Zna pan pojęcie "nekrolans"?
(śmiech) Mnie to miało dotknąć?

Usłyszy pan te zarzuty. Opowiadał pan o śmierci syna wszędzie.
To wynik tragedii, która spotkała mnie i żonę. Zainteresowanie mediów było naturalne.

Albo zaskakująco szybko doszedł pan do siebie, albo szok jeszcze nie minął i strata do pana nie dotarła.
Od początku musiałem zachowywać się inaczej niż reszta rodziny. Musiał być ktoś, kto będzie chodził po urzędach, wypełniał dokumenty i było oczywiste, że ani moja żona, ani wnuczka tego nie zrobią. Los wyznaczył mnie, trzeba więc było osuszyć łzy i wziąć się do roboty.

Zdążył się pan wypłakać?
Nie tyle wypłakać, ile wykrzyczeć, bo po tym wszystkim kilka razy poszedłem do Lasu Kabackiego trasą, którą chodziłem na spacery z synem. Tam miałem wrażenie, że on jest koło mnie i wykrzyczałem się, a raczej zawyłem. Wywyłem się z rozpaczy.

To pomogło uśmierzyć ból?
To ból o wiele większy niż jakikolwiek inny. Bo zdarza się, że rodzice tracą dzieci, które umierają w szpitalu po długiej lub krótkiej chorobie, giną w wypadkach i to zawsze jest tragedia.

Dla rodzica zawsze kończy się świat.
Ale jeśli dziecko popełnia samobójstwo, to jest dodatkowy ból, bo rodzi się pytanie, dlaczego tak się stało i czy nie jesteś temu winien.