Jest mi smutno, że tak znakomity polityk musi o sobie przypominać występami w programach rozrywkowych. Ja i bez tego wiedziałam o jego licznych talentach: w „Siódmym dniu tygodnia” Radia Zet co roku śpiewaliśmy w grudniu kolędy i Jan Rokita zawsze górował wokalnie nad pozostałymi politykami. W tym roku nie zaśpiewa z nami. Może będzie za to kolędował w programie „Jak oni śpiewają”?

Wiedziałam też wcześniej, że Rokita umie szyć na maszynie, potrafi gotować i piecze wielkanocne baby. Nie mogę się jednak pogodzić z tym, że teraz właśnie głównie z tego rodzaju aktywności stanie się powszechnie znany. I boję się, jakie jeszcze pomysły przyjdą mu do głowy. Czy pójdzie w ślady innej, bardzo wpływowej postaci polskiej polityki – Jolanty Kwaśniewskiej?

W TVN Style mogliby przecież razem prowadzić „Lekcję stylu”. Pani prezydentowa będzie opowiadać, jaka torebka pasuje do jakiej sukienki, a Jan Rokita pokaże Polakom, jak powinni się posługiwać nożem i widelcem. Zaręczam, że jest w tym naprawdę biegły, bo mogłam go oceniać niemal co tydzień podczas radiowego śniadania z politykami. Może trzeba się więc pogodzić z tym, że nastał czas politycznych outsiderów – blogujący Ludwik Dorn, a za chwilę rapujący Jan Rokita?

Czy jednak właśnie tak miałby wyglądać koniec jednego z najwybitniejszych polskich polityków? Byłabym naprawdę załamana. Wciąż mam wielki żal do działaczy PiS za to, że wyrugowali Jana Rokitę z polskiej sceny politycznej, a dziś rżną głupa, wmawiając wszystkim, że to Platforma Obywatelska nie chciała go dłużej tolerować w swoim gronie.

Wiem jednak, że to nieprawda. Jan Rokita dawał sobie radę w PO i nadal świetnie by sobie radził. To w PiS zrodził się pomysł powołania Nelly Rokity na doradczynię prezydenta, a później jej startu do Sejmu z listy PiS. Dziś wiemy już, że partia Jarosława Kaczyńskiego nie zyskała na tym transferze zbyt wiele, poza pozbyciem się Jana Rokity.

Nelly Rokita zaś walczy o swoje miejsce w polityce, formułując myśli, które rzadko można usłyszeć z ust jakiejkolwiek żony. Jak choćby tę, kiedy pojawiła się pogłoska, że Donald Tusk zaproponuje Janowi Rokicie objęcie którejś placówki dyplomatycznej, wypaliła, że jej mąż na ambasadora na pewno się nie nadaje. Nieczęsto spotyka się taką szczerość wobec współmałżonka.

Wiele osób spodziewało się, że dla Jana Rokity znajdzie się miejsce w rządzie Platformy, a Grzegorz Schetyna wspominał nawet o funkcji związanej z reformą samorządową. Prawda jest jednak taka, że najpierw sam Rokita musi uporządkować swoje polityczne uwikłania.

To on ma problem, bo to jego żona stała się działaczką przeciwnego obozu politycznego. Jednak premier Donald Tusk, zamiast czekać na rozwód Jana Rokity, powinien zaproponować mu godną tego wybitnego polityka funkcję w rządzie. Taki gest świadczyłby o tym, że w głębi duszy, wbrew wszelkim pozorom, Tusk wcale nie cieszy się, że Rokity nie ma już w Platformie Obywatelskiej.

Czekam więc teraz, by zamiast kolejnego show z udziałem Jana Rokity, ukazał się wreszcie poważny wywiad, w którym były polityk Platformy nakreśli wizję polskich spraw i swojego miejsca w polityce. To mógłby być dobry pierwszy krok do wielkiego powrotu.

Czy Rokita zdecyduje się na to? Nie wiem, ale bardzo bym tego chciała. Myślę bowiem, że bez krakowskiego polityka brakuje czegoś nie tylko w Platformie Obywatelskiej, ale że wręcz cała polska polityka stała się dużo uboższa. Mam wrażenie, że nawet dziś, kiedy wciąż iskrzy na linii prezydent – premier, Jan Rokita umiałby wskazać elegancką drogę do wyjścia z tego impasu. Wielka szkoda, że tego nie zrobi.