Rapach i Wilson przypominają klasyczną już pracę noblisty George’a Stiglera, który w 1971 r. zwrócił uwagę na zjawisko „przechwycenia regulacji”. Ten chicagowski naukowiec pisał, że wprowadzając nowe przepisy, decydenci mają na uwadze interes publiczny. Przynajmniej w teorii. Jednak w praktyce grupy interesu, których regulacje dotyczą, mają wiele sposobów, aby je przechwycić. Kierują procesem legislacyjnym tak, aby nowe przepisy nie tylko im nie szkodziły, lecz wręcz działały na ich korzyść. Za sprawą tej konstatacji Stigler w latach 70. i 80. stał się jednym z ulubionych ekonomistów wszystkich, którzy głosili potrzebę daleko posuniętej deregulacji gospodarki.

Mniej więcej cztery dekady później inny chicagowski ekonomista Luigi Zingales zaczął wyciągać z klasycznej tezy Stiglera swoje własne i bardzo ciekawe wnioski. Skoro rozmaite silne grupy interesu z taką łatwością mogą przejąć proces demokratycznego stanowienia prawa, to w zasadzie jeszcze łatwiej jest im przejąć i podporządkować swoim celom szeroko rozumiany świat nauki oraz wiedzy eksperckiej. Wtedy nie muszą nawet korumpować polityków ani urabiać opinii publicznej przez przychylne im media. Wystarczy, że szacowne instytucje (think tanki, uniwersytety, instytuty) przedstawią takie uzasadnienia polityk, które będą lobbystom na rękę. Na przykład – większość ekonomistów powie, że niskie podatki to dobre podatki. Albo że nierówności działają pobudzająco na gospodarkę. I gotowe.