Unia Europejska ich na serio bronić nie będzie. Praktykowanie szczerej wiary w jakieś wartości każdy może sobie łatwo zobrazować, publikując karykaturę Mahometa. Następnie obserwując spontaniczne reakcje wyznawców islamu.

Równie mocna, jak chęć obrony w świecie demokracji i praw człowieka, jest unijna solidarność. Dwa wielkie wyzwania, jakimi była rosyjska inwazja na Krym wraz z wznieceniem wojny w Donbasie oraz zalew uciekinierów z Bliskiego Wschodu i Afryki, pokazały zdolność UE do wytyczania wspólnych celów i zjednoczonych działań. Ówczesne reakcje rządów poszczególnych państw pozwalają prognozować, iż gdyby kryzysy nie zaczęły wygasać samoistnie, to zjednoczona Europa mogłaby być dziś już tylko wspomnieniem. Na razie najmocniej odczuwalnym pokłosiem przyjęcia na Starym Kontynencie, nie tak znów dramatycznej liczby nowych emigrantów (ok. 2,5 mln wychodźców), stał się w czerwcu 2016 r. wynik brytyjskiego referendum oraz marsz ku władzy partii populistycznych.

Wychodzenie Wielkiej Brytanii z Unii i triumfy populistów pokazują, że czynnikiem spajającym UE na pewno nie jest poczucie wyborców w sporej części krajów, iż Wspólnota potrafi zagwarantować bezpieczeństwo tworzącym ją nacjom. Co więcej - na Węgrzech, we Włoszech, Polsce, Grecji i Czechach rządzące obecnie partie, opisując rzeczywistość, odwołują się do wspomnień z czasów niemieckiej okupacji. Wprawdzie rolę okupanta ma pełnić Bruksela wraz z unijnymi instytucjami, acz bardzo czytelnymi aluzjami wskazuje się, że tę funkcję realizuje na zlecenie Berlina.

UE nie spaja również żadna religia, język, jednolity system polityczny, czy choćby (jak to bywało w przypadku wielu imperiów) jedna armia. Próżno też szukać obecnie wielkiej idei, która porywałaby ludzi i czyniła z nich gorących zwolenników europejskiej integracji. Gotowych walczyć, a nawet oddać życie w imię tego celu. W przypadku obrony własnych, narodowych państw całkiem spore grupy ludzi by się znalazły. Do pewnego stopnia funkcję budowania poczucia wspólnoty tworzy możność swobodnego przemieszczania się bez paszportów oraz podejmowania pracy w innym kraju. Tyle tylko, że od połowy XIX w. do I wojny światowej mieszkaniec Starego Kontynentu również mógł go przejechać bez paszportu aż do granic Rosji, a także szukać sobie zatrudnienia, gdzie było mu wygodniej.

Te swobody nie zapobiegły fali nacjonalistycznego wzmożenia wśród obywateli wszystkich mocarstw i w 1914 r. z radością rzucili się sobie do gardeł. Po czym na sto lat przywykli do systemu paszportów i wiz. Po wyliczeniu brakujących spoiw, które zazwyczaj stanowią fundament wspólnego państwa, na placu boju pozostaje tylko jedno, za to bardzo namacalne. Może je ogólnie nazwać - uzależnieniem obywateli od dobrobytu, połączonym ze strachem rządów przed konsekwencją jego utraty. Łatwo sobie wyobrazić, co by się działo w Polsce, gdyby np. zniknęły jedynie unijne dopłaty dla rolników. Za ich sprawą zapomnieliśmy o blokadach dróg, gwiaździstych najazdach traktorów na stolicę, a "Samoobrona" jest tylko politycznym wspomnieniem. Taki przykładów można znajdować dziesiątki.

Odcięcie biedniejszych krajów od dystrybuowanych funduszy UE, podobnie jak rozpad strefy euro dla bogatszych państw, oznacza nadejście wstrząsów ekonomicznych, natychmiast rozregulowujących życie społeczne i polityczne. Ich siła może być tak duża, iż ci co wówczas będą rządzić, władzę stracą i nie sposób powiedzieć w czyje wpadnie ona ręce. Stąd liderzy Prawa i Sprawiedliwości z godną podziwu regularnością wznoszą okrzyki o prawie do reformowania własnego państwa, skoro dostali mandat od wyborców, lecz żaden Polexit po głowie im nie chodzi. Gdyby przyszedł, wówczas po zniknięciu funduszy unijnych prawdopodobieństwo, iż utrzymają władzę jest równie wielkie, jak to, że łącznie 6751 funkcjonariuszy z Oddziałów Prewencji Policji (tyle jest oficjalnie obsadzonych etatów) przywoła do porządku zirytowanych nagłym obniżeniem standardu życia obywateli w dużych miastach. O wkurzonych rolnikach na kombajnach nawet już nie wspominając.

Uzależnienie ekonomiczne jest tak silne, że nawet zmuszona do drakońskich oszczędności Grecja, godziła się respektować dyktat Brukseli, wprowadzając bolesne reformy. Jednak bywa tak w życiu jednostek, że nawet paniczny strach przed delirium nie powstrzymuje przed odstawieniem alkoholu. Splot okoliczności sprawił, iż w takim kierunku zmierza właśnie Wielka Brytania. Było jej o tyle łatwiej, że nie jest w strefie euro, a odcięcie od unijnych funduszy nie załamie gospodarki Zjednoczonego Królestwa. Choć i tak prognozy na przyszłość są tylko w ciemnych barwach.

Jeśli rządzących w Londynie konserwatystów spotka polityczna katastrofa, Szkocja wybierze niepodległość, a gospodarka na wyspach się załamie, wówczas przez długie lata żaden z krajów UE nie zaryzykuje nawet myśli o jakimś "exicie". Jednak jeśli pesymistyczne prognozy się nie sprawdzą i Wielka Brytania zacznie swą codziennością udowadniać, że życie poza Unią jest możliwe, wówczas dni UE jaką znamy i jaką sobie wyobrażali "ojcowie założyciele" będą policzone.