Niczego się bowiem poseł lub minister nie obawia tak bardzo, jak tego, że suweren oskarży ich o to, że jest źle, bo źle się spisali. PiS ma ten komfort, że zawsze rządzi w dobrych czasach. Tak było przy świetnej koniunkturze lat 2005–2007, podobnie jest i teraz. Gdy rządzący nie znają lęku przed kryzysem i nocne narady kojarzą im się jedynie z ulubioną porą pracy Jarosława Kaczyńskiego, to wówczas ich wyobraźnia buduje nieograniczone wizje państwa dobrobytu. Państwa, które ma zapewnić gwałtowny wzrost płacy minimalnej. Wzrost, na który nie zdecydował się żaden cywilizowany kraj na świecie. PiS ma komfort obiecywania, bo nie musiał ludziom odbierać. Nie rozumie, że im bardziej rozbudzi oczekiwania, tym trudniej będzie je tonować. Godna płaca nie jest oczywiście żadnym przywilejem, ale ustalanie granicy godności przez polityków jest zabawą, która za chwilę może doprowadzić do tego, że skoro płace można regulować administracyjnie, to czemu nie ceny. Chwila, przecież ceny energii rząd uregulował. Tak skutecznie, że za chwilę uderzą w konsumentów ze zdwojoną siłą. Moment ten nadejdzie jednak dopiero po wyborach, a jak wiadomo dzięki uprzejmości byłego prezesa Orlenu – po wyborach to paliwo może być nawet po 7 zł. PiS umie więc grać tylko wtedy, kiedy jest hossa. Zarządzanie gospodarczą bessą jest mu obce. Może taka lekcja jest partii Jarosława Kaczyńskiego potrzebna.

Ale czy większego problemu nie ma opozycja, szczególnie ta skupiona pod szyldem PO? Oni doświadczyli krachu, będąc u władzy. Do dzisiaj widać w ich obietnicach ten dawny lęk. Wyborcze menu jest zachowawcze, nie odpowiada mocno rozbudzonym aspiracjom Polaków. Platforma wie, do czego prowadzą sztywne wydatki budżetowe i jak trudno nimi zarządzać, gdy do kasy państwa wpływa coraz mniej. Kryzys mocno doświadczył PO, choć kraj uniknął wtedy najgorszego – część zasług jest wówczas po stronie rządzących. Co z tego więc, że pomysły głównego ekonomisty PO Andrzeja Rzońcy wydają się lepsze, oznaczają mniejszą ingerencję w rynkowe procesy gospodarcze i mogą dać netto więcej w kieszeni. Prawdopodobnie będziemy musieli zapłacić za nie likwidacją jakichś ulg czy innych przywilejów, bo Platforma nie pozwoli sobie na to, żeby program "niższe podatki, wyższa płaca" oznaczał koszt 30 mld zł rocznie dla budżetu państwa. To zrozumiałe, że opozycja nie mówi o tym przed wyborami, podobnie jak PiS nie mówi o konsekwencjach swoich planów. Obietnicom opozycji brakuje jednak racjonalnego rozmachu. Prostego przekazu, bez wikłania się w legislacyjno-ekonomiczne szczegóły. Pamięć kryzysu powoduje, że nikt w tej partii nie wyjdzie z odważną ofertą. Podobnie jak brak tej pamięci w PiS daje im możliwość obiecania wszystkiego. Nie zdziwię się, jak za cztery lata usłyszymy o pomyśle czterodniowego tygodnia pracy albo przynajmniej siedmiogodzinnego dnia pracy.