Gdy wczoraj rano dowiedziałem się, że naukowcy, z których analiz korzysta rząd, bazują na danych opracowywanych przez Michała Rogalskiego, czyli 19-letniego użytkownika Twittera - oniemiałem. Byłem przekonany, że to nieprawda. Wszedłem więc na stronę Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego (ICM) Uniwersytetu Warszawskiego. I dowiedziałem się, że to prawda. Naukowcy wskazują wprost: bieżące prognozy z rozwoju epidemii opracowywane są na podstawie danych Ministerstwa Zdrowia pobranych z agregowanego zbioru przygotowanego przez Michała Rogalskiego. Mówiąc prościej, polskie państwo zbiera dane, ale są one ciężko dostępne i rozsiane po różnych miejscach. 19-latek to wszystko zbiera do kupy, a naukowcy, z których analiz korzysta polskie państwo, wykorzystują to, co młodzieniec wyszperał i opracował.

Reklama

Słowo daję: nie wiem, jak to nazwać. Fuszerka? Tak, to odpowiednie słowo. Choć - pół żartem, pół serio - Rogalski już wielokrotnie pokazał, że jest solidny i rzeczowy, więc może to i lepiej, że wykorzystywana jest przede wszystkim jego praca, a nie kogoś, kto przygotowuje infografiki dla Ministerstwa Zdrowia i nie jest w stanie przypisać poprawnych flag do Hiszpanii, Grecji czy Litwy.

Sprawę jednak można potraktować szerzej, to znaczy jako pokazującą generalny problem. Można go określić tak: jak mamy leczyć, skoro nie potrafimy liczyć? Kilkanaście dni temu zresztą się nad tym zastanawiałem na potrzeby jednego z pisanych wówczas tekstów. To, jakie Polska ma luki w wiedzy o systemie ochrony zdrowia, musi przerażać. Przykładowo - wiem, trudno w to uwierzyć - nikt w Polsce nie wie, ilu tak naprawdę pracuje u nas lekarzy. Jeśli bowiem popatrzymy w międzynarodowe opracowania - jest fatalnie. Przykładowo z „Health at Glance 2019” z listopada 2019 r., które przygotowała Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) we współpracy z Komisją Europejską, wynika, że w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada 2,4 lekarza. To najmniej spośród wszystkich sprawdzonych państw europejskich. Dla porównania: w Grecji jest to 6,1, w Austrii 5,2, w Portugalii 5,0, w Czechach 3,7, a na Węgrzech 3,3. Średnia dla wszystkich państw OECD wynosi zaś 3,5. Eurostat w listopadzie podał również odsetek 2,4, co jest najgorszym wynikiem w Unii Europejskiej. Ale, uwaga, były minister zdrowia prof. Łukasz Szumowski wyjaśniał kilka miesięcy temu, że dane te co prawda przekazują polscy urzędnicy, lecz wiadomo, że są one nieprawdziwe.

Nie zbieramy pełnych danych, nie przekazujemy pełnych danych, ale opieramy się jak na wyroczni na raporcie opartym na niepełnych danych – stwierdził Szumowski na łamach DGP w styczniu 2020 r.

Droga wygląda tak: OECD otrzymuje informację o liczbie lekarzy w Polsce pracujących bezpośrednio z pacjentem z Głównego Urzędu Statystycznego, ten natomiast bazuje na danych Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, które z kolei uzyskuje je od 16 wojewodów, do których raportują bezpośrednio placówki służby zdrowia. Problem w tym, że wysyła je 70 proc. podmiotów leczniczych, natomiast w przypadku jednoosobowych i grupowych praktyk zawodowych jedynie 13 proc. W ten sposób dostajemy wynik: 90,2 tys. lekarzy oraz 13,3 tys. lekarzy dentystów, co daje poziom 2,4 lekarza na tysiąc mieszkańców. Wiadomo, że to mniej, niż pracuje w Polsce naprawdę. W lekarskim samorządzie zawodowym działa bowiem 194,5 tys. członków, z czego 178,7 tys. to lekarze i lekarze dentyści. Te liczby jednak również nie odpowiadają rzeczywistości, gdyż do statystyk czynnie wykonujących zawód lekarzy nie ma sensu liczyć emerytów, którzy nie wykonują już zawodu. Prawda leży gdzieś pośrodku. Gdzie? Nikt do dziś nie wie.

Inny przykład: czas dojazdu karetek pogotowia ratunkowego. Pod koniec 2019 r. postanowiłem na potrzeby tekstu pisanego dla DGP sprawdzić, ile wynosi czas dojazdu karetki od chwili zgłoszenia. I okazało się, że dane za 2017 r. (interesujące jest już samo to, że w drugiej połowie 2019 r. najnowsze dane były za 2017 r.) są o wiele gorsze niż za 2015 r. Okazało się jednak, że po prostu w 2015 r. zmieniono sposób obliczania czasu dojazdu, tzn. liczy się od innego momentu. Szkopuł w tym, że nikt, z urzędnikami Ministerstwa Zdrowia na czele, nie był w stanie mi odpowiedzieć na pytanie, czy generalnie jest lepiej, czy gorzej niż przed pięcioma laty. Innymi słowy, zmieniona metodologia wypaczyła sens porównań. Które przecież powinny być kluczowe, bo dzięki nim wiemy, czy zmierzamy w dobrym kierunku, czy pakujemy się w otchłań.

Co ciekawe, niemal wszyscy eksperci przyznają, że polscy urzędnicy zbierają ogrom danych. Być może nawet za dużo. Brakuje jednak jednostek, które by te dane właściwie przetwarzały i wykorzystywały. Są ogromne bazy, z których nikt nie korzysta, a gdy ktoś chce skorzystać to raz, że najczęściej jest to droga przez mękę, a dwa - już jest podejrzany, bo urzędnik zaczyna się zastanawiać, czy zainteresowany nie chce zaszkodzić majestatowi państwa. Na szczęście są jeszcze zdolni i pracowici 19-latkowie. Dzięki nim najważniejsze osoby w państwie mogą zobaczyć, jak najprawdopodobniej będzie przebiegać epidemia.