Jacek Saryusz-Wolski, który był pierwszym pełnomocnikiem polskiego rządu ds. integracji europejskiej, podkreśla w wywiadzie dla PAP, że swój wkład w to, żeby Polska weszła do UE, miało bardzo wiele rządów, różnych opcji politycznych.

Jak pan wspomina początki polskich starań o członkostwo w UE?

Mija 30 lat od takiego pierwszego podejścia naszego członkostwa w UE. To trwało długo, dłużej niż my byśmy chcieli. To musiało trwać - może nie aż tyle, ale jednak trwać - bo Polska musiała zmienić strukturę polityczną, gospodarczą, społeczną i przejąć dużą część dorobku prawnego Unii Europejskiej. Sądzę, że gdyby była dobra wola po drugiej stronie, bo Polska miała tutaj ambicje jak najszybszego wstąpienia do Unii Europejskiej, to mogła być ta magiczna data 2000 r.

Kiedy zaczęły się te właściwe negocjacje?

Właściwie negocjacje się rozpoczęły za rządu pana premiera Buzka. Wejście było w 2004 r., natomiast finisz negocjacji w zasadzie to był 2002 r. łamane przez 2003 r. Często jest spór, kto tak naprawdę wprowadził Polskę do Unii Europejskiej. Sam byłem w roli pierwszego ministra do spraw europejskich, negocjatora stowarzyszenia i akcesji w ośmiu rządach, tak że uczciwa odpowiedź brzmi: bardzo, bardzo wiele rządów, kolejnych - bo rządy się w Polsce często zmieniały - przyłożyło swoją rękę. Jednym było dane położyć podwaliny, drugim wznieść mury, trzecim położyć dach, a czwartym zatknąć wiechę. Pan Miller twierdzi, że to on - on zatknął rzeczywiście wiechę - tak wypadło z cyklu politycznego. Natomiast kończąc prace w gabinecie premiera Buzka, w zasadzie 80 proc. całej naszej akcji w sensie przygotowań negocjacji było zakończone.

Co było najtrudniejszą kwestią?

Na początku najtrudniejsze było to, że państwa zachodnie - mówię w tej chwili o stowarzyszeniu - że nie chciały zgodzić się na to, żeby zapisać, że docelowo to ma być członkostwo. Biliśmy się do krwi ostatniej o to w negocjacjach w 1991 r. i ostatecznie sformułowanie mówiło, że to jest naszą - Polski - ambicją, ale oni to tylko odnotowują, natomiast niekoniecznie podzielają.

Druga trudna rzecz to były finanse i otwarcie rynków. Myśmy naciskali na to, żeby ich rynek się szybciej i pełniej dla nas otworzył, a nasz mniej i bardziej powolnie ze względu na asymetrię potencjału gospodarczego. Byliśmy w trakcie transformacji, zmiany gospodarczej w bardzo złym kształcie po-PRL-owskiej gospodarki, tak że to musiało trwać. Natomiast powiem brutalnie, Zachodnia Europa, ówczesna dwunastka - bo od tego żeśmy zaczynali - chciała się rozszerzyć, nie do końca wszyscy, ale koniec końców jednak - możliwie późno, możliwie niskim kosztem.

Na ile stowarzyszenie ze Wspólnotą, taka asymetryczna "poczekalnia", przyczyniało się, że nie było pośpiechu ze strony Europy Zachodniej do przyjmowania nowych członków?

Moim zdaniem trwało to za długo i mogło trwać krócej. To było w naszym interesie i w interesie Europy Zachodniej, bowiem w tej szklarni, przy odpowiedniej ilości promieni owoc dojrzewa szybciej niż na chłodzie, na zewnątrz. Ale tak jak mówię, masa egoizmu się w tym finale włączyła, która chciała konsumować dostęp do naszego rynku dla towarów przemysłowych, a jeszcze nie płacić za to otwarciem rynku rolnego i funduszami unijnymi. To była zimna kalkulacja.

Czy to była taka cena, którą Polska musiała zapłacić?

Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że tak. To znaczy taka była wypadkowa naszego parcia na członkostwo i tego "tak, ale" z pewną nutką oporu po stronie naszych partnerów z ówczesnej UE.

Skąd się w ogóle wzięła data 2004 r.?

2004 r. to jest opóźniony 2000 r. Pamiętam wizytę kanclerza (Niemiec Helmuta) Kohla, wystąpienie w polskim Sejmie. Było oczekiwanie, że on powie "tak" magicznej dacie 2000 r. I on to powiedział, ale chyba jeszcze nie w dobrej wierze, i to się nie ziściło, potem było przeciąganie, niektóre kraje spowalniały zamykanie niektórych rozdziałów.

Pamięta pan jakieś dramatyczne, trudne momenty?

