Nie dla wszystkich jest jasne, dlaczego właściwie te 2,5 proc. jest lepsze niż zero proc. Wydawać by się mogło, że sytuację optymalną mamy wtedy, kiedy ceny w ogóle nie rosną. Mimo to wszystkie banki centralne na świecie, które wyznaczają sobie cele inflacyjne, ustawiają je lekko powyżej zera. Nie jest to przypadek. Z istnieniem niewielkiej (a niecałe 3 proc. to wciąż niewiele) inflacji wiążą się poważne korzyści dla całej gospodarki.

Po pierwsze w zdrowej gospodarce rynkowej przy nieustannie zmieniających się popycie i podaży zawsze coś drożeje, więc siłą rzeczy pewien poziom inflacji jest dla niej naturalny. Odgórne dążenie banku centralnego do tego, aby koniecznie inflacja wynosiła zero, byłoby dążeniem, które te naturalne procesy zakłóca i naraża nas na ryzyko spowolnienia.

Po drugie banki centralne od lat działają w oparciu o jedno z najważniejszych praw współczesnej ekonomii, czyli tak zwaną krzywą Phillipsa. W skrócie mówi ona, że inflacja i bezrobocie poruszają się w przeciwnych kierunkach: wzrost bezrobocia to spadek inflacji, a spadek bezrobocia to wzrost inflacji. Przy niższym bezrobociu pracownikom łatwiej wywalczyć podwyżki wynagrodzeń, mamy więc wtedy także szybszy wzrost płac. Wyższe płace oznaczają z kolei większy popyt w gospodarce, więc po pewnym czasie przekładają się na wzrost cen.

Czy za zakupy będziemy płacić teraz więcej?

Spadek inflacji z kolei bywa symptomem spadku popytu w gospodarce, co prowadzi do spowolnienia i w efekcie wzrostu bezrobocia. W związku z tym dążenie do zerowej inflacji oznaczałoby także prowokowanie gospodarki do zwiększania bezrobocia, czego żadne rozsądne państwo nie chce.

Po trzecie – i to najważniejszy powód utrzymywania celu inflacyjnego powyżej zera – jedną z metod używanych przez bank centralny do walki z recesjami jest obniżanie stopy procentowej do poziomu ujemnego realnie, czyli poniżej bieżącego wskaźnika inflacji. Wtedy rośnie szansa na to, że firmy dzięki niższym kosztom kredytu przestaną ciąć inne koszty, np. zwalniając ludzi. Niższe oprocentowanie lokat może z kolei zachęcać ich posiadaczy do szukania zysku przy bardziej ryzykownych inwestycjach. Jedno i drugie może zahamować spowolnienie, a następnie wywołać ożywienie.

Jednak w przypadku zerowej inflacji stopy ujemne realnie musiałyby być ujemne także nominalnie, co wszystko by znacząco utrudniło. Banki komercyjne musiałyby wtedy obniżyć także oprocentowanie lokat poniżej zera, co jest raczej niewyobrażalne. Przez to impuls ze strony banku centralnego zadziałałby na realną gospodarkę znacznie słabiej. Dlatego jest zdecydowanie lepiej, kiedy stopy ujemne realnie są jednocześnie dodatnie nominalnie. A to jest możliwe wyłącznie wtedy, kiedy inflacja jest powyżej zera. Tylko wtedy ma to sens. I to dlatego właśnie, z punktu widzenia całej gospodarki, lepiej i bezpieczniej mieć 2,5 proc. inflacji niż nie mieć jej wcale.