Podejrzenia, a następnie śledztwo ws. wspierania kandydatury Donalda Trumpa przez Rosję i ewentualnej współpracy samego prezydenta, bądź też jego sztabu wyborczego z Moskwą spowodowały jednak, iż obawy te wydawały się przez ostatnie dwa lata nierealne.

Śledztwo się jednak zakończyło, a związków Donalda Trumpa z Moskwą nie udowodniono.

Dla Białego Domu – i to niezależnie, kto w nim zasiada - Kreml bywa trudnym partnerem, ale od dawna już to Chiny, a nie Rosja jest konkurentem i wyzwaniem dla USA. Rosja z kolei jakkolwiek rzuca nieraz kłody pod nogi Waszyngtonu, to równocześnie tak naprawdę mu nie zagraża.

Aktywność Moskwy na strategicznych z punktu widzenia Waszyngtonu kierunkach, jest w zależności od okresu albo zgodna z polityką amerykańską, jak wówczas gdy Rosja wytrzymywała dostawy systemów przeciwlotniczych S-300 do Iranu, albo sprzeczna, ale wówczas jest to raczej pretekstem do handlu wymiennego i nie staje się istotą relacji.

Przykładowo rosyjska aktywność w Syrii ma dwa podstawowe cele. Po pierwsze chodzi oczywiście o to, by nie oddać całkowicie pola Stanom Zjednoczonym, ale po drugie - i to jest z naszego punktu widzenia znacznie ważniejszy element - celem otwierania przez Rosję nowych frontów nie jest to, by stawać się na nich dominującym graczem, ale to, by mieć czym handlować w zamian za ustępstwa w kluczowych dla Moskwy miejscach.

Te zaś leżą znacznie bliżej Polski niż Syria. Realistycznie rzecz ujmując Rosja nie ma możliwości prowadzenie polityki o takiej skali i z takim rozmachem, jak niegdyś Związek Sowiecki.

Jeśli więc Moskwa wspiera na przykład reżim Nicolasa Maduro w Wenezueli to nie dlatego, że po Wenezueli chce wrócić na przykład na Kubę. Tylko dlatego, że będąc państwem rewanżystowskim, agresywnym i z naszej perspektywy ofensywnym, równocześnie w istocie jest państwem słabym i takim, którego ambicje de facto ograniczone są granicami przestrzeni posowieckiej, w odniesieniu do której Moskwa musi – dodajmy - bronić swoich pozycji nie tylko przed Stanami Zjednoczonymi, ale również na Kaukazie - Turcją, a w Azji centralnej - Chinami.

Rosyjska polityka zagraniczna to gra ponad swoje możliwości nie po to jednak, by niczym ZSRR następnie paść pod ciężarem nadmiernych ambicji, ale po to, by uzyskać to, co koniec końców realne. Rosyjska elita władzy jest w odróżnieniu od władzy sowieckiej hiperrealistyczna i nie jest skłonna do ideologicznych porywów.  Równocześnie jednak kremlowskie elity - znów w odróżnieniu od elit sowieckich - skłonne są do brawury i bardzo niestandardowych działań.

Siła Rosji jest w znacznym stopniu fikcją, spektaklem odgrywanym na użytek Zachodu, który jest pod każdym względem znacznie silniejszy, ale zarazem pozbawiony woli walki. Zwycięstwa Rosji w ostatnich latach to tak naprawdę wynik nie realnie posiadanych aktywów, co raczej sprawnej dyplomacji, efektywnych służb i tego, co odwołując się do tytułu najsłynniejszego filmu Leni Riefenstahl, nazywam „efektem Riefenstahl” , czyli "tryumfu woli" (najsłynniejszy film Riefenstahl to właśnie „Triumph des Willens”).

Kombinacja wyżej wymienionej słabości i równoczesnej siły powoduje, że na logikę Stany Zjednoczone i szerzej Zachód oraz z drugiej strony Rosja muszą się prędzej czy później porozumiewać. Przy czym celowo używam tutaj trybu ciągłego („porozumiewać” a nie „porozumieć”), gdyż każde porozumienie jest tyleż końcem pewnego etapu negocjacji, co i początkiem następnego.

Przeszkodą dla dialogu wbrew pozorom nie jest wcale wojna na Ukrainie.

Warto przypomnieć, że amerykańsko - rosyjski reset w 2009 roku poprzedzony był wojną rosyjsko - gruzińską, przed sprowokowaniem której Moskwy nie powstrzymała obecność armii Stanów Zjednoczonych. W momencie rozpoczęcia walk prowadził ona manewry z armią gruzińską. W jakimś stopniu przeszkodą dla dialogu jest oczywiście rosyjska ingerencja w wybory prezydenckie w USA. Tyle, że i tutaj waszyngtońskie elity kierować się będą raczej zimną kalkulacją, a nie resentymentem.