Jeden taki moment, to było na samym początku. To był 1991 r. - pucz Janajewa w Moskwie. Kiedy łączyłem premiera i prezydenta z przewodniczącym Komisji Jacques'em Delorsem, kiedy umawialiśmy się, że kilkaset tysięcy uciekinierów z ówczesnego jeszcze chyba Związku Radzieckiego przełamie granicę i żeśmy obliczali, ile koców, namiotów byłoby potrzebne. To mogło zachwiać tą pierwszą fazą naszej drogi do Unii Europejskiej.

Wtedy to się skończyło w sumie pozytywnie. Pamiętam te warunki, które nam dawano w 1991 r. Były niewystarczająco dobre, ja zawiesiłem rozmowy, wstaliśmy od stołu. Po puczu Janajewa druga strona, czyli Bruksela, troszkę zmiękła i dała nam lepsze warunki akcesji. To właśnie miało finał w postaci podpisania umowy 16 grudnia 1991 r., to już był rząd Jana Olszewskiego.

Pamiętam moment podpisania, kiedy rano dostaliśmy faksy - wtedy jeszcze były faksy - że Hiszpania nie godzi się na podpisanie, jeżeli Polska nie odstąpi od Protokołu Stalowego. Pamiętam premierów całej trójki, wówczas to była trójka Wyszehradzka, nad stołem w budynku - wówczas Rady – Charlemagne, którzy rozważali czy wracać na lotnisko. Zresztą odpowiedzieliśmy drugiej stronie, że jeśli Hiszpania zamierza zerwać podpisanie, to nasze samoloty na lotnisku w Brukseli mają włączone silniki. W końcu druga strona powiedziała OK, podpisujemy. To był 16 grudnia 91 r., to była chwila po puczu Janajewa.

To ta pierwsza faza, a druga to był kryzys wobec naszych oczekiwań, że to będzie 2000 rok, gdzie dawano nam nadzieję, czasami cień nadziei, a potem się okazywało, że jednak nie - czyli to takie wyhamowanie, zaciąganie tego ręcznego hamulca. Znowu nie powiem, które kraje to robiły, ale mamy tego pamięć.

Jakie znaczenie miało nastawienie opinii publicznej w krajach zachodnich? Czy Polska była traktowana przez tamtejsze społeczeństwa jako ubogi krewny?

Moja pamięć o tamtym czasie każe mi powiedzieć, że tymi wstrzymującymi były raczej elity, biurokracje i rządy, a nie społeczeństwa, bo to był jeszcze ten czas, kiedy z wielką sympatią patrzono na nas, środkowo-wschodnich Europejczyków, którzy obalili mur berliński, którzy dokonują śmiałej transformacji i zerwania tych pęt komunistycznych.

Przechodząc do czasów współczesnych: jak UE się zmieniła w czasie 15 lat polskiego członkostwa?

Unia Europejska się zmieniła, po części pozytywnie, po części negatywnie. Pozytywnie: stała się większa, stała się kompletna. Pojawiają się próby wypychania krajów członkowskich Europy Środkowo-Wschodniej i stygmatyzowania, oczerniania, różnych wojen informacyjnych i politycznych, jakby uświadomione czy nieświadome działania, które de facto odbudowują podziały z tego pierwszego czasu.

Jak te podziały dziś wyglądają?

Mamy Unię podzieloną według osi wschód-zachód-północ-południe. Są równi i równiejsi, są podwójne standardy. Unia, do której wchodziliśmy, była w dużo większej mierze wspólnotowa, to znaczy władze unijne, ówczesna Komisja i parlament broniły jedności Unii, broniły mniejszych, średnich i słabszych i broniły wspólnego interesu. Od Traktatu Lizbońskiego to się zmieniło. Unia Europejska w większym stopniu kieruje się tym wektorem, który wyznaczają najsilniejsze stolice. Generalnie biorąc, jest mniej egalitarna, mniej solidarna, a bardziej w niej widać takie tendencje, że jedni chcą panować, drugimi rządzić. Niektórzy, chociażby tacy, jak prezydent Macron, dzielą Europejczyków na lepszych i gorszych, co jest swego rodzaju formą - nazywam to - eurorasizmu.

Krytycy działań polskiego rządu mówią, że dzisiejsza Polska nie spełniłaby kryteriów kopenhaskich, dotyczących chociażby rządów prawa. Czy dzisiejsza UE mogłaby nie przyjąć dzisiejszej Polski?

To bzdura. Sam ekspediowałem z Alei Ujazdowskich w kilkunastu, kilkudziesięciu wielkich kartonach dokumentację mówiącą o tym, jak spełniamy kryteria unijne, w tym rozdział funkcjonująca gospodarka rynkowa oraz funkcjonująca demokracja parlamentarna. Wtedy spełnialiśmy te wszystkie kryteria w wystarczającym stopniu - taki był werdykt, a w międzyczasie polska demokracja się rozwinęła.