Właściwe odpowiedzi wcale nie brzmią: "groteska", "kicz", czy "wiele powodów do radości dla postronnych obserwatorów". Choć byłoby dobrze, gdyby tak właśnie brzmiały. Bliższa prawdy odpowiedź prezentuje się trochę jak diagnoza lekarska i można ją ująć słowami: "impotencja umysłowa na tle patriotycznym". Jest to przypadłość, która dopada w III RP każdy kolejny obóz polityczny, gdy tylko dojdzie do władzy.

Do niedawna, w czasach społeczeństwa konsumpcyjnego opartego na indywidualizmie, dawało się z nią całkiem wygodnie żyć, ponieważ wydawała się drugorzędną dolegliwością. Niestety świat ostatnio bardzo się zmienił i lista nowych, rodzących się zagrożeń, zdaje się już nie mieć końca.

Stawić im czoła może jedynie dobrze zorganizowana społeczność, zdolna do wspólnych działań i troski o dobro wszystkich swych członków. Naturalną strukturą, w której funkcjonuje taka społeczność, jest państwo. Jednak bez szczerego przywiązania obywateli, ich chęci przedkładania jego dobra ponad własny interes, zawsze pozostanie słabe. Nawet gdyby udało się Polakom w końcu choć trochę lepiej je zorganizować i sensowniej nim zarządzać.

W niespokojnych czasach rozumny patriotyzm staje się wielkim i bardzo potrzebnym atutem, by po prostu je przetrwać. Znamienne, że tą zależność zwykli obywatele czują w sposób niemal instynktowny. Od kilku lat patriotyzm staje się coraz bardziej modny. Acz widać to głównie w sferze symboliki oraz głośnych deklaracji. W rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego oraz na Marsz Niepodległości ciągną do stolicy olbrzymie tłumy właśnie po to, żeby go okazywać.

To emocjonalne wzmożenie organizowane jest de facto oddolnie na zasadach pospolitego ruszenia. Potem dla codzienności państwa niewiele z niego wynika. Wszystko dlatego, że definiowanie czym jest patriotyzm, co nim jest oraz do czego może służyć społeczeństwu, jest rolą przywódców oraz elit. Nie uczyni tego tłum, ponieważ jest on zdolny do zbiorowych działań ale nie do zbiorowego myślenia. Tymczasem okazuje się, że problematyka patriotyczna dla polskich elit władzy oraz osób im doradzających, to istny krzyż pański. Uciec się od niej nie da, lecz istnieje po to, żeby zadawać cierpienie i napawać strachem. Boleśnie widoczne było to za rządów koalicji PO-PSL, gdy ówczesna elita usiłowała zmierzyć się z problemem wykreowania nowoczesnego patriotyzmu dla Polaków.

Lansowane pomysły na niego oscylowały pomiędzy uczciwym płaceniem podatków a segregacją śmieci i zbieraniem przez właścicieli psów kup z chodników. Szczytowym osiągnięciem intelektualnym tamtych czasów stała się próba wykreowania, jako wzorca patrioty osoby oddającej się radosnym zabawom, najlepiej zupełnie pozbawionych sensu. Kulminację tego stanowił długi majowy weekend w 2013 r., gdy prezydent Bronisław Komorowski patronował okazaniu rodakom, pamiętnego, czekoladowego orła. Zaś nad największymi miastami, w ramach akcji "Orzeł może" krążyły wojskowe śmigłowce, zrzucające różowe ulotki z limerykami, porażającymi ludzkie umysły.

Jak się okazuje, gdy ówczesna elita władzy mierzyła się z problemem patriotyzmu, za kulisami było jeszcze głupiej. Jeśli ktoś nie wierzy, że to możliwe winien sięgnąć po niedawno wydane wspomnienia prof. Jerzego W. Borejszy "Ostaniec, czyli ostatni świadek". Można w nich poczytać sobie, jak profesor w 2012 r. został przewodniczącym ogólnopolskie komisji obchodów 150-lecia powstania styczniowego. Nie była to udana impreza, albowiem otoczenie urzędującego prezydenta uważało, że obchody takie mogą pobudzać nastroje nacjonalistyczne. Więc je hamowano – wspomina prof. Borejsza.

Wygląda na to, że osoby kreujące wtedy tzw. politykę historyczną żyły w przeświadczeniu, iż jeśli przypomni się o postaciach np. Ludwika Mierosławskiego lub Stefana Bobrowskiego, obywatele gremialnie ruszą do sklepów z narzędziami rolniczymi, wykupią kosy i wzniecą powstanie. Za to w kontakcie z czekoladowym orłem nabiorą ochoty na kawę, a potem zaczną sprzątać psie odchody nawet z trawników. Strach, że patriotyczne uniesienia masowo zamienią Polaków w faszystowskie bestie musiał być zaiste dojmujący.

W końcu cały ówczesny, liberalny establishment poczuł się tak przytłoczony owym krzyżem pańskim, że skapitulował i bez walki oddał kwestie patriotyczne prawicy. Ta przyjęła prezent z dziką wręcz radością. Idą po wyborcze zwycięstwo PiS obiecał: reaktywację narodowej dumy, wstawanie z kolan, promowanie miłości do ojczyzny i masę innych fajnych rzeczy. Po czym od trzech lat zmaga się z problemem, jak przekuć mgliste hasła na wizję nowoczesnego patriotyzmu. W efekcie ma krzyż pański w postaci Ławek Niepodległości oraz mnóstwo innych symptomów intelektualnej impotencji.

Pozornie od poprzedniego obozu władzy i minionych elit obecnie rządzących różni wszystko. Przesłanie, iż kochający swą ojczyznę Polak powinien radośnie hasać, myśleć pozytywnie oraz żyć w przekonaniu, że wszystkie jego problemy rozwiąże Unia Europejska, zastąpiła dokładnie odwrotna wizja. W niej Unia spełnia rolę niemal okupanta, mózgu używa się po to, żeby szukać powodów do narodowej dumy, a za ojczyznę najlepiej umrzeć. Przy czym szczególnie eksponowane przykłady zachowań patriotycznych sugerują, iż najcenniejszy jest zgon w towarzystwie wszystkich bliskich oraz sąsiadów z całej okolicy.

Tak w ciągu zaledwie dekady państwowe wychowanie patriotyczne oscylowało między sprzątaniem psich kup a reklamowaniem narodowi zbiorowego samobójstwa. Co najzabawniejsze trudno podejrzewać aby autorzy tej groteski mieli złe intencje. Wręcz przeciwnie oni wszyscy chcieli i chcą dobrze.

Tyle tylko, że po zetknięciu z wyzwaniem, jakim jest patriotyzm z jakiejś przyczyny doznają umysłowej impotencji. Jej wykwity setnie bawią ludzi, lecz nasze czasy nie mają ochoty zacząć zmieniać się na spokojniejsze. Dlatego takie państwo, w którym obywatele wiedzą jak działać na rzecz jego (a więc też własnego) dobra i tego bardzo chcą, staje się coraz pilniejszą koniecznością. Warto zatem wreszcie siąść na dowolnej ławeczce i zacząć myśleć, jak znaleźć najlepsze drogi do wyżej wspomnianego celu.