Lepiej nie. On ładniej mówi sam o sobie niż ja o nim.
Nigdy tego nie robiłam. Ale ponieważ mam dla niego tak ogromny szacunek, żywię wobec niego coś, co przekracza zwykłą miłość kobiety do mężczyzny - to wolę, by on sam zabierał głos w
swoich sprawach.
Coraz lepiej. Zostałam posłanką w ciężkiej sytuacji. W zaledwie kilka dni zdecydowałam się na kandydowanie, nie była przygotowana kampania wyborcza, nie było na nią żadnego pomysłu. Nie
byłam gotowa ani merytorycznie, ani mentalnie. Miałam inny plan, chciałam być prezydenckim urzędnikiem, nie posłem.
Czy ja wiem? Staram się myśleć pozytywnie, bo jestem optymistką. Prawdą jest jednak, że swoje miejsce bardziej widziałam przy prezydencie Lechu Kaczyńskim. Decyzja, by zostać jego doradcą
do spraw kobiet, była przemyślana. To było takie moje wymarzone miejsce. Chciałam pracować dla człowieka, którego podziwiam. Na niego oddałam swój głos w wyborach prezydenckich. Bardzo mi
imponował. Potrafi pracować z kobietami, ma uroczą żonę.
Pewnie bym nie startowała w wyborach, gdyby mój mąż nie wycofał się z polityki. On to zrobił pod wpływem pogróżek, szantażu i pewnej presji ze strony dworu Donalda Tuska. Chciałam
pokazać liderowi Platformy Obywatelskiej, że nie może wszystkim dyktować tego, jak ma być. Tym bardziej że planował on wykorzystać moją decyzję o doradzaniu prezydentowi przeciwko mojemu
mężowi. Chciał w ten sposób pozbyć się go z partii.
Zrobiłam to po to, by mu pokazać, że Polska jest krajem demokratycznym. Zanim podjęłam tamtą decyzję, długo się nad nią zastanawiałam.
Na pewno rozmowa z mężem. A poza tym jestem człowiekiem odważnym, pomyślałam więc, że skoro doszło do takiej sytuacji i mam taką możliwość, to warto spróbować. Tym bardziej że jako
poseł jestem w stanie tak samo, a może nawet i lepiej zajmować się sprawami kobiet. Teraz mam jednak więcej swodoby i niezależności jako poseł, niż miałabym jako urzędnik prezydenta.
Z perspektywy czasu tak.
Absolutnie nie. Każdy, kto zna mnie bliżej, wie doskonale, że nie dam się wykorzystywać w ten sposób. Zresztą bardzo ciężko jest manipulować kobietą. Szczególnie polskie kobiety bardzo
umiejętnie potrafią odnajdywać się w takich sytuacjach i to one manipulują mężczyznami. Tego nauczyłam się od nich.
Takie mają poczucie humoru. Przecież wiadomo było, że moja rola w polityce jest zupełnie inna niż mojego męża i że nie da się tego przełożyć na głosy.
To nie jest dla mnie problem. Być może inna kobieta w mojej sytuacji załamałaby się, a ja się cieszę. Jeśli ktoś o mnie pisze nieprawdę, to trudno. Będąc przez lata żoną Jana Rokity,
przeczytałam tyle bzdur na jego temat, że nic już mnie nie dziwi. To po pierwsze, a po drugie media raczej lubiły mojego męża. Wiedziałam doskonale, że jego decyzja o rezygnacji z polityki
nie pomoże mi, zdawałam sobie sprawę, że to przyniesie mi bardzo dużo negatywnego elektoratu. A mimo to podjęłam to ryzyko. Szczerze mówiąc, spodziewałam się jeszcze ostrzejszych ataków
na moją osobę.
Jak już się zdecydowałam, to nie.
Nic nie wiedziałam o tym, że on coś takiego przygotował. Ja bym tego nie napisała.
Mam grubszą skórę.
Jestem samokrytyczna. Tego nauczyli mnie rodzice. Wchodząc do Sejmu myślałam, że szybciej zrozumiem mechanizmy, jakie tu panują. Sądziłam, że szybciej będę skuteczniejsza. Tym bardziej że
przecież znałam Sejm od kuchni. Bywałam tu, pomagałam mężowi. Ale bycia politykiem musiałam uczyć się od początku.
Na pewno łatwiej współpracuje mi się z kobietami, które są posłankami. Poza tym mam możliwość współpracy z kobietami z parlamentów europejskich i całego świata. Skuteczniej mogę
promować polskie kobiety za granicą.
Mój mąż często jest teraz w Krakowie, ja w Warszawie. Jesteśmy więc podzieleni na dwa miasta. Pokonywanie odległości jest kłopotliwe, to utrudnia nam częste kontakty.
Widziałam kilka jego programów. Ta pani, która mnie parodiuje, jest bardzo miłą osobą. Robi to nie najgorzej. Zresztą są dla mnie dość łagodni.
Nie znam Dody osobiście. Ale uważam, że jest ona wspaniałą kobietą. Ma swój urok. Nie mam za co się obrażać. Tym bardziej że uważam, że polityk nie może obrażać się na media. Musi
być bardziej odporny na różne ataki.
W jaki sposób się obrażają?
Nie rozpatruję tego w takich kategoriach. Mówię o czym innym: polityk nie może obrażać się na media, musi mieć grubszą skórę. Ale Donald Tusk też się obraża, tylko robi to w inny
sposób.
Sądzę jednak, że to lepsza metoda niż na przykład straszenie kogoś. Czasami gdy się ktoś obraża, to przerywa się kłótnię, nie dopuszcza do jakichś pogróżek. Po prostu ja wolę, gdy
ktoś mówi "ja się obraziłem” i nie padają słowa "uważaj, bo coś ci zrobię!”. Gdy ktoś się obraża, jest potem jakiś powód do rozmowy. Bo można go
spytać: "dlaczego się obraziłeś”, albo: "czy warto było się obrażać”.
W miarę tak. Imponują mi kobiety w tej partii.
Jest ich bardzo dużo. Na pewno Grażyna Gęsicka, Elżbieta Jakubiak, Joanna Kluzik-Rostkowska, Jolanta Szczypińska. Mogłabym wymienić wszystkie. To panie aktywne, samodzielnie myślące, chcące
wspólnie pracować. Jest ich dużo więcej niż w Platformie.
Dla polskiej polityki jej nieobecność jest na pewno dużą stratą. Uwielbiam Zytę Gilowską. Ale wiem, że ona była bardzo już tym zmęczona, a poza tym miała problemy ze zdrowiem.
Nie dzwoniłam do niej. Ale rzeczywiście powinnam to zrobić.
Prawdziwa przyjaźń?
W polityce taka przyjaźń jest niemożliwa. W sprawach publicznych potrzebny jest rozsądek, nie miłość czy zaufanie. Polityka to nie kanapa przyjaciół, którzy popijają sobie piwko.
Nigdy tego w tych kategoriach nie rozpatrywałam.
Myślę, że tak.
Ta moja wypowiedź została nieprawdziwie opisana przez media. Mówiąc o sprawach rodziny podkreślałam, że akceptując inny sposób życia gejów i lesbijek, nie zgadzam się ani na to, by mieli
prawo do adoptowania dzieci, ani by mogli legalizować swoje związki.
Absolutnie nie. Nigdy nie było czegoś takiego. W klubie PiS jest wiele bardzo ciekawych osób, które wypowiadają się i mają swoje zdanie. Jest oczywiste, że trzeba najpierw wszystko uzgodnić
w klubie. Po to są tam dyskusje, podczas których wypracowuje się kompromis. Ale w klubie jest prawdziwa rozmowa. Tak było choćby w przypadku Marka Jurka.
Że nie było rozmowy? Przecież on mógł przeforsować to, co chciał. Ale Marek Jurek się obraził na posłów PiS, choć powinien obrazić się na Platformę Obywatelską, która obiecała mu
wsparcie, a potem się z tego nie wywiązała. A co do PiS, to w tym klubie jest prawdziwa rozmowa i jest miejsce na dyskuję.
Jarosław Kaczyński jest prawdziwym przywódcą. Jest charyzmatyczny, wie, co mówi. Zupełnie nie rozumiem zachowania byłych wiceprezesów. Pamiętam pierwsze posiedzenia klubu, gdzie była
dyskusja, a Ujazdowski i Zalewski wtedy milczeli.
Nie rozumiem ich zachowania. Podziam ich i życzę im dużo sukcesów. Ale jeżeli oni mają inne wizje Polski, to niech pokażą, co potrafią. Niech zrobią coś swojego. Jest miejsce dla
wszystkich. To normalny proces polityczny. Może tylko jest tak, że brakuje ostatnio merytorycznej dyskusji. Pewnie dzieje się tak dlatego, że Donald Tusk, który boi się utraty poparcia opinii
publicznej, nie chce podejmować żadnej merytorycznej rozmowy. On po prostu woli skupiać się na marketingu politycznym i w tym jest niezły. Tylko co z tego, polityka jest miałka. Czegoś jej
brak.
Można tak powiedzieć. Podziwiam Jarosława Kaczyńskiego za umiejętność mówienia swojej prawdy. On nie poddaje się różnym manipulacjom. W przeciewieństwie do Donalda Tuska, która stara
się za wszelką cenę przypodobać opinii publicznej, Kaczyński nie dba o swój wizerunek. Podziwiam go za to, że jest odważny w polityce, nie jest oportunistą. Tak naprawdę to jemu
zawdzięczamy, że w Sejmie nie ma dziś ani Giertycha, ani Leppera. Marcinkiewicz był malowanym premierem. Nic nie zrobił. Dopiero Jarosław Kaczyński jako premier poradził sobie z Giertychem i
Lepperem.
Śmiać mi się chce, ale on się uczy, szczególnie jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Na początku wydawało się, że będzie chciał robić ją inaczej niż Jarosław Kaczyński. A teraz
widać, że idzie jego śladami. Tusk zaczyna stawiać warunki, nie ustępuje.
I bardzo dobrze. Bo ja od dawna byłam pod wrażeniem tego, co w polityce zagranicznej robił Kaczyński. Także w sprawach polityki wewnętrznej coraz więcej robi z tego, co zaczął rząd PiS.
Wszystko robi po to, bo chce zostać prezydentem. Myślę zresztą, że on nie chce być premierem. Został do tego zmuszony. Tak na prawdę marzy o tym, by zostać prezydentem. I do tego dąży.
Nie można robić czegoś za wszelką cenę. Trzeba umieć ustępować i czekać. To jest to, za co cenię swojego męża, trzeba umieć odejść. Trzeba mieć zasady życiowe, a w polityce trzeba
mieć jakąś misję.
Przede wszystkich chcę pomagać kobietom i rodzinie. Trzeba zrobić wszystko, by pomóc rodzinom wielodzietnym, tym, w których jest więcej niż troje dzieci. Trzeba w nie zainwestować, by kobiety
były aktywne. Temu chcę się poświęcić.
Chciałabym być mądrzejsza i ładniejsza (śmiech). Mam już trochę lat i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że jestem coraz głupsza. Jak miałam 20 lat, uważałam siebie za taką mądrą,
myślałam, że wszystko mogę, nawet góry przenosić. A teraz myślę sobie, że dużo nie umiem, jeszcze tyle muszę przeczytać, tylu rzeczy się dowiedzieć. Stąd pewnie wynika takie
wewnętrzne poczucie, że mogłabym zrobić więcej i lepiej. Teraz mam wiecej pokory wobec siebie i wobec świata.