Zasadniczo do istotnego ograniczenia deficytu, zrównoważenia budżetu, a nawet wypracowania nadwyżki ekonomiści nakłaniają polityków zawsze. Szczególnie jak jest dobra koniunktura – wtedy radzą obrastać w fiskalny tłuszczyk, aby było co zrzucać, gdy przyjdą gorsze czasy (a te przychodzą zawsze). Prywatnie ekonomiści powiedzą wam, że deficyt jest w porządku, bo można dzięki niemu finansować rozwój, trzeba tylko trzymać pod kontrolą dług publiczny i koszty jego obsługi. Chwalenie deficytu to jednak dawanie politykom palca – ci zaraz wezmą całą rękę i będzie z tego wielka dziura w finansach państwa.

Plan zrównoważenia budżetu na tyle wszystkich zaskoczył, że jeszcze chwila i zacznie się nawoływanie: premierze Morawiecki, pokaż deficyt, bo bez niego idziemy na zderzenie ze spowolnieniem i jeszcze będziemy je pogłębiali. Wiele wskazuje, że taki tok rozumowania ma sens, bo przecież budżetem państwa, szczególnie wydatkami inwestycyjnymi, można stymulować wzrost PKB, a obniżkami podatków czy kolejnym socjałem da się zwiększać konsumpcję. Dlatego już niedługo eksperci mogą zacząć kampanię pod hasłem: rządzie, popuść pasa.