Kończy pan swoją pracę w Sejmie. Jakie to uczucie?

Eugeniusz Kłopotek: Po pięciu kadencjach, dwudziestu latach zasiadania w Wysokiej Izbie z woli naszych wyborców z okręgu bydgoskiego w województwie kujawsko-pomorskim, postanowiłem zakończyć moją karierę parlamentarną. Czy żałuję? Nie, to był piękny i niezapomniany okres w życiu. Jednak z roku na rok, z kadencji na kadencję czułem się coraz mniej komfortowo. Zauważyłem, że mój wpływ na to co tutaj uchwalamy, jest coraz mniejszy. Wyłamywałem się często z tej słynnej partyjnej dyscypliny. Nieraz za to obrywałem, choćby wtedy, gdy nie poparłem podniesienia wieku emerytalnego. Generalnie pracę sejmową będę wspominał bardzo miło - to dobry okres. Od 2012 roku nie jestem jednak posłem zawodowym. Przez ostatnie dwie kadencje postanowiłem wznowić pracę w Instytucie Zootechniki. To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Teraz, dopóki będzie to możliwe, nadal będę pilnował państwowych gęsi.

Pański wpływ był niewielki nie tylko podczas rządów PiS, ale też koalicji PO-PSL?

Jak pan wie, wiele spraw można było rozwiązać inaczej. Nasza formacja popełniła wiele błędów. Powinniśmy ostrzej stawiać się naszemu partnerowi koalicyjnemu. Prosty przykład - minister Jacek Rostowski co chwila powtarzał, że jest kryzys gospodarczy, w związku z czym nie ma na coś środków albo czegoś nie da się zrobić. A warto było troszeczkę dosypać. Prawo i Sprawiedliwość wcale nie musiało wygrać wyborów w 2015 roku. PiS dosypywał przez całą swoją kadencję, teraz też obiecał i znowu wygrał. Jak na dłoni widać co należało zrobić.

Co było pana największym osiągnięciem w pracy parlamentarnej?

Przede wszystkim obrona istnienia województwa kujawsko-pomorskiego. Kiedy walczyliśmy o nowy podział administracyjny, Senat za sprawą Marszałek Alicji Grześkowiak z AWS, odrzucił propozycję naszego województwa. Wtedy w Sejmie prowadziłem liczne rozmowy i za sprawą mojego klubu udało się znów przywrócić kujawsko-pomorskie. Kiedyś przy uchwalaniu kodeksu wyborczego także miałem swój mały wkład – m.in. na prośbę mediów zgłosiłem poprawkę, dzięki której każde wybory kończą się o 21, a zaczynają o siódmej rano.

A czego nie udało się panu osiągnąć podczas sprawowania mandatu?

Przede wszystkim język parlamentarny osiągnął dno - stał się bardzo wulgarny. To już nie ta atmosfera, w której chciałbym przebywać. Poza tym coraz częściej pojawiają się ludzie, którzy nie przynoszą chwały swoim postępowaniem. Choć należy też przyznać, że ku mojemu dużemu zaskoczeniu mieszkańcy Podkarpacia i wyborcy Prawa i Sprawiedliwości postanowili podziękować panu Stanisławowi Piotrowiczowidając mu czerwoną kartkę. A więc wyborcy są nieprzewidywalni, ale trudno odmówić im racjonalności. Taka decyzja dobrze o nich świadczy.

Jakiej udzieliłby pan rady debiutującym parlamentarzystom?

To będzie kadencja wyjątkowo trudna dla rządzących - w nowym Sejmie znaleźli się posłowie "od sasa do lasa" z zupełnie różnych stron politycznej barykady, którzy już wcześniej zabłysnęli różnymi wyskokami. Łatwo więc nie będzie. Oczywiście, każdy będzie miał na ustach dobro Polski i Polaków. Jednak, wielu z nich będzie chciało jedynie zaistnieć medialnie. I to wcale nie z tej pozytywnej strony. Dlatego jeśli miałbym cokolwiek doradzać to przywróćmy godność bycia parlamentarzystą - tej misji, którą każdy z nas powinien pełnić.

Czy będzie się pan angażował jeszcze w sprawy publiczne?

Podjąłem świadomą decyzję o wycofaniu swojej kandydatury, choć miałem propozycje. Chciałem wspomóc Marka Biernackiego w okręgu gdyńsko-słupsko-chojnickim z którego pochodzę - urodziłem się w Chojnicach. Na szczęście Markowi udało się zdobyć ten mandat. Zrezygnowałem z ubiegania się o mandat na znak protestu wobec tego, jak potraktowano posła Sosnowskiego, pełniącego tę funkcję od trzech kadencji. To prezes wojewódzkiego PSL, który musiał ustąpić pierwszego miejsca na rzecz posła Szramki, który dopiero raczkuje w polityce. No trudno, stało się. Na szczęście możemy mówić o sukcesie, wynik naszego stronnictwa jest bardzo dobry. Cieszymy się z tego, klub będzie mocniejszy niż do tej pory. Z pewnością nie będzie groźby ewentualnego odejścia posłów do innych stronnictw, co mogłoby skutkować utratą klubu. Jeśli człowiek sam jest kowalem swego losu i sam podejmuje decyzje o tym co chce dalej robić to myślę, że psychicznie jest łatwiej odchodzić. Niemniej, trudno z moim temperamentem powiedzieć, że teraz schowam się w mysią dziurę i Kłopotka już nie będzie słychać.

Nie wyklucza pan powrotu?

Do Sejmu już z pewnością nie wrócę. Może podejmę działalność samorządową.

A jak pan ocenia tegoroczne wybory parlamentarne?

Dobrze się stało, że opozycja ma przynajmniej minimalną przewagę w Senacie. Nie wszyscy mogą się jednak okazać wystarczająco odporni na naciski i propozycje. Trzeba brać pod uwagę to, że rządzący być może kogoś kupią.

Z PSL?

Proszę zauważyć, że w Senacie z ramienia PSL zasiadają osoby, które sparzyły się już na PiS oraz żelazny PSL-owiec Ryszard Bober, właśnie z kujawsko-pomorskiego, dotychczasowy radny i przewodniczący tamtejszego sejmiku. Nie ma szans, aby kogokolwiek z tej trójki PiS przeciągnął na swoją stronę. Zresztą, gdyby nie potraktowano tak źle Zbigniewa Sosnowskiego w Toruniu, to mielibyśmy dwóch ludowców z tego regionu w parlamencie.

Czyli PiS będzie szukał ludzi z KO?

Jedynie tam mogą szukać.