Janusz Mazur adwokat, reprezentował ofiarę księdza Pawła Kani w sprawie o odszkodowanie przeciwko archidiecezji wrocławskiej i diecezji bydgoskiej.
Reklama

DGP: Archidiecezja wrocławska i diecezja bydgoska mają solidarnie zapłacić 300 tys. zł odszkodowania ofierze byłego już księdza Pawła Kani, skazanego w 2015 r. za wykorzystywanie seksualne chłopców. Jego przełożeni, wiedząc, że ma skłonności pedofilskie, przenosili go do innych parafii. To jeden z nielicznych przykładów, gdy do odpowiedzialności – w tym przypadku cywilnej – są pociągani nie tylko bezpośredni sprawcy, ale i ich zwierzchnicy. Dlaczego Kościół tak rzadko płaci za swoje zaniedbania?

Janusz Mazur: Trzeba pamiętać, że aby dochodzić odpowiedzialności zwierzchników Kościoła – jako organu osoby prawnej, która ma związek z przestępstwem popełnionym przez duchownego – trzeba doprowadzić do prawomocnego skazania księdza w procesie karnym. A takich wyroków wciąż nie jest dużo, na pewno o wiele mniej niż przestępstw. Nie wszyscy pokrzywdzeni decydują się bowiem na zawiadomienie organów ścigania. Wydaje mi się, że są tego dwie przyczyny. Przede wszystkim ofiary nie mają zaufania do organów ścigania czy też do szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości. To efekt ścisłego związku pomiędzy państwem a Kościołem, który obserwujemy od wielu, wielu lat.
Rozumiem, że ma pan na myśli okres po 1989 r.?
Tak, uważam, że związek tronu i ołtarza jest główną przyczyną, dla której pokrzywdzeni nie mają zaufania do wymiaru sprawiedliwości. Czują strach, krępują się, obawiają się napiętnowania. Nie chcą wstępować na drogę sądową, bo nie mają pewności co do wyniku procesu. Zresztą czasem ich niechęć nie wynika nawet z niepewności co do wyroku, lecz z obawy, że wymiar sprawiedliwości nie podejmie próby obrony ich interesów i nie będzie chciał skutecznie ścigać sprawców. Przykładem jest sytuacja, do której doszło podczas mszy w Toruniu, gdy ojciec Rydzyk w obecności prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości usprawiedliwiał postępowanie księży, mówiąc: „A kto nie ma pokus?”. I przedstawił biskupa Edwarda Janiaka jako ofiarę, „współczesnego męczennika”. W procesie, w którym uczestniczyłem, jest tyle dowodów winy tego biskupa, że aż się dziwię, iż do tej pory nikt oprócz sądu rozpoznającego sprawę do tych akt nie zajrzał.
A ta druga przyczyna?
Kościół przez lata starał się wyciszać sprawy i odwodzić ofiary od stawiania zarzutów księżom. Szantażował je, że będzie to traktowane jako wystąpienie przeciwko całemu Kościołowi, świętej niemal instytucji, „Mistycznemu Ciału Chrystusa”. Czasem uciekał się do gróźb, że jeśli pokrzywdzeni ujawnią czyny pedofilskie księży, to konsekwencje poniosą oni, ofiary, a Kościół zawsze się obroni. Nawet gdy sprawa karna już została zainicjowana, Kościół zawsze pierwszy próbował docierać do pokrzywdzonych i starał się łagodzić skutki postępowania duchownych – pedofilów.
Wynagradzając doznaną przez nich krzywdę?
Bynajmniej. Kościół za pośrednictwem swoich prawników kontaktował się z ofiarami, proponował im marne, wręcz symboliczne zadośćuczynienie. Dlatego z takim spokojem i bez skrępowania przenoszono księdza z parafii do parafii. Może biskupi nie robili tego w sposób oficjalny, ale wystarczy zajrzeć w akta osobowe takiego księdza i można się łatwo zorientować, jakie były faktyczne powody takiego przenoszenia i cel. Z jednej strony chodziło o to, by jakoś symbolicznie go ukarać, ale z drugiej – by jednocześnie wyciszyć sprawę i usunąć ze środowiska, w którym narozrabiał, tam, gdzie nikt go nie znał. Dla przykładu: były już ksiądz Kania, który był oprawcą mojego klienta, został skazany przez Sąd Okręgowy we Wrocławiu na karę siedmiu lat pozbawienia wolności. W tej sprawie było jeszcze kilku innych pokrzywdzonych, ale tylko mój klient dochodził swoich roszczeń wobec Kościoła. Co się stało z pozostałymi pokrzywdzonymi, których krzywda została w sposób ewidentny dowiedziona? Ustalenia sądu karnego wiążące w procesie cywilnym pozwalały na pociągnięcie do odpowiedzialności także przełożonych skazanego księdza, biskupów wrocławskich, również przez pozostałych pokrzywdzonych. Otwartym pozostaje pytanie, czy to, że ci młodzi mężczyźni nie wystąpili o odszkodowanie, nie oznacza, że Kościół po cichu naprawił szkodę i zobowiązał ich do zachowania tajemnicy.