Agnieszka Sopińska: Ani słowa o Janie Rokicie?
Nelli Rokita:
Lepiej nie. On ładniej mówi sam o sobie niż ja o nim.

Reklama

Ma pani dość tłumaczenia się za niego?
Nigdy tego nie robiłam. Ale ponieważ mam dla niego tak ogromny szacunek, żywię wobec niego coś, co przekracza zwykłą miłość kobiety do mężczyzny - to wolę, by on sam zabierał głos w swoich sprawach.

Jak się pani odnajduje w Sejmie?
Coraz lepiej. Zostałam posłanką w ciężkiej sytuacji. W zaledwie kilka dni zdecydowałam się na kandydowanie, nie była przygotowana kampania wyborcza, nie było na nią żadnego pomysłu. Nie byłam gotowa ani merytorycznie, ani mentalnie. Miałam inny plan, chciałam być prezydenckim urzędnikiem, nie posłem.

Żałuje pani tamtej decyzji?
Czy ja wiem? Staram się myśleć pozytywnie, bo jestem optymistką. Prawdą jest jednak, że swoje miejsce bardziej widziałam przy prezydencie Lechu Kaczyńskim. Decyzja, by zostać jego doradcą do spraw kobiet, była przemyślana. To było takie moje wymarzone miejsce. Chciałam pracować dla człowieka, którego podziwiam. Na niego oddałam swój głos w wyborach prezydenckich. Bardzo mi imponował. Potrafi pracować z kobietami, ma uroczą żonę.

Może więc trzeba było zostać przy prezydencie i nie kandydować w wyborach?
Pewnie bym nie startowała w wyborach, gdyby mój mąż nie wycofał się z polityki. On to zrobił pod wpływem pogróżek, szantażu i pewnej presji ze strony dworu Donalda Tuska. Chciałam pokazać liderowi Platformy Obywatelskiej, że nie może wszystkim dyktować tego, jak ma być. Tym bardziej że planował on wykorzystać moją decyzję o doradzaniu prezydentowi przeciwko mojemu mężowi. Chciał w ten sposób pozbyć się go z partii.

Zdecydowała się pani kandydować do Sejmu na złość Tuskowi?
Zrobiłam to po to, by mu pokazać, że Polska jest krajem demokratycznym. Zanim podjęłam tamtą decyzję, długo się nad nią zastanawiałam.

Co panią przekonało?
Na pewno rozmowa z mężem. A poza tym jestem człowiekiem odważnym, pomyślałam więc, że skoro doszło do takiej sytuacji i mam taką możliwość, to warto spróbować. Tym bardziej że jako poseł jestem w stanie tak samo, a może nawet i lepiej zajmować się sprawami kobiet. Teraz mam jednak więcej swodoby i niezależności jako poseł, niż miałabym jako urzędnik prezydenta.

Decyzja o starcie do Sejmu z list PiS była słuszna?
Z perspektywy czasu tak.

Nie ma pani wrażenia, że politycy PiS intrumentalnie panią potraktowali?
Absolutnie nie. Każdy, kto zna mnie bliżej, wie doskonale, że nie dam się wykorzystywać w ten sposób. Zresztą bardzo ciężko jest manipulować kobietą. Szczególnie polskie kobiety bardzo umiejętnie potrafią odnajdywać się w takich sytuacjach i to one manipulują mężczyznami. Tego nauczyłam się od nich.

Ale część polityków PiS cieszyła się, że oto w Warszawie dojdzie do walki Rokity z Tuskiem. To brzmiało bardzo instrumentalnie.
Takie mają poczucie humoru. Przecież wiadomo było, że moja rola w polityce jest zupełnie inna niż mojego męża i że nie da się tego przełożyć na głosy.

Cena za obecność w polityce, jaką pani płaci, jest wysoka?
To nie jest dla mnie problem. Być może inna kobieta w mojej sytuacji załamałaby się, a ja się cieszę. Jeśli ktoś o mnie pisze nieprawdę, to trudno. Będąc przez lata żoną Jana Rokity, przeczytałam tyle bzdur na jego temat, że nic już mnie nie dziwi. To po pierwsze, a po drugie media raczej lubiły mojego męża. Wiedziałam doskonale, że jego decyzja o rezygnacji z polityki nie pomoże mi, zdawałam sobie sprawę, że to przyniesie mi bardzo dużo negatywnego elektoratu. A mimo to podjęłam to ryzyko. Szczerze mówiąc, spodziewałam się jeszcze ostrzejszych ataków na moją osobę.

Ani przez chwilę pani nie żałowała?
Jak już się zdecydowałam, to nie.

Zainteresowanie mediów musi być jednak dość przykre, skoro Jan Rokita przerwał milczenie i w specjalnym oświadczeniu apelował o to, by dać wam spokój.
Nic nie wiedziałam o tym, że on coś takiego przygotował. Ja bym tego nie napisała.

Jest pani bardziej tolerancyjna?
Mam grubszą skórę.

Z okazji 100 dni Sejmu wydała pani sobie bardzo złą ocenę, stwierdzając "jestem gorsza niż lepsza”.
Jestem samokrytyczna. Tego nauczyli mnie rodzice. Wchodząc do Sejmu myślałam, że szybciej zrozumiem mechanizmy, jakie tu panują. Sądziłam, że szybciej będę skuteczniejsza. Tym bardziej że przecież znałam Sejm od kuchni. Bywałam tu, pomagałam mężowi. Ale bycia politykiem musiałam uczyć się od początku.

Reklama

Co pani zyskała, wchodząc do Sejmu?
Na pewno łatwiej współpracuje mi się z kobietami, które są posłankami. Poza tym mam możliwość współpracy z kobietami z parlamentów europejskich i całego świata. Skuteczniej mogę promować polskie kobiety za granicą.

A co pani zapisze po stronie strat?
Mój mąż często jest teraz w Krakowie, ja w Warszawie. Jesteśmy więc podzieleni na dwa miasta. Pokonywanie odległości jest kłopotliwe, to utrudnia nam częste kontakty.

Do strat nie zaliczy pani tego, że stała się bohaterką kpin i żartów? W programie Szymona Majewskiego występuje aktorka, którą panią parodiuje.
Widziałam kilka jego programów. Ta pani, która mnie parodiuje, jest bardzo miłą osobą. Robi to nie najgorzej. Zresztą są dla mnie dość łagodni.

Została pani też nazwana Dodą polskiej polityki.
Nie znam Dody osobiście. Ale uważam, że jest ona wspaniałą kobietą. Ma swój urok. Nie mam za co się obrażać. Tym bardziej że uważam, że polityk nie może obrażać się na media. Musi być bardziej odporny na różne ataki.

A Jarosław Kaczyński i Lech Kaczyński, którzy często się obrażają, nadają się do polityki?
W jaki sposób się obrażają?

Na przykład nie gratulując PO zwycięstwa w wyborach. Prezydent przez wiele dni nie chciał się spotkać z Donaldem Tuskiem.
Nie rozpatruję tego w takich kategoriach. Mówię o czym innym: polityk nie może obrażać się na media, musi mieć grubszą skórę. Ale Donald Tusk też się obraża, tylko robi to w inny sposób.

To można się obrażać w polityce czy nie?
Sądzę jednak, że to lepsza metoda niż na przykład straszenie kogoś. Czasami gdy się ktoś obraża, to przerywa się kłótnię, nie dopuszcza do jakichś pogróżek. Po prostu ja wolę, gdy ktoś mówi "ja się obraziłem” i nie padają słowa "uważaj, bo coś ci zrobię!”. Gdy ktoś się obraża, jest potem jakiś powód do rozmowy. Bo można go spytać: "dlaczego się obraziłeś”, albo: "czy warto było się obrażać”.

Dobrze pani w PiS?
W miarę tak. Imponują mi kobiety w tej partii.

Które szczególnie?
Jest ich bardzo dużo. Na pewno Grażyna Gęsicka, Elżbieta Jakubiak, Joanna Kluzik-Rostkowska, Jolanta Szczypińska. Mogłabym wymienić wszystkie. To panie aktywne, samodzielnie myślące, chcące wspólnie pracować. Jest ich dużo więcej niż w Platformie.

Brakuje pani w polityce Zyty Gilowskiej?
Dla polskiej polityki jej nieobecność jest na pewno dużą stratą. Uwielbiam Zytę Gilowską. Ale wiem, że ona była bardzo już tym zmęczona, a poza tym miała problemy ze zdrowiem.

Od czasu, gdy wycofała się z polityki, rozmawiałyście ze sobą?
Nie dzwoniłam do niej. Ale rzeczywiście powinnam to zrobić.

Przyjaźń w polityce jest możliwa?
Prawdziwa przyjaźń?

Innej nie ma.
W polityce taka przyjaźń jest niemożliwa. W sprawach publicznych potrzebny jest rozsądek, nie miłość czy zaufanie. Polityka to nie kanapa przyjaciół, którzy popijają sobie piwko.

Jest pani lubianą osobą?
Nigdy tego w tych kategoriach nie rozpatrywałam.

A cenią panią koledzy z PiS?
Myślę, że tak.

A jak zareagowali na pani wykład w Tarnowskich Górach, gdzie podobno namawiała pani emerytów, by byli bardziej tolerancyjni wobec gejów i lesbijek?
Ta moja wypowiedź została nieprawdziwie opisana przez media. Mówiąc o sprawach rodziny podkreślałam, że akceptując inny sposób życia gejów i lesbijek, nie zgadzam się ani na to, by mieli prawo do adoptowania dzieci, ani by mogli legalizować swoje związki.

Chwali pani sobie duże poczucie niezależności, którego nie miałaby pani w Kancelarii Prezydenta. Różne pani wypowiedzi, czasem kontrowersyjne, nie spotykają się w klubie PiS z jakąś reakcją? Bywa pani może wzywana na dywanik do Przemysława Gosiewskiego?
Absolutnie nie. Nigdy nie było czegoś takiego. W klubie PiS jest wiele bardzo ciekawych osób, które wypowiadają się i mają swoje zdanie. Jest oczywiste, że trzeba najpierw wszystko uzgodnić w klubie. Po to są tam dyskusje, podczas których wypracowuje się kompromis. Ale w klubie jest prawdziwa rozmowa. Tak było choćby w przypadku Marka Jurka.

On twierdzi co innego.
Że nie było rozmowy? Przecież on mógł przeforsować to, co chciał. Ale Marek Jurek się obraził na posłów PiS, choć powinien obrazić się na Platformę Obywatelską, która obiecała mu wsparcie, a potem się z tego nie wywiązała. A co do PiS, to w tym klubie jest prawdziwa rozmowa i jest miejsce na dyskuję.

Nie tylko Marek Jurek jest innego zdania. Kazimierz Ujazdowski i Paweł Zalewski, którzy domagali się otwartej dyskusji, zostali z partii wypchnięci a Ludwik Dorn został zmarginalizowany.
Jarosław Kaczyński jest prawdziwym przywódcą. Jest charyzmatyczny, wie, co mówi. Zupełnie nie rozumiem zachowania byłych wiceprezesów. Pamiętam pierwsze posiedzenia klubu, gdzie była dyskusja, a Ujazdowski i Zalewski wtedy milczeli.

Dlaczego więc Ujazdowski i Zalewski odeszli z PiS?
Nie rozumiem ich zachowania. Podziam ich i życzę im dużo sukcesów. Ale jeżeli oni mają inne wizje Polski, to niech pokażą, co potrafią. Niech zrobią coś swojego. Jest miejsce dla wszystkich. To normalny proces polityczny. Może tylko jest tak, że brakuje ostatnio merytorycznej dyskusji. Pewnie dzieje się tak dlatego, że Donald Tusk, który boi się utraty poparcia opinii publicznej, nie chce podejmować żadnej merytorycznej rozmowy. On po prostu woli skupiać się na marketingu politycznym i w tym jest niezły. Tylko co z tego, polityka jest miałka. Czegoś jej brak.

Pani zawsze dobrze mówi o Kaczyńskim, jest pani pod jego urokiem?
Można tak powiedzieć. Podziwiam Jarosława Kaczyńskiego za umiejętność mówienia swojej prawdy. On nie poddaje się różnym manipulacjom. W przeciewieństwie do Donalda Tuska, która stara się za wszelką cenę przypodobać opinii publicznej, Kaczyński nie dba o swój wizerunek. Podziwiam go za to, że jest odważny w polityce, nie jest oportunistą. Tak naprawdę to jemu zawdzięczamy, że w Sejmie nie ma dziś ani Giertycha, ani Leppera. Marcinkiewicz był malowanym premierem. Nic nie zrobił. Dopiero Jarosław Kaczyński jako premier poradził sobie z Giertychem i Lepperem.

Potrafi pani powiedzieć chociaż jedno pozytywne zdanie na temat Tuska?
Śmiać mi się chce, ale on się uczy, szczególnie jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Na początku wydawało się, że będzie chciał robić ją inaczej niż Jarosław Kaczyński. A teraz widać, że idzie jego śladami. Tusk zaczyna stawiać warunki, nie ustępuje.
I bardzo dobrze. Bo ja od dawna byłam pod wrażeniem tego, co w polityce zagranicznej robił Kaczyński. Także w sprawach polityki wewnętrznej coraz więcej robi z tego, co zaczął rząd PiS. Wszystko robi po to, bo chce zostać prezydentem. Myślę zresztą, że on nie chce być premierem. Został do tego zmuszony. Tak na prawdę marzy o tym, by zostać prezydentem. I do tego dąży.

Upór w polityce to wada?
Nie można robić czegoś za wszelką cenę. Trzeba umieć ustępować i czekać. To jest to, za co cenię swojego męża, trzeba umieć odejść. Trzeba mieć zasady życiowe, a w polityce trzeba mieć jakąś misję.

Co chce pani robić w polityce?
Przede wszystkich chcę pomagać kobietom i rodzinie. Trzeba zrobić wszystko, by pomóc rodzinom wielodzietnym, tym, w których jest więcej niż troje dzieci. Trzeba w nie zainwestować, by kobiety były aktywne. Temu chcę się poświęcić.

Chciałaby coś pani zmienić w swoim wizerunku?
Chciałabym być mądrzejsza i ładniejsza (śmiech). Mam już trochę lat i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że jestem coraz głupsza. Jak miałam 20 lat, uważałam siebie za taką mądrą, myślałam, że wszystko mogę, nawet góry przenosić. A teraz myślę sobie, że dużo nie umiem, jeszcze tyle muszę przeczytać, tylu rzeczy się dowiedzieć. Stąd pewnie wynika takie wewnętrzne poczucie, że mogłabym zrobić więcej i lepiej. Teraz mam wiecej pokory wobec siebie i wobec świata.