Czasem jednak politycy na jedno posiedzenie komisji czekają jak na gwiazdkę. Tak było w ostatni poniedziałek - zeznania składał Donald Tusk, więc wszyscy liczyli na prezenty. Ten jednak nie przywiózł nic Grzegorzowi Schetynie (poza kilkoma ciepłymi słowami, że nadal może rządzić w PO) ani tym bardziej Jarosławowi Kaczyńskiemu. Przesłuchanie przebiegło - jak to zwykle przy okazji komisji śledczej - z mniejszymi lub większymi uszczypliwościami. Ale by taki polityczny ping-pong mógł być ciekawy, to muszą grać zawodnicy prezentujący podobny poziom - a posłowie śledczy nie byli zbyt wymagającym rywalem dla byłego premiera.

Tusk nie dał się złapać na pytanie o to, czy wiedział, na której kupce w sekretariacie wicedyrektora departamentu w Ministerstwie Finansów leży raport Izby Lordów, do którego obsesyjnie powraca szef komisji Marcin Horała. Nie przyznał też, że obsadził niekompetentnymi ludźmi stanowiska ministra finansów i szefa ABW. Nie zeznał także, że o karuzelach vatowskich rozmawiał z rodziną przy niedzielnym rosole. Nie wyjął honorowej legitymacji członka mafii vatowskiej i nie wyjawił, gdzie jest zakopane 250 mld zł. Co gorsza, nie umiał też powiedzieć, w ilu kopertach zmieściłaby się ta suma przy założeniu, że do każdej włożymy 50 tys. zł.

W sumie dobrze, że PiS przesłuchaniem Tuska nie zawracał sobie głowy przed majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego, a przed kolejnymi będzie raczej prezentował raport z prac komisji. Jego projekt już napisał za komisję ekonomista Ignacy Morawski. Jest to dokument bardzo ekologiczny, bo nie trzeba go drukować na dziesiątkach stron, by pomieścić dziesiątki tysięcy znaków. Morawski całą oceną zawarł w 47 słowach, w 274 znakach. Wykonał gros pracy za posła Horałę.

Bo cała prawda o tym nieprawdopodobnym według PiS skandalu z VAT jest banalna. PO zaniedbała kwestię rosnącego problemu ze ściągalnością podatku i zwiększającą się skalą wyłudzeń, bo wciąż oceniała, że to efekt kryzysu. Większy fiskalizm mógłby uderzyć we wzrost gospodarczy, a ten wydawał się poprzedniej ekipie najważniejszą miarą sukcesu na potrzeby zewnętrzne i wewnętrzne. Działano więc tylko tam, gdzie przestępczość była najzuchwalsza, jak w branży stalowej czy elektronice. To raczej błędne diagnozy, spóźnione reakcje i inne priorytety gospodarcze doprowadziły do tego, że skarbówka nie zbierała z VAT czy akcyzy tyle, ile powinna. Gdy w fotelu ministra finansów Jacka Rostowskiego zastąpił Mateusz Szczurek, nikt już nie miał złudzeń, że trzeba zacząć działać.

PiS poszedł drogą, na którą wszedł Szczurek i zaszedł na niej bardzo daleko. Ma sukcesy, wprowadził rozwiązania, które dają urzędnikom możliwość wykrywania i działania w przypadku nieprawidłowości, a nie kontrolowania po omacku z nadzieją, że gdzieś będą jakieś pieniądze dla budżetu. PiS postawił na modernizację skarbówki i strach, który ma paraliżować każdego, kto wpuści trefną fakturę w obieg gospodarczy. Nikt tych sukcesów nie będzie obecnie rządzącym odbierał, chociaż o ich realnej skali będzie się jeszcze długo dyskutowało.

Tuska będzie zaś PiS jeszcze długo gonił, chociaż bardziej na ekranie telewizora niż w prokuraturze czy sądzie. Chyba że znajdą się dowody, że niemiecka nadwyżka budżetowa to nie efekt dobrej polityki zachodniego sąsiada, ale zapłata Tuska za stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. ©℗

*tekst naszpikowany jest ironią, kpiną i żartem