Ani jeden, ani drugi stadion nie jest najnowocześniejszym obiektem Europy, ale o łatwości, z jaką ponad 50 tys. publiczności ulokowano w tym samym mieście, choć na innym stadionie, my możemy tylko pomarzyć. Od tygodnia mamy festiwal oskarżeń. Runął mit, że sport łączy ponad politycznymi podziałami.

W kąt poszły zapewnienia, że Euro 2012 jest wartością narodową, że wszystkie ręce na pokład i że udana organizacja mistrzostw nie ma politycznej ceny. Zaczęło się polskie polityczne piekiełko. Do oczu skoczyły sobie - o ironio - kobiety. Jak by chciały udowodnić, że w głupawych stereotypach i jeszcze głupszych dowcipach o kobietach i futbolu jest jednak ziarno prawdy, i wykonały w tym względzie kawałek całkiem udanej roboty. Usłyszeliśmy licytację, czy lepiej lokować stadion w centrum, czy na peryferiach, jakby Europa nie była pełna przykładów, że można i tu, i tu.

Potem odbyła się pouczająca dyskusja o cenach gruntów w Warszawie zakończona rozważaniem o roli, jaką w najnowszej historii stolicy odegrał tor wyścigów konnych na Służewcu, no i czy warto by go zamieniać na kawałek łąki dla kopaczy nożnych. Od początku tego bzdurnego sporu w sercach lokalnych patriotów - w moim także - rozpaliła się nadzieja na zorganizowanie meczu otwarcia poza Warszawą. Tysiące kibiców na Śląsku oczyma wyobraźni widziało, jak maszerują pięć lat w stronę legendarnego chorzowskiego giganta, obserwują grę najlepszych na całym kontynencie.

Cała pyskówka wokół stadionu narodowego rozpoczęta przez dwie panie i dzielnie kontynuowana przez męskich "fachowców od wszystkiego" pokazuje modelowo, jak potrafimy najlepsze pomysły i największe szanse - nomen omen - skopać. I nie liczyłbym na jakieś nadzwyczajne otrzeźwienie w najbliższych latach. To przecież premier Kaczyński przewidujący, że porządzi jeszcze przez długie lata, postawił się na czele komitetu organizacyjnego Euro 2012. O jego nadzwyczajnej aktywności nikt nie słyszał. Ale też nie o to chodziło - tylko, by podczas ceremonii zamknięcia mistrzostw powiedzieć: "To ja, nie chwaląc się".

Teraz w kolejce do sukcesu stoi nowa władza. Donald Tusk kopie piłkę wprawniej niż Kaczyński, ale jak na razie wystawienie Hanny Gronkiewicz-Waltz w ataku było równie trafione jak karny Deyny w Argentynie. Typowany na ministra sportu poseł Drzewiecki też nie potrafił przerwać bezsensownej kobiecej licytacji na błędy.
Jak tak dalej pójdzie, to zestaw dowcipów o Polakach powiększy się o te pod hasłem: "Jak spaprać mistrzostwa Europy". A będzie jeszcze gorzej. Opozycja wykorzysta każdy błąd, by udowodnić, że Platforma to amatorzy i najlepiej im idzie kopanie nie piłki, ale tuneli wzdłuż rzeki. Koalicyjna drużyna będzie udowadniała, że nic nie idzie jak powinno, no bo PiS straciło pół roku na gadanie.

Jeśli awantura o jeden stadion osiągnęła takie rozmiary, że dyskutują o nim przeszły i przyszły premier, to nie starcza wyobraźni, by przewidzieć, co będzie z obiecanymi hotelami i autostradami. Jeśli już się kompletnie nie skompromitujemy kłótnią o stadion, którego nie ma, spróbujemy może zinwentaryzować to, co jest, i doliczając pieniądze, zmodernizujmy te stadiony, które stoją. Bo w tym tempie zorganizujemy Euro 2200, a nie 2012.

Pięć kilometrów od stadionu śląskiego na skwerze w centrum Katowic stoi pomnik niewysokiej lekko zgarbionej postaci - to Ziętek, nieżyjący wojewoda śląski. Słynny Jork z krykom, czyli z laską. Ślązacy go wspominają i uwielbiają, bo choć rządził za komuny, takiego gospodarza ten region nie miał nigdy. Kiedy coś szło nie tak, jak sobie wyobrażał, machał tą laską i w krótkich, żołnierskich, zupełnie nieparlamentarnych słowach robił porządek. To dzięki niemu mamy stadion śląski. Szkoda, że o współczesnym Ziętku ani widu, ani słychu.