Motta nie zmieni odejście pani kanclerz, której szanse dotrwania wraz z parlamentem do końca obecnej kadencji, wydają się znikome. Niezależnie, kto będzie jej następcą strategiczne cele Berlina pozostaną te same. Od czasu zjednoczenia w 1871 r. Niemcy aspirowały do roli mocarstwa, które dominowałoby: politycznie, ekonomicznie i militarnie, nie tylko na obszarze Europy. Na drodze ich wielkich ambicji stawały zawsze światowe mocarstwa. Najpierw Wielka Brytania, potem Związek Radziecki, oraz nadal utrzymujące taką pozycję Stany Zjednoczone.

Poniesione klęski dowiodły, że niezależnie od znakomitej organizacji państwa i sukcesów gospodarczych osamotnione Niemcy nigdy nie będą miały dość potencjału, by zostać graczem w światowej skali. W tym samym czasie równie bolesne wnioski musiała przyjąć do wiadomości Francja. Realna ocena, że jedynie bliski związek tych dwóch państw, otoczony wianuszkiem dobrowolnie współpracujących z nimi słabszych krajów, daje jakąś szansę odwrócenia trendu, stała się inspiracją do narodzin Unii Europejskiej. Przyniosła ona Zachodowi długie lata pokoju i dobrobytu.

Jednocześnie Stary Kontynent wciśnięty między ZSRR a USA nie utracił swej politycznej podmiotowości, zwycięsko wychodząc z czasów zimnej wojny. Jednak związek suwerennych państw nie daje szans na zaspokojenie mocarstwowych ambicji Berlina i Paryża. W obecnym kształcie Unia Europejska, pomimo że posiadane przez nią zasoby gospodarcze sytuują ją na równi ze Stanami Zjednoczonymi i Chinami, nie jest dla tych mocarstw równorzędnym partnerem. Bez jednego centrum decyzyjnego, jednolitej polityki zagranicznej, obronnej oraz zdolności do szybkich i zdecydowanych działań nigdy też nie będzie.

Tymczasem na wszystkich polach dystans między Niemcami i Francją a dwoma supermocarstwami staje się coraz większy. Ze starymi ambicjami zaczęła więc współgrać realna obawa, że gdy USA oraz Państwo Środka zaczną coraz ostrzej walczyć o strefy wpływów, to poszczególne kraje europejskie będą dla nich jedynie narzędziami w kolejnej, wielkiej grze. Rozgrywać Unię od dawna próbuje Rosja, lecz brak jej sił i atutów, aby robić to skutecznie. Supermocarstwa mają ich dość.

Z każdym rokiem może to okazać się coraz łatwiejsze, bo Francją wstrząsają rozliczne konflikty wewnętrzne, a bunt "żółtych kamizelek" i płonące w weekend Pola Elizejskie to jedynie wierzchołek góry lodowej problemów trawiących V Republikę. Z kolei Niemcom grozi przeformatowanie całej sceny politycznej. Stare partie CDU/CUS oraz SDP tracą grunt pod nogami, naciskane z prawa przez AfD, oraz „Zielonych” z lewa. Na wszystkie te bolączki prezydent Emmanuel Macron zaoferował jedno lekarstwo – integrację. Inaczej mówiąc ucieczkę do przodu.

Wygląda na to, że w Berlinie również przestano brać pod uwagę inne lekarstwa. Zwłaszcza, że lepszego momentu aby zacząć kurację już nie będzie. Wielka w tym zasługa Wielkiej Brytanii, której elity polityczne "zakiwały się" podczas Brexitu, by na koniec odkryć, iż strach przed gospodarczymi konsekwencjami odcięcia od wspólnej strefy wolnego handlu, je przerasta. Prognozy skutków takiego zdarzenia są przerażające, choć nikt tak naprawdę nie potrafi dokładnie oszacować rozmiarów strat. Acz w przypadku ziszczenia się najczarniejszych wizji ekonomicznych, sama Wielka Brytania może zostać tylko wspomnieniem, po ogłoszeniu niepodległości przez Szkocję.

Dlatego premier Theresa May, podczas negocjowania porozumienia z Unią Europejską, zgodziła się de facto na czasowe sprowadzenie swego kraju do roli państwa wasalnego. Tak bowiem można nazwać decyzję, że do końca 2020 r. Zjednoczone Królestwo straci w UE prawo głosu, a jednocześnie wszystko inne pozostanie bez zmian. Włącznie z nadzorem unijnych sądów nad brytyjskim prawodawstwem oraz płatnościami budżetowymi. Trudno mówić o bardziej znaczącym zrzeczeniu się suwerenności, uczynionym w zamian za zachowanie dostępu do wspólnego rynku. Przy czym rok 2020 nie jest wcale datą graniczną, bo w razie braku uzgodnienia ekonomicznych warunków rozwodowych, stan prowizorycznego zawieszenia można przedłużać w nieskończoność.

Pomimo rozpaczliwego listu premier May do narodu, tłumaczącej, iż więcej nie da się ugrać, szansa zaakceptowania tak wasalnego dokumentu przez Izbę Gmin jest znikoma. Jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli rządu w Londynie, to Brexit w kolejnych odsłonach może przynieść nie tylko utratę władzy przez Partię Konserwatywną, lecz nawet jej rozpad. Takie małe preludium do większego rozpadu Wielkiej Brytanii. Pułapka, w jaką na własne życzenie wpadło Zjednoczone Królestwo, to bardzo odstraszający przykład.

Rządząca elita każdego kraju UE dwa razy się zastanowi nim na poważnie pomyśli o jakimś „exit-cie”, generującym wielkie ryzyko, iż na jego końcu czeka potężny kryzys i definitywna utrata władzy odpowiedzialnych zań partii. Tym sposobem nawet słabnące Belin i Paryż zyskały potężny środek nacisku na resztę krajów, by wymusić dalszą integrację. Wprawdzie to droga w nieznane, lecz wśród elit budzi mniejszy strach, niż lęk przed wykluczeniem z UE. Nawet jeśli są to elity głośno kontestujące porządki panujące w Unii, jak to ma miejsce w Polsce. Niestety mamy tego pecha, że dwie fundamentalne doktryny naszej polityki zagranicznej, obowiązujące od lat, właśnie się dezaktualizują.

Wzięta od Stanisława Wyspiańskiego wskazówka: "niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna" daje się realizować, dopóki III RP pozostaje poza sferą zainteresowania mocarstw. Podobnie rzecz się ma z wytyczną Johna Maynarda Keynes'a, że nie należy przejmować się odleglejszą przyszłości, gdyż jedyny co pewne to, iż: "w dalszej perspektywie wszyscy będziemy martwi". Niestety bywają czasy, gdy ten fakt zaczyna grozić w krótszej perspektywie i to całym państwom. Na razie Polska nieuchronnie stanie przez prostym pytaniem – co dalej?

Jeśli Berlin i Paryż określą mapę drogową integracji, a większość krajów UE ją poprze, to co ma zrobić Warszawa? Odpowiedź byłaby o wiele prostsza, gdyby Polska była zdolna do prowadzenia racjonalnej, długofalowej polityki zagranicznej. Jednak III RP to dość wątły aparat państwa nałożony na konglomerat sprzeczności. Dwa wrogie obozy polityczne nie są zdolne do lojalnej współpracy w imię wspólnego dobra, czy nawet konsensusu. Trudno mówić nawet o istnieniu szerszego poczucia odpowiedzialności za własne państwo. Za czasów ostatnich Wazów i rządów Sobieskiego, gdy Habsburgowie lub Francja chciały przeciągnąć Rzeczpospolitą na swoją stronę, kupowały sobie całe stronnictwo polityczne.

Następnie wspierano je na różne sposoby, żeby osiągnęło przewagę na konkurencją. W razie tracenia przewagi zawsze pozostawała możność sparaliżowania Sejmu przy użyciu "liberum veto". Polska dawała się coraz bardziej bezwolnie rozgrywać europejskim mocarstwom, próbującym z zewnątrz sterować jej polityką zagraniczną. A im bardziej interesy mocarstw były sprzeczne, tym cały aparat państwowy w Rzeczpospolitej był mocniej sparaliżowany.

Kto ma złudzenia, że mocarstwa już się tak nie bawią, powinien poczytać sobie list ambasador USA Georgette Mosbacher do polskiego rządu. W nadchodzących latach skłócona i podzielona III RP znajdzie się w samym środku rozgrywki między prącymi do integracji UE Berlinem i Paryżem, a forsującymi własne interesy: Waszyngtonem, Pekinem i Moskwą. Na dzień dzisiejszy jedyny pomysł na własną strategię zaczyna się w Warszawie od słów: "Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko…"