Warto skądinąd zastanowić się – jakkolwiek obrazoburczo to nie zabrzmi - czy to, co my przyjmujemy jaką ofensywne działania Rosji, nie jest wbrew pozorom z punktu widzenia Moskwy odpowiedzią na atak, a nie atakiem jako takim. Zachód, a Polska w szczególności, zwykł traktować promowanie demokratycznej i wolnościowej agendy jako coś neutralnego i oczywistego.

Z punktu widzenia elit na Kremlu taka agenda to jednak w odróżnieniu od kilku tysięcy żołnierzy na wschodniej flance NATO, których obecność Rosji w niczym nie zagraża, śmiertelne zagrożenie. Nie wykluczam więc, że Moskwa na nasz (z jej punktu widzenia) atak na jej system władzy odpowiada atakiem wymierzonym nie w nasze elity, ale w same państwa Zachodu.

Co więcej odnoszę wrażenie, że tak o sprawie myśli rosnąca rzesza zachodnich polityków. Zarówno Rosja, jak i Zachód wydają się być zmęczone konfliktem. Waszyngton zajęty jest polityką globalną, w której Rosja nie jest pierwszoplanowym aktorem, ale przeszkadza (więc warto się dogadać).

Europa zmęczona jest własną niestabilnością, do której Rosja się dodatkowo przyczynia, a ponadto chce robić z Rosją interesy (więc warto się dogadać), a rosyjskie elity obawiają się przedłużającego się kryzysu gospodarczego, a i same wolniej się bogacą (więc warto się dogadać). Gdy zaś konflikt nikomu się nie opłaca, prędzej czy później będzie on wygaszany. Relacje Rosji z Zachodem są swego rodzaju sinusoidą. Żadne porozumienie nie oznacza, iż w przyszłości nie czekają nas kolejne wstrząsy. Szczyt napięcia znamionuje jednak to, iż czeka nas dialog, a w perspektywie - porozumienie. Napięcie jest zaś szczytowe już dość długo.

W ostatnim okresie doszło do kilku wydarzeń które wydają się sugerować, iż kontury takiego dialogu i porozumienia są właśnie wypracowywane. Dwa tygodnie temu z Mołdawii uciekać musiał miejscowy oligarcha Vlad Plahotniuc. Powołano formalnie prozachodni rząd, ale wspiera go jawnie prorosyjska partia. Co ciekawe do zmiany władzy doszło po wizycie w Kiszyniowie wysłanników Rosji, Stanów Zjednoczonych i Komisji Europejskiej.

Demonstracje w ostatnich dniach w Gruzji, to z kolei osłabienie miejscowego oligarchy Bidziny Iwaniszwiliego. Specyficzna sytuacja ma miejsce w Armenii, gdzie na czele rządu stanął prozachodni Nikol Paszinian. W chwili objęcia władzy stał się on jednak już mniej prozachodni.

Na Ukrainie wybory prezydenckie wygrał Wołodymyr Zelenski, którego stosunek do Rosji jest zdecydowanie bardziej niejednoznaczny, niż jednoznacznie prozachodniego Petro Poroszenki. Pierwsze nominacje nowego prezydenta również wskazują na to, że nie można wykluczyć stopniowej i rzecz jasna bardzo ostrożnej korekty kursu – bynajmniej nie na bardziej prozachodni.

Wojna wywołana przez Rosję z jednej strony wykopała głęboki rów pomiędzy Ukraińcami a Rosjanami, ale z drugiej strony trudno wyobrazić sobie Berlin czy Paryż (o Rzymie i Madrycie nie wspominając), które choćby teoretycznie myślałyby o Ukrainie w UE (o NATO nie wspominając). Ewentualne porozumienie mocarstw w sprawie Ukrainy (i z racji niechęci społeczeństwa wobec Rosji – również Gruzji) nie będzie oczywiście oznaczać, iż staną się one częścią wyłącznej strefy wpływów Rosji, ale powolnego dryfu tak Kijowa, jak i Tbilisi w kierunku jakieś formy normalizacji relacji z Moskwą.

Trudnym orzechem do zgryzienia będzie oczywiście Białoruś, która w odróżnieniu od wcześniej wymienionych państw rządzona jest w sposób dyktatorski. Aleksandra Łukaszenkę trudno będzie obalić za pomocą masowych demonstracji (choć „cuda” zawsze są możliwe), a jego usunięcie z urzędu bardziej prawdopodobne wydaje się być przy zastosowaniu scenariusza przewrotu pałacowego. Warunkiem powodzenia przewrotu pałacowego jest zawsze przeciągnięcie na swoją stronę struktur siłowych.

I tu ciekawostka. W końcu kwietnia KGB aresztowało - oficjalnie pod zarzutem wzięcia łapówki - Andrieja Wtiurina tj. zastępcę szefa Rady Bezpieczeństwa, który wcześniej – znów ciekawostka - przez ponad sześć lat kierował Służbą Bezpieczeństwa Prezydenta Republiki Białoruś, czyli osobistą ochroną białoruskiego prezydenta. 

W Azerbejdżanie – również rządzonym żelazną ręką - kilka dni temu doszło do nieoczekiwanych zmian na stanowiskach ministra spraw wewnętrznych i szefa Służby Bezpieczeństwa.

Wydaje się, że realizowany scenariusz przewiduje powstanie formalnie prozachodnich i bardziej demokratycznych reżimów, przy czym faktycznie dominującym graczem – tym razem nie wbrew Zachodowi, ale w porozumieniu z nim - pozostaje Rosja, która - jeśli odwołać się do terminologii biznesowej – ma mieć pakiet kontrolny akcji. Zachód z kolei – i to odróżnia obecną Nową Jałtę od Jałty pierwotnej - ma nadal liczący się, ale tym niemniej, mniejszościowy pakiet akcji. Opisane powyżej wydarzenia wydają się potwierdzać podejrzenie, iż po latach konfliktu Rosji z Zachodem może nastąpić długo wyczekiwane odprężenie. Pewności na tym etapie jeszcze nie ma, choć w wypadku Mołdawii dyktat mocarstw był tak jasny i oczywisty, że nikt nie ma wątpliwości, iż tam porozumienie faktycznie osiągnięto.

Z punktu widzenia Polski detente, jeśli w istocie do niego dojdzie, oznaczać będzie faktyczny kres polskiej polityki wschodniej, przy czym o ile w wypadku Ukrainy obawiać się o jej przetrwanie nie należy, to już przyszłość Białorusi tak pewna nie jest.

Całkowite - formalne lub nieformalne - wchłonięcie Białorusi przez Rosję oznaczałoby zaś przybliżenie się rosyjskiego zagrożenia i jakkolwiek pozostajemy niewątpliwie częścią Zachodu i nas – w odróżnieniu od 1945 r. - tym razem nie sprzedano, to nie ma też wątpliwości, że Polska winna naszą zgodę na scenariusz nowej Jałty wyjątkowo drogo sprzedać.

Tyle, że po pierwsze wątpliwe byśmy w ogóle wiedzieli, że jakiś handel ma miejsce, skoro wiceministrowie spraw zagranicznych wręcz chwalą się swoim skrajnie skromnym doświadczeniem (nie są " uwikłani" w III RP). Wywiad, jak twierdzą dobrze poinformowani, działa słabo, a w rządowych ośrodkach analitycznych (PISM i OSW) nie pracuje ani jeden były ambasador, a ich szefami są dżentelmeni, którzy za czasów PO współtworzyli nazywany dziś zdradą interesów narodowych reset polsko-rosyjski (co oznacza, że albo wówczas nie zgadzali się z prowadzoną polityką, ale wybierali milczenie, albo poglądy tyleż gwałtownie co i zgodnie z „linią partii” zmienili).

By móc handlować - poza samą świadomością, iż nastał czas handlu - należy jednak jeszcze mieć czym handlować.

Polskie elity polityczne, eksperckie oraz medialne na kierunku białoruskim przez 25 lat czyniąc naszą politykę zakładnikiem demokratycznego mesjanizmu, na kierunku ukraińskim zaś najpierw udając, że jesteśmy pierwszoplanowym partnerem, a teraz dla odmiany uzależniając wszystko od kwestii wołyńskiej, prowadziły politykę taką, że mamy na Wschodzie tak mało aktywów, że nikt się z nami nie liczy. Nikt nas o zdanie nie pyta.
Czytaj więcej

Nawet gdybyśmy jednak mieli wspomniane aktywa na Wschodzie musielibyśmy jeszcze mieć je również na Zachodzie. Konfliktując się tymczasem z Unią Europejską nie tylko tam, gdzie to konieczne, ale również tam gdzie było to całkowicie zbędne, nasze władze tak bardzo uzależniły się od Waszyngtonu, że ten nie ma żadnego powodu, by pytać nas o nasze zdanie w jakikolwiek sprawie, skoro otrzymawszy marną ofertę nie mamy jak pójść po lepszą do Berlina.

Gdyby w istocie polska polityka wschodnia zmierzała po 30 latach ku końcowi, pozostawałoby nam tylko cieszyć się z tego, że wypadku obecnej Jałty jesteśmy po właściwej stronie. W naszym kraju stacjonują nawet wojska Stanów Zjednoczonych. Tyle, że ich obecność w Polsce jak nie była stała, tak i stałą się nie stała. W biznesie czasami dokapitalizuje się spółkę przed jej sprzedażą. Donald Trump do takiego cynizmu nie jest chyba zdolny. Miejmy nadzieję. Tyle, że jeśli jest, to pozostaniemy co prawda nadal po właściwej stronie nowego podziału stref wpływów, ale bez bufora oddzielającego nas od Rosji i bez sojuszniczych wojsk, które miałyby nas przed nią bronić.