ARTUR GRABEK: Czy łatwo jest wyprowadzić profesora z równowagi?
BARBARA KUDRYCKA*:
O to trzeba zapytać studentów.

Reklama

Pytam panią, bo pani się udało. Środowisko akademickie podniosło larum po tym jak poznało założenia do reformy nauki i szkolnictwa wyższego.
Ale nie całe.

Spora jego część.
To mnie dziwi, bo nad założeniami reformy pracował zespół, w skład którego wchodziło 16 wybitnych przedstawicieli środowiska akademickiego i naukowego. Wcześniej zorganizowaliśmy konferencję w SGH, gdzie na temat reform wypowiadali się przedstawiciele konferencji rektorów, PAN, PAU, związki zawodowe, studenci i doktoranci.

W takim razie jak interpretować list do premiera podpisany przez czterdziestu czterech profesorów, który jest protestem przeciwko reformie nauki?
Problem polega chyba na tym, że sygnatariusze tego listu nie znali całości projektu. Dotarła do nich informacja, którą zinterpretowali jako zamiar zniesienia habilitacji, podczas gdy propozycja dotyczy zastąpienia procedury habilitacyjnej procedurą uzyskiwania uprawnień promotorskich. Oczywiście środowisko ma pełne prawo do krytyki, gdyż jest najważniejszym recenzentem tej reformy.

A jak premier ocenił ten projekt?
Premier projekt zaakceptował. Zresztą od początku w pracach nad reformą brał udział jeden z najbliższych współpracowników Donalda Tuska Michał Boni. Dlatego wszelkie spekulacje o rzekomym niezadowoleniu premiera i sugerowanie, że zostanę zdymisjonowana są niczym nie poparte.

Psuje Pani notowania PO wśród kadry naukowej, więc takie spekulacje się pojawiają.
Założenia reformy służą przede wszystkim środowisku naukowemu, które swoją pracę badawczą traktuje nie tylko jako sposób zdobywania stopni naukowych, lecz przede wszystkim jako realizację pasji twórczej i naukowej. Służą więc nie tylko profesorom, ale też młodym pracownikom, doktorantom i studentom, którzy stanowić będą o przyszłości nauki polskiej. W każdą reformę z definicji wpisane jest, że nie wszystkim musi ona odpowiadać, nie można więc dziwić się, że część profesury jest lub była jej niechętna.

W takim razie nie zgodzi się na reformę.
Polscy uczeni mają wystarczający potencjał, by wnosić większy wkład w światowy dorobek nauki. Świadczą o tym ich błyskotliwe kariery za granicą. A więc w Polsce to nie naukowcy są słabi, tylko struktury i procedury. Dlatego tam, gdzie jest to możliwe, chcemy je zmienić. Po spotkaniach z tą częścią środowiska akademickiego, która jest bardzo krytyczna, mogę powiedzieć, że nie dzielą nas cele, które chcemy osiągnąć, tylko niektóre proponowane metody ich realizacji. W mojej ocenie niemal całe środowisko naukowe jest zdeterminowane, by reforma stawiająca na jakość nauki i kształcenia została jak najszybciej wprowadzona. Dlatego konkretne sposoby jej wdrożenia wypracujemy wspólnie podczas konsultacji.

Łatwiej będzie pani zrezygnować ze stanowiska, czy z reformy?
Nie jestem przyklejona do stołka. Bardzo dobrze czuję się w środowisku akademickim. Ale podkreślam, że dopiero rozpoczęłam pracę nad reformą. Liczę też na bardziej merytoryczną debatę nad całym pakietem zmian.

Najwięcej kontrowersji wzbudza propozycja likwidacji habilitacji.
Tak. Proponujemy likwidację tego stopnia naukowego i zastąpienie dotychczasowej procedury habilitacyjnej inną, dającą uprawnienia promotorskie. Nowy model nie tylko przyśpieszy karierę naukową najzdolniejszych, ale też podniesie poziom badań.

W jaki sposób?
Przewidujemy, że doktor który uzna, że może już objąć opieką naukową młodszych kolegów, będzie sam występował z wnioskiem do zewnętrznej komisji o uprawnienia promotorskie. Komisja oceniająca dorobek naukowy kandydata będzie umocowana poza uczelnią czy jednostką naukową, w której jest zatrudniony. Oceny będą bardziej merytoryczne i obiektywne. Kandydaci będą musieli sprostać wysokim wymaganiom komisji, a to zapewni wyższą jakość przedstawianego dorobku.

Na jakiej podstawie komisja będzie wydawać decyzję?
Najwybitniejsi eksperci z danej dziedziny nauki ocenią dorobek naukowy kandydata. Proponujemy zróżnicowany system oceny dla trzech grup nauk. Według innych szczegółowych kryteriów będą oceniani adepci nauk ścisłych i inżynieryjnych, inaczej nauk o życiu i nauk o ziemi, inaczej społecznych i humanistycznych.

Podobno chce pani ściągnąć do Polski sławy światowej nauki. Skąd na to pieniądze?
Przewidujemy pilotażowo, już w roku akademickim 2008/2009 zatrudnienie pewnej liczby wybitnych profesorów z zagranicy, których stała obecność na uczelniach stworzy szansę na nową jakość systemu polskiej nauki. Dobór tej kadry będzie autonomiczną decyzją uczelni czy jednostki naukowej. Resort nauki zadba jedynie o sfinansowanie tego przedsięwzięcia i potwierdzi kwalifikacje naukowca.

Skoro jesteśmy przy finansach, krytycy zarzucają że reforma nie dotyka kwestii finansowania szkolnictwa wyższego.
Wierzę, że coroczny wzrost nakładów na naukę i szkolnictwo wyższe o niemal 0,16 proc. PKB, a także fundusze unijne pomogą w zrealizowaniu celów reformy. Staramy się o większe zainteresowanie przemysłu i gospodarki finansowaniem badań i innowacji. Natomiast nie planujemy istotnych zmian w finansowaniu studiów stacjonarnych. Zamierzamy za to wzmocnić system stypendialny tak, by utalentowani młodzi ludzie ze wsi czy prowincji mieli większe szanse na naukę w najbardziej prestiżowych uczelniach. Uproszczony zostanie także system kredytów studenckich. Wystarczy jedynie indeks, aby go otrzymać. Część kosztów obsługi tych kredytów państwo weźmie na siebie.

Proponuje też pani dofinansowanie studiów doktorskich i przewodów doktorskich na uczelniach niepublicznych.
Najwyższy już czas skończyć ze stereotypowym podziałem na uczelnie publiczne i niepubliczne, i zacząć stosować podział na uczelnie dobre i słabe. Jeżeli, zgodnie z obecną ustawą, mamy obowiązek finansowania uczelni niepublicznych, to chcę rozpocząć od finansowania najlepszych. Dlatego o dofinansowanie z budżetu państwa będą mogły się ubiegać jedynie te uczelnie niepubliczne, które prowadzą studia doktoranckie oraz inwestują w rozwój młodej kadry. Zresztą pieniądze na rozwój kadry niekoniecznie trafią do uczelni niepublicznych. Cześć osób zatrudnionych na tych uczelniach decyduje się na otwarcie przewodu doktorskiego na uczelni państwowej – w ten sposób te pieniądze będą trafiać do szkół publicznych.

W reformie czytamy o powrocie do idei Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) i Narodowego Centrum Nauki (NCN). To przecież pomysł rządu PiS.
To nie jest pomysł rządu PiS, ale zalecenie międzynarodowych federacji uczonych, takich jak EUROHORC, francuskie CNRS czy niemieckie DFG. Chodzi o to, by procedura wydatkowania środków na badania odbywała się poza ministerstwem i była realizowana przez niezależne agencje. Dystrybucję środków na badania strategiczne dla rozwoju kraju o charakterze wdrożeniowym będzie nadal prowadzić NCBiR, natomiast badania własne i zespołowe, o które będą aplikować sami naukowcy – sfinansuje NCN. Jasne, że Narodowe Centrum Nauki będzie wspierać przede wszystkim badania z grupy nauk podstawowych.

Ale mamy Polską Akademię Nauk. Nie lepiej zmodernizować tę jednostkę, niż otwierać nowe.
Instytuty PAN są konsumentem tych środków, więc nie mogą same ich sobie przydzielać. To będzie właśnie rola NCBiR i NCN. Większe szanse na środki na badania będą miały te instytuty PAN, które osiągają już dzisiaj świetne wyniki naukowe. Pozostałe jednostki będą miały szansę łączenia się, by wzmocnić swój potencjał.

Kiedy ta reforma ma szanse wejść w życie. I kiedy będą odczuwalne jej skutki.
Okres wstępnych konsultacji nie powinien być dłuższy niż dwa miesiące. Po tym czasie chciałabym mieć pierwsze projekty konkretnych zmian. Niektóre z nich wprowadzone zostaną w życie już w nowym roku akademickim. Po pięciu latach funkcjonowania reformy będziemy w stanie opuścić grono państw najgorzej ocenianych pod względem jakości nauki, innowacyjności i szkolnictwa wyższego.

A kiedy zbliżymy się do poziomu Niemiec, Wielkiej Brytanii czy USA.
Wróżką nie jestem. Marzy mi się, że Polska dołączy do europejskiej czołówki w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Jeśli wykorzystamy teraz to, co mamy najcenniejszego – talenty naukowców i szansę, która jest przed nami.

*Barbara Kudrycka jest ministrem nauki i szkolnictwa wyższego