Teraz projekt ustawy o utworzeniu województwa warszawskiego czeka na decyzję polityczną. Zmiana harmonogramu oznacza, że wybory w tym roku stają się coraz mniej prawdopodobne. Co się stało?

Reklama

Publikując tekst na ten temat ("Prezes będzie bił się dalej” z 23 lipca), ujawniliśmy koncepcję ‒ jak wynika z naszych informacji ‒ na wczesnym etapie. To spowodowało, że od razu skonsolidowali się przeciwnicy idei, na czele z marszałkiem województwa mazowieckiego Adamem Struzikiem. A to przystopowało zapędy w PiS. Zaczęto też myśleć o możliwych wynikach wyborów w dwóch nowych województwach. O ile PiS był pewny wygranej w województwie mazowieckim, o tyle w stołecznym wygrałaby opozycja. Partia rządząca mogłaby to nawet przełknąć, gdyż w Warszawie PO, Lewica i zwolennicy Szymona Hołowni walczyliby nie z PiS, a między sobą. Ostatecznie jednak pojawiła się obawa, że bez względu na wewnętrzny układ sił w opozycji zostanie to odebrane jako pierwsza porażka PiS po serii wyborczych zwycięstw. ‒ U nas czasami tak się zdarza, że najpierw wychodzimy z pomysłem, a potem rozważamy konsekwencje – przyznaje polityk PiS.

Do tego projekt, jak to często w polityce bywa, miał realizować dwa cele: programowy (podziału Mazowsza) i doraźny polityczny, czyli powyborczego przyciśnięcia ludowców. PiS liczył, że PSL ‒ obity po wyborach prezydenckich ‒ będzie łatwiejszym partnerem do rozmów w sprawie koalicji. Tym bardziej że projekt uderzał w Adama Struzika, który jest jednym z najważniejszych polityków w PSL i przeciwnikiem aliansu z PiS. A partii rządzącej chodziło głównie o odwrócenie koalicji w sejmikach. Gdyby to się udało, we wszystkich, poza Pomorzem i nowym województwem warszawskim, rządziłby PiS. Na razie jednak nie ma efektów rozmów z PSL, a ludowcy się raczej utwardzili.

Nacisk na ludowców miał z kolei stanowić straszak do rozmów z koalicjantami PiS. Bo gdyby powstała koalicja z PSL, to spadłoby znaczenie Solidarnej Polski czy Porozumienia. Politycy SP uważają nawet, że to był jedyny cel inicjatywy. Ale tak nie nie jest. Podział Mazowsza od dawna jest w programie PiS, w zeszłym roku zapowiadał to prezes partii. ‒ Nie rezygnujemy z tego pomysłu, najwyżej trochę poczeka ‒ mówi jeden z mazowieckich polityków obozu władzy.

Trudno przymknąć oko na to, że w szykowanej operacji podziału Mazowsza ujawniły się te same błędy, które PiS popełniał przy tego typu inicjatywach. Przede wszystkim to działanie w aurze tajemnicy i z zaskoczenia. Tak było w przypadku próby stworzenia metropolii warszawskiej czy ostatnich zmian w prawie wyborczym ‒ w obu przypadkach partia przysporzyła sobie więcej problemów niż korzyści. A plan, by dokonać istotnej zmiany na mapie administracyjnej kraju w drodze projektu poselskiego ‒ a więc szybką ścieżką, bez konieczności przeprowadzania konsultacji społecznych ‒ nie najlepiej świadczy o czystości intencji.

Problem dotyczy też merytorycznej otoczki przedsięwzięcia. Można zarzucać marszałkowi Adamowi Struzikowi, że w obronie stołków swojego i innych ludowców pokazuje wybiórcze dane, mające świadczyć o tym, że podział regionu zdewastuje finanse okrojonego Mazowsza. Ale przynajmniej jakieś dane prezentuje. PiS nie pokazuje żadnych wyliczeń. Choć politycy tej partii mówią o konieczności podziału, nie dają nawet szansy skonfrontować w merytoryczny sposób ich racji z racjami Struzika czy władz stolicy.

Dziwi to tym bardziej, że argumenty merytoryczne, dotychczas przedstawione przez PiS, są rozbrajane jeden po drugim, a partia niewiele robi, by to zastopować. Oczywiście jest to w dużej mierze związane z brakiem politycznych rozstrzygnięć w tej sprawie i brakiem samego projektu. To skutecznie wiąże usta politykom PiS, którzy zazwyczaj nam mówią, że z chęcią o sprawie porozmawiają, ale dopiero, gdy (albo jeśli) projekt trafi do Sejmu.

Jak dotąd wśród koronnych argumentów PiS za podziałem województwa było to, że na ogół w krajach UE, np. w Niemczech, region stołeczny jest wydzielony oraz że po zmianach lepiej zagospodarowane będą środki unijne. Ten ostatni argument w samym rządzie budzi mieszane uczucia – tę sprawę w dużej mierze załatwił już w 2018 r. podział statystyczny regionu. Poza tym ‒ jak wynika z przecieków z Komisji Europejskiej – utworzenie dwóch województw nie wpłynie na intensywność wsparcia dla Warszawy i okolic. A dodatkowo skomplikuje konsumpcję eurofunduszy, do obsługi których konieczne byłoby powołanie nowej instytucji. Na to politycy PiS odpowiadają, że chodzi o to, by Struzik nie rozdzielał eurofunduszy według klucza politycznego. Jeśli tak jest, to dlaczego tego nie udowodnić ‒ zorganizować konferencję prasową, przedstawić materiały, pokazać dziennikarzom nieprawidłowości, zainteresować sprawą np. Europejski Urząd ds. Przeciwdziałania Nadużyciom ‒ i tym samym przyszykować dobry grunt pod projekt ustawy podziałowej?

Z kolei na pytanie o to, z czego miałoby się utrzymać dużo mniej zamożne województwo mazowieckie (bez Warszawy, a więc głównej bazy dla wpływów z CIT), słyszymy, że przecież biedniejszy region otrzyma janosikowe od bogatszego województwa warszawskiego. Ile? Nie wiadomo ‒ resort finansów potwierdził nam, że na dziś nie da się obliczyć ewentualnych wpłat regionu stołecznego.

Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na to, że choć na razie entuzjazm w PiS wokół podziału Mazowsza radykalnie opadł, to jednak w ostatniej chwili coś się odmieni ‒ zwłaszcza że PiS kupił sobie czas, przesuwając posiedzenie Sejmu z 7 na 14 sierpnia. Wówczas może ruszyć pisowski blitzkrieg i okaże się, że obecny jałowy bieg to tylko taktyczne uśpienie czujności politycznych adwersarzy.

PiS chciał zmusić PSL do ustępstw przy rozmowach o koalicjach w sejmikach. Jak na razie bez efektu.