PiS, za którego rządów przyjęto odpowiednią ustawę, nie zrobił nic, żeby służba zdrowia była do niej przygotowana. Gdyby ustawę tę potraktować rygorystycznie, zabrakłoby w Polsce 15 tysięcy lekarzy dla utrzymania szpitali w rytmie ciągłej pracy. Obecny rząd jest więc w beznadziejnej sytuacji, bo nie może poddać się żądaniom lekarzy i równocześnie nie może się tym żądaniom nie poddać, bo jest już za późno na negocjacje z Unią oraz z lekarzami.
Na pewno nie warto obwiniać poprzedniego ministra zdrowia, którego zaniedbania w tej kwestii są skandaliczne, bo z obwiniania nic pozytywnego nie wyniknie. Może zatem należy podjąć próby stopniowego wprowadzania tej ustawy, co już uczyniła minister Kopacz. Równocześnie zacząć rozmowy z UE i domagać się zgody na stopniowe ograniczanie liczby godzin pracy lekarzy i na stopniowe tempo podnoszenia ich uposażeń. Nie ma lepszego wyjścia, a każdy, kto próbuje przy tej okazji moralizować i dowodzić, co powinni lub nie powinni czynić lekarze, a co powienien czynić rząd, niech zda sobie sprawę z tego, że usiłuje - co jest z góry skazane na niepowodzenie - rozwiązać prostymi metodami niesłychanie skomplikowaną i w zasadzie beznadziejną sytuację. Jedyne wyjście to maksymalne odpolitycznienie tej kwestii i poszukiwanie pragmatycznych metod wydobycia się z zapaści.
Podobne problemy istnieją w wielu innych środowiskach zawodowych, tyle że nie odbieramy ich tak drastycznie, gdyż nie dotyczą naszego zdrowia. Ale przecież dramatycznie brakuje policjantów, którzy też zarabiają na nadgodzinach, a w mojej branży, czyli w szkolnictwie wyższym, stosujemy absurdalne zasady rzekomo bezpłatnych studiów oraz bezustannego pobierania pieniędzy za co się tylko da. Podobnie jest w szkolnictwie powszechnym czy sądownictwie. Olbrzymia część ludzi zatrudnionych w szeroko rozumianej sferze budżetowej pracuje w jakimś sensie nieuczciwie, niezgodnie z wymaganiami rozsądku lub poczucia sprawiedliwości. A równocześnie istnieją kolosalne instytucje budżetowe (ZUS i KRUS), agencje oraz rozmaite mniej lub bardziej tajemnicze urzędy, w których godzinami nikt nic nie robi.
Dlatego jeśli ten rząd chce zostawić po sobie pozytywny dorobek, musi radykalnie zreformować sferę budżetową, w tym także półbudżetową służbę zdrowia. Podobne problemy jak w Polsce, występowały w niemal wszystkich państwach demokratycznych, dopóki nie ograniczyły one radykalnie potwornej masy urzędniczej. Lekarze cierpią, bo są na widoku, a rząd ma kłopot, bo obywatele to zarazem pacjenci. Ale czy ktokolwiek przypatrzył się liczbie urzędniczych martwych dusz w samorządach gminnych i powiatowych?
Rozumiem, że ciężko jest poradzić sobie z lekarzami, a także górnikami i hutnikami. Ale może by się to udało, gdyby wszyscy widzieli, jak się przekształca stan urzędniczy w stan pracy zawodowej, ciężkiej pracy, kiedy to na herbatkę jest czas dopiero w domu, a ryzyko utraty marnej, ale spokojnej posadki bardzo poważne. Państwowa posada w czasach wielkiej modernizacji nie może być żadnym przywilejem.