Dziennik Gazeta Prawana logo

Oto cel numer jeden Rosji w konflikcie z Ukrainą [OPINIA]

Prorosyjski separatysta w Doniecku
<p>Prorosyjski separatysta w Doniecku</p>/PAP Archiwalny
Czwartkowy ostrzał przedszkola w Stanicy Ługańskiej i liceum we Wrubiwce, przeprowadzony z terenów okupowanych przez Rosję, potwierdza: kolejna faza kryzysu wokół Ukrainy rozegra się na Donbasie. Rosjanie w tym tygodniu zagrozili uznaniem niepodległości niby-państw Donbasu, ale nie taki jest ich cel numer jeden.

Według ukraińskiego sztabu w czwartek na Donbasie doszło do 47 ostrzałów. Sytuacja w regionie zaostrza się mimo zapewnień Moskwy, że nic nikomu z jej strony nie grozi. Wszystko wskazuje na to, że Rosjanie zdecydują się na dalszą eskalację i że będzie ona dotyczyć właśnie Zagłębia Donieckiego. Nie bez kozery Władimir Putin znów oskarża ukraińskie władze o ludobójstwo, a kontrolowana przez Rosjan administracja samozwańczych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych (DRL i ŁRL) rozpisuje się o ukraińskich prowokacjach.

Cel numer jeden Rosji w konflikcie z Ukrainą

Cel Rosji pozostaje stały. Opierając się na zawartych w 2015 r. porozumieniach mińskich, zmusić Kijów do faktycznej legalizacji separatystycznych struktur DRL i ŁRL. Najpierw mają się odbyć wybory lokalne, a dopiero potem Ukraińcy odzyskają kontrolę nad całą granicą z Rosją. Szczegóły Kijów miałby uzgodnić bezpośrednio z przedstawicielami DRL i ŁRL, z którymi Rosja – utrzymuje Kreml – nie ma nic wspólnego i w całej wojnie pełni wyłącznie funkcję pośrednika.

Ukraińcy replikują, że taka formuła jest niemożliwa do realizacji. Separatystyczne władze w Doniecku i Ługańsku znajdują się pod pełną kontrolą Rosjan. Nie da się przeprowadzić wolnych wyborów lokalnych, skoro na miejscu nie mogą swobodnie działać media i partie polityczne, a zamiast tego panuje groteskowa i brutalna dyktatura wojskowa. Z kolei legalizacja watażków i danie im prawa – jak chce Rosja – wpływania na kierunki polityki zagranicznej i wewnętrznej Ukrainy oznaczałyby w najlepszym razie ogromne utrudnienia w kursie na Zachód.

Uznanie niepodległości separatystycznych republik przez Rosję?

Gdyby to się jednak nie udało, teoretycznie na podorędziu jest formalne uznanie niepodległości DRL i ŁRL przez Rosję. Taki wniosek, zaproponowany przez komunistów, wysłał do Putina rosyjski parlament. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow niby się od niego odżegnał, mówiąc, że dla głowy państwa droga do pokoju wiedzie przez realizację Mińska, ale zaraz dodał, że uchwała Dumy odzwierciedla nastroje parlamentarzystów i społeczeństwa. Uznanie DRL i ŁRL oznaczałoby wyjście Moskwy z porozumień mińskich, w których czarno na białym zapisano, że stanowią one integralną część Ukrainy. Poza tym uznanych parapaństw nie dałoby się dalej wpychać w ukraińskie objęcia. Innymi słowy trudno stwierdzić, jakie korzyści miałaby osiągnąć Moskwa.

Rosja zwykła jednak przygotowywać kilka scenariuszy równolegle i przeskakiwać z jednego na drugi wraz z rozwojem wydarzeń. Nie da się więc całkowicie wykluczyć możliwości takiego uznania w dalszej perspektywie, choć obecnie wydaje się ona mało prawdopodobna. Z drugiej strony równie nieprawdopodobna po wojnie rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. wydawała się perspektywa uznania Abchazji i Osetii Południowej, a jednak Kreml się na to zdecydował. Można nawet dostrzec pewne podobieństwa: wojnę z Gruzją poprzedziło rozdanie mieszkańcom zbuntowanych prowincji rosyjskich paszportów, zmasowane ćwiczenia wojskowe na granicy i seria ostrzałów gruzińskich pozycji od strony Osetii Południowej.

Jaki limit strat i kosztów jest dla Putina akceptowalny?

Wówczas zakończyło się to rosyjską interwencją. Mało kto dziś pamięta, że przed wojną abchascy i południowoosetyjscy separatyści nie kontrolowali całego terytorium proklamowanych przez siebie parapaństw. Dopiero rosyjska armia pozwoliła im je opanować. Obecnie DRL i ŁRL kontrolują jedynie jedną trzecią obwodów donieckiego i ługańskiego. Wśród rozpatrywanych przez specjalistów opcji jest więc próba dojścia armii rosyjskiej (pod fałszywą flagą korpusów armijnych DRL i ŁRL lub oficjalnie, w ramach „ratowania rosyjskiej ludności Donbasu przed ludobójcami”) do granic obu obwodów.

Wiązałoby się to jednak z tysiącami ofiar i koniecznością opanowania kilkusettysięcznych miast kontrolowanych przez władze centralne: Mariupola, Kramatorska i bliźniaczej aglomeracji Lisiczańsk-Siewierodonieck. To wciąż wymagałoby mniejszych kosztów i oznaczałoby mniejsze straty niż pełnowymiarowa inwazja na Ukrainę, o której mówią zachodni politycy. Pytanie, jaki limit strat i kosztów jest dla Putina akceptowalny, by pozbawić sąsiada szans na rozwój gospodarczy i integrację euroatlantycką.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Michał Potocki
Michał Potocki
Dziennikarz i redaktor DGP. Zawodowo zajmuje się tematyką światową, zwłaszcza państwami Europy Wschodniej
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraOto cel numer jeden Rosji w konflikcie z Ukrainą [OPINIA] »
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj