Jest pan jednym z ekspertów, którzy w 2011 r. opiniowali dla prezydenta RP planowaną przez ówczesny rząd reformę systemu emerytalnego, popularnie nazywaną demontażem OFE. Dopiero w styczniu 2019 r. pańskie ekspertyzy zostały ujawnione opinii publicznej – i to po długiej batalii środowisk obywatelskich. Tak długie trzymanie ich w tajemnicy było zasadne?

W 2011 r. nie było jeszcze demontażu OFE, a ówczesny projekt ustawy dotyczył znacznego zmniejszenia roli emerytur kapitałowych. A co do nieujawniania ekspertyzy, to według mnie prezydent ma prawo zasięgać opinii znawców tematu, jednocześnie zachowując je do swojej wiadomości. Ujawnienie ekspertyz następuje zapewne w oparciu o wąskie rozumienie przepisów o dostępie do informacji publicznej. Doradztwo takie powinno być traktowane tak samo, jak doradztwo psychologów, prawników czy lekarzy, a więc powinno być objęte tajemnicą zawodową, jeśli tego chce klient. Nie dawałem też licencji do publikowania utworu, którego jestem autorem.

Kancelaria Prezydenta dawała panu do zrozumienia przed zasięgnięciem porady, że będzie ona objęta jakąś klauzulą poufności?

Formalnie nie było takich obostrzeń. Zastanawiam się, dlaczego sprawa budzi zainteresowanie po tylu latach. Przecież ekspertyzy z 2011 r. dotyczą obniżenia obowiązkowej składki przekazywanej do OFE z 7,3 do 2,3 proc. i utworzenia subkonta w ZUS, a od tamtej pory wydarzyło się wiele innych rzeczy wartych uwagi. Te zmiany w prawie emerytalnym nie wydają mi się dzisiaj tak istotne. Potem mieliśmy w 2014 r. umorzenie 151 mld zł obligacji Skarbu Państwa, które zostały zakupione przez OFE, likwidację emerytur kapitałowych, dobrowolne członkostwo w OFE, czyli przedwczesną eksploatację kapitałów emerytalnych oraz zaniechanie ich powiększania na przyszłość.

Może ta niechęć do udostępnienia ekspertyz wynikała z tego, że nie były one do końca przychylne planom rządu?

Cóż, trend wprowadzanych zmian był widoczny, a moje analizy szły w nieco innym kierunku. Z perspektywy ekonomii zarówno zmniejszenie kapitalizacji składek, jak i późniejsze zabieranie kapitałów emerytalnych z OFE, daje ten sam efekt – członkowie OFE mieli mieć mniejszą podstawę do wyliczania emerytury kapitałowej, a państwo miało mniej oddać ze składek na ubezpieczenia społeczne. Z prawnego punktu widzenia reforma z 2011 r. była zasadniczo zgodna z konstytucją, gdyż działała na przyszłość, a ta z 2014 r. już była retroaktywna (wiązała się ze zdarzeniami, które już miały miejsce – red.). Ja byłem tym planom jednak przeciwny z prostej przyczyny. Reformę z 1999 r. wprowadzającą OFE postrzegałem jako pewien rodzaj umowy społecznej, na podstawie której pokolenia średnie i starsze nie zostały objęte negatywnymi skutkami, a najmłodsi ubezpieczeni mieli nadal finansować dość wysokie emerytury ze starego systemu emerytalnego, spodziewając się zarazem emerytur z FUS o obniżonej wysokości. Natomiast możliwość odkładania środków w OFE, prawa członkowskie do nich, w tym prawo dziedziczenia, miały im tę negatywną zmianę kompensować. Istotne dla nich było to, że chociaż podstawowe emerytury mieli mieć niższe, to te dodatkowe, z OFE, miały być pewniejsze, bo były oparte na obligacjach Skarbu Państwa i aktywach rynków finansowych